Trwa ładowanie...
d1iamwr

Nic się nie kończy

książka
d1iamwr
Oceń jako pierwszy:
Nic się nie kończy
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Wydawnictwo
Nic się nie kończy
Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe

Gdy brakuje kogoś, kto przejmie dziedziczony z pokolenia na pokolenie sad i związane z jego prowadzeniem obowiązki, pozostaje tylko jedno - sprzedaż. Majątek musi zostać przekazany zupełnie obcej osobie, profity zaś sprawiedliwie podzielone pomiędzy wszystkich członków rodziny. Okazuje się jednak, że sprawiedliwość jest pojęciem względnym, a pieniądze należą się przede wszystkim najstarszej właścicielce. Przełomowy moment w życiu rodziny Bialickich daje początek i pisze całkiem nowy, niekoniecznie przez wszystkich akceptowany, scenariusz. Znający się przez całe życie członkowie rodziny, nagle zaczynają postrzegać siebie nawzajem w inny sposób. Czy lepszy?
Nowa powieść Joanny Kruszewskiej jest literackim studium współczesnej polskiej rodziny. Na pierwszy plan wysuwają się skrywane marzenia Haliny, seniorki rodu.
Powieść z wieloma zwrotami akcji, niejednokrotnie zaskakująca sposobami rozwiązania problemów przez bohaterów.
Andrzej Salnikow, poeta, dziennikarz
Nie zawsze to, co dla nas dobre, odpowiada innym. Nie zawsze udaje nam się to, co sobie zaplanujemy. A jakby tak żyć dniem dzisiejszym, nie planując jutra? Ten i inne dylematy zaprzątają głowy bohaterów powieści. Joanna Kruszewska stworzyła barwny portret wielopokoleniowej rodziny. Nigdy nie jest za późno, by wyrwać się schematom i podążyć za głosem serca. Polecam!
Ewa Bauer – autorka m.in. trylogii Kolory uczuć

d1iamwr
Nic się nie kończy
Numer ISBN

978-83-7674-692-0

Wymiary

130x200

Liczba stron

384

Język

polski

Fragment

Marta kichnęła potężnie któryś już raz z rzędu.

– Na zdrowie! – dobiegło ją z dołu serdeczne życzenie mamy.

Zwykłe „na zdrowie”, choćby nie wiadomo jak szczere, zdawało się nie wystarczać. Od początku zmagań z zagraconym strychem i gromadzonymi przez lata skarbami wszystkich członków rodziny Marty nie opuszczało niejasne przeczucie, że nie o zapomniane pamiątki rodzinne się wzbogaci, nie nadgryzione zębem czasu unikaty przekazywa­ne z pokolenia na pokolenie, ale o zwykłą astmę. Względnie rozedmę i na dodatek jakąś przewlekłą chorobę oczu. Będzie spędzać następne lata życia na jeżdżeniu po sanatoriach, wydawać kosmiczne kwoty na inhalacje, a wszystko po to tylko, żeby sprawdzić, czy na strychu nie ma niczego, co szkoda byłoby wyrzucić. Drobinki kurzu przesu­wały się leniwie w promieniach słońca, a z każdym podniesionym bibelotem czy książką wydawało się ich wciąż przybywać. Marta chwilami miała wra­żenie, że te malutkie cząstki oblepiają ją z każdej strony, spowalniając stopniowo ruchy. Wciskały się w nos, pchały do oczu i skutecznie zniechęcały do głębszych westchnień czy oddechów.

Najchętniej podstawiłaby pod okna duży samo­chód ciężarowy, poprosiła kilku rosłych mężczyzn, żeby zakasali rękawy i bez zbędnych ceregieli wrzu­cili na pakę wszystko, co od lat było składowane pod dachem rodzinnego domu, po czym wywieźli na wysypisko.

Bez segregacji.

Bo i po co? Skoro to, co zawalało strych, w stu procentach wykonane zostało przeważnie z natu­ralnych składników. Kilkadziesiąt lat wcześniej, należy dodać. Dobrze, szkło można oddzielić… ty­siące skorup zupełnie niepotrzebnych i zalegają­cych tę ogromną powierzchnię od niepamiętnych czasów i zostawionych na „później”. Jakie później? Dlaczego ludzie upierali się na to „później”, sko­ro przeważnie oznaczało „nigdy”. Jaki to problem z użyciem właściwego słowa i spojrzeniu prawdzie w oczy? Jutro, jak znajdę wolną chwilę, na urlopie… też przeważnie znaczyły „nigdy”.

Marta przesunęła palcem gustowny niebieski wazonik. Czasy świetności miał już dawno za sobą i chociaż teraz, z potłuczonym bokiem, wyglądał jak relikt przeszłości, trzeba mu było oddać spra­wiedliwość i stwierdzić, że niegdyś musiał być do­syć interesującą ozdobą.

Jak większość rzeczy tutaj. Czy lądowały tu tylko dlatego, że użyt­kownikom było po prostu żal je wyrzucić? Czy może z lenistwa…

Marta westchnęła. Niezależnie od motywów kie­rujących postępowaniem mieszkańców domu, czy to lenistwa, czy sentymentu, ona musiała przestać się wreszcie przyglądać każdej rzeczy i analizować, do kogo należała. Czy do babci, czy dziadka, a może ojca… czy ciotki. Bo jeżeli dalej będzie się tak rozt­kliwiać nad zawartością wszystkich pudeł i skrzyń, to nie wyjdzie stąd przez następne dwa miesiące.

A wtedy to już astma murowana.

– Marta, dziecko, zrób sobie przerwę i chodź wreszcie coś zjeść – dobiegł ją z dołu głos mamy.

Zerknęła na zegarek… trzeba będzie jeszcze tu wrócić, ale… żołądek domagał się swego, otrzepała więc kolana i ruszyła na dół.

– Dużo ci jeszcze zostało? – Mama postawiła na stole talerz z obłędnie pachnącym barszczem. – Zostaw, już tak się nie szoruj, bo wystygnie.

– Pajęczyny mam wszędzie… – stęknęła Marta, ale zakręciła wodę. – Wszystko mi jeszcze zostało. No, prawie wszystko.

– Marta… – Mama usiadła naprzeciwko i skrzy­wiła się lekko. – Może nie trzeba tak dokładnie każ­dej rzeczy oglądać, co?

– Nie trzeba – burknęła. – Teraz to nie trzeba, od początku mówiłam, żeby całość po prostu wyrzucić, ale uparłaś się, a może przejrzeć, bo znajdzie się coś potrzebnego. A ja, jak już prze­glądam, to dokładnie…

– Tak, a do każdej rzeczy pewnie dorabiasz hi­storię. Dajmy sobie z tym spokój.

– Zaczęłam, to skończę.

– Skończy to ci się urlop.

– To też, ale najpierw się uporam ze strychem.

– A potem my się przeprowadzimy… – Mama zapatrzyła się w okno. W doskonale znany od lat widok, który o każdej porze roku potrafił ją uko­ić. Co teraz będzie niosło ukojenie? Obce cztery kąty, do których nie wiadomo kiedy człowiek się przyzwyczai? Blokowisko, z milimetrami zaledwie zieleni? Tutaj sad ciągle szumiał tę samą melodię, czasami zagniewany silniejszymi podmuchami wiatru, innym razem leniwy od słonecznego upału, niezmiennie jednak niosący spokój. Tam cegła przy cegle ułożona była równo, a wiatr…? Wiatr jedynie gwizdał w niewielkich przestrzeniach, oburzony, że nie ma się gdzie rozpędzić. A jego gwizd wwiercał się człowiekowi w uszy nieprzyjem­nym, nerwowym dźwiękiem.

Marta przyjrzała się mamie. Przypomniała so­bie burzliwą dyskusję, która miała miejsce po zawa­le ojca. Rodzina zebrała się przy kuchennym stole i próbowała znaleźć sensowne rozwiązanie. A nie było to sprawą łatwą, bo chodzi­ło przecież o rodziców, którzy w obecnej sytuacji nie mogli już mieszkać tak daleko od miasta. Nie wchodziło w grę jeżdżenie samochodem, bo ojciec sam teraz wymagał opieki i wyjazdów na wizyty le­karskie zdecydowanie mu przybędzie. Do tej pory zajmował się wszystkim, do momentu kiedy orga­nizm wyraził szczere oburzenie i bunt przeciwko brakowi szacunku. Bo jak inaczej można nazwać ciągłą gonitwę od rana do wieczora? Jakie znaleźć określenie dla lekceważenia nawoływań lekarzy, notorycznego zaniedbywania regularnego przyj­mowania leków?

Brak szacunku wobec własnego organizmu.

Nic dodać, nic ująć. Ojciec żył sobie z dnia na dzień, wmawiając wszystkim, że otoczenie działa na niego o wiele lepiej niż wszyscy lekarze razem wzięci, o pigułkach, które przepisywali, nie wspo­minając ani słowem.

Sad. Sad był tym, co motywowało go codziennie do wstawania. Przekazany z ojca na syna, najpierw wydawał się przekleństwem, bo młody Zbyszek wcale nie miał ochoty zajmować się drzewami i sie­dzieć na wsi, później zaś z roku na rok ten kawa­łek ziemi przywiązywał go do siebie coraz mocniej.

Drzewa zaciskały naokoło niego swoje gałęzie tak długo i konsekwentnie, że w pewnym momencie stwierdził, że tu jest jego miejsce.

Tu przywiózł młodą żonę, tu urodziła się czwór­ka jego dzieci.

A wśród całej czwórki nie znalazł się nikt, kto by podzielał jego pasję.

Czy myślenie o tym każdego dnia i wypatrywa­nie dzieci w bramie wjazdowej nie przyczyniło się do bezustannego ucisku na serce? Marta nie wiedziała, ale zawsze czuła się jakoś mało komfortowo, gdy oj­ciec po kolei każdego z nich pytał, czy nie zmienili zdania, a gdy kręcili przecząco głowami, wzdychał i rzucał w przestrzeń: – To kto się tym zajmie…?

Znalazł się… człowiek z pieniędzmi przez duże „P”. Wspólnik w korporacji, która zatrudniała całe mrowie ludzi. I bardzo dobrze, że się znalazł, cho­ciaż plany zagospodarowania terenu, którymi podzielił się podczas jednej z wizyt, bardzo nie­bezpiecznie podniosły ciśnienie Zbigniewa Bialic­kiego. Sad miał zostać wykarczowany co do jednej, najmniejszej jabłonki, a na terenach należących od dziesięcioleci do rodziny stanie niewielki zakład produkcyjny.

Tutaj już Zbyszek nie zdzierżył i wymawiając się złym samopoczuciem, powoli wyszedł z pokoju, gdzie przyjmowano gościa.

Nie interesowało go zupełnie, jaka ma tu po­wstać fabryka. Co będzie produkować, jakie przyniesie zyski. Ten przedsiębiorczy mężczyzna wcale nie musiał go przekonywać o idealnej loka­lizacji ani zaletach terenu, bo Zbyszek w pełni był wszystkiego świadom. Nie chciał natomiast dzielić z gościem wizji, w których jego drzewa miały zo­stać wyrwane jedno po drugim. Ziemia wyrównana, zabetonowana… Grobowiec.

W ten sposób powstanie tu grobowiec, w które­go ścianach zamurowane zostaną wieloletnie sta­rania pokoleń. Nie, nawet nie. Bo ten bezosobowy gmach nie będzie w sobie zawierał najdrobniejszej cząstki tego, co istniało tu wcześniej.

Dom też nie przypadł do gustu nowemu na­bywcy, trzeba było się więc liczyć z tym, że nie­wielka weranda otulona rosnącym tu od lat dzi­kim winem również wkrótce przestanie istnieć. To podwórko, na którym jego dzieci stawiały pierw­sze kroki, miejsce, gdzie stały jeszcze resztki małej piaskownicy pamiętającej czasy masowego produ­kowania babek przez niestrudzonych kilkulatków. Krzaki malin rosnące tuż przy ogrodzeniu… wszyst­ko zniknie.

Zbyszek siedział w swoim ulubionym fotelu i przysłuchiwał się rozmowie dobiegającej z kuch­ni. Jak one rzeczowo podchodziły do tematu. To sprzedać, to wyrzucić, tamto oddać.

Tak, jakby chodziło tylko i wyłącznie o rzeczy.

Bez znaczenia, bez przeszłości.

Przejechał dłonią po wytartym obiciu poręczy i zmarszczył brwi. W całym bilansie to on, głowa ro­dziny, wychodził na sentymentalnego głupca. Żadna z mieszkających tu kobiet, ani Krysia, ani mama, ani tym bardziej Julia czy biegająca z góry na dół w tem­pie nieosiągalnym już dla niego Marta nie roztrzą­sały podjętej decyzji. Wyjątkowo zgodnie zakasały rękawy i zaczęły pakować dobytek pokoleń w pudła, wyrzucać zbędne drobiazgi, segregować nieużywane od lat ubrania i oddawać je potrzebującym.

Hm, Zbyszek jakoś nie był w stanie podzielać zaangażowania żony, gdy co jakiś czas przybiegała do niego z zapomnianym i od dawna na nikogo niepasującym elementem garderoby, rzucała zdaw­kowe „Jak się czujesz?” i rozprawiała ze zdziwie­niem, że ciągle to jeszcze przechowują.

Po co?

Wzruszał tylko ramionami i przyglądając się zakurzonej marynarce, albo sukience z hojnie wyciętym dekoltem, przypominał okazję. Okazję akurat na to konkretne ubranie, pamiętał Krysię roześmianą, niespełna trzydziestoletnią, z rozwia­nymi włosami i pełnymi piersiami, które z wycięcia jasnej sukienki aż się prosiły o dotyk. Choćby prze­lotny, muśnięcie zaledwie… Ona zdawała się tego już teraz nie widzieć, nie pamiętać, zwijała każdy paproch przeszłości bez należnego szacunku, pa­kowała w foliową torebkę i poświęcała ułamek se­kundy na decyzję, czy wyrzucić czy komuś oddać.

Zerknął na dłoń, później na drugą… Czym mia­ły się teraz zająć? Rodzina nie dawała się przeko­nać, chociaż próbował różnymi argumentami, że zacznie się oszczędzać, że od teraz bardziej będzie uważał na zdrowie. Zdawali się być głusi i zawzię­cie kręcili głowami, zaciskając usta. Nie będzie już pracy, przynajmniej nie przy sadzie. Może o tym zapomnieć. Lekarz, nagabywany przez członków rodziny, stwierdzał, że do zawału mogło się przy­czynić ciśnienie, poziom cholesterolu, który nie był kontrolowany przez pacjenta już od dłuższego cza­su. Winowajcą mógł być też wysiłek fizyczny albo kilka innych rzeczy, którym Zbyszek nie poświęcił zbyt wiele uwagi.

Jedno było ważne. Czas, w jakim nastąpiła in­terwencja. To przede wszystkim. W innym razie, gdyby, powiedzmy, karetka została wezwana póź­niej albo Krysia postanowiła zawieźć męża do leka­rza rodzinnego, oglądałby już swoich bliskich z zu­pełnie innej perspektywy. Albo może w ogóle by ich nie oglądał? Zbyszek spojrzał przez okno na koły­sane łagodnym wiatrem gałęzie drzew – szumiały cicho liśćmi, starając się za wszelką cenę przynieść ukojenie. Ale spokój postanowił nie nadchodzić, a w głowie właściciela sadu kłębiły się same przy­gnębiające myśli. A gdyby Julia nie przyjechała? Jak przez mgłę pamiętał krzyki starszej córki, wpadła na SOR z wrzaskiem i żądaniem wyjaśnień, dla­czego umierający pacjent siedzi w kolejce i czeka razem ze wszystkimi. Na protesty podnoszące się tu i ówdzie huknęła, że nie daruje. Coś tam było o telewizji, o tym, że już wystarczająco dużo błę­dów lekarskich kosztowało życie pacjentów, że tym razem tak nie będzie. Nie pamiętał dokładnie, co krzyczała, skutek jednak jakiś to odniosło, bo wy­łuskano go błyskawicznie spomiędzy reszty pacjen­tów i zawieziono na dokładną diagnostykę.

Właśnie. Gdyby nie było Julii…

Podziel się opinią

Share
d1iamwr
d1iamwr
d1iamwr
d1iamwr
d1iamwr