Trwa ładowanie...
d2szpny
d2szpny

Grzechy młodości (#4). Szczyty Chciwości

książka
d2szpny
Oceń jako pierwszy:
Grzechy młodości (#4). Szczyty Chciwości
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Grzechy młodości (#4). Szczyty Chciwości
Materiały prasowe

FASYCYNUJĄCA,PEŁNA EMOCJI, MIŁOŚCI I DRAMATÓW HISTORIA POLSKIEJ RODZINY
Bydgoszcz przełomu lat 80. i 90. Trudne czasy zmuszają bohaterów do podejmowania nowych wyzwań i mierzenia się w praktyce z tak długo wyczekiwaną wolnością oraz kapitalizmem. Tymoteusz poszukuje spo¬sobów na pomnożenie fortuny. Justyna otwiera małą firmę. Nadal utrzy¬muje kontakty z domniemanym synem Heleny Wetlik, nie mając poję¬cia, jaką niespodziankę chowa w zanadrzu Klaus Engel…
Edyta Świętek to niekwestionowana mistrzyni sag!!! Ta powieść wciąga już od pierwszej strony. Burzliwy czas przemian gospodarczych i ustrojowych. Chciwość bierze górę nad rozsądkiem, a za czyny dokonane w przeszłości nadchodzi czas rozliczenia. Tajemnice, nieoczekiwane zwroty akcji, emocje, wiarygodność, wyraziste postaci i sytuacje poruszające serce to wprost goto¬wy materiał
scenariusz filmowy. Czytajcie, a jestem pewna nie doznacie zawodu!!!Polecam!
Aneta Pimpis
Edyta Świętek kontynuuje opowieść o wielopokoleniowej rodzinie, w której bohaterami są nie tylko matki, babki, ojcowie, bracia, siostry, kochankowie… Ważną bohaterką jest Bydgoszcz, a w niej miejsca, na wspomnienie których kręci się łezka w oku i takie, o których istnieniu wygodniej byłoby zapomnieć. Poznając niełatwe losy Trzeciaków, ma się ochotę wyjść na ulice i z książką w ręku na nowo poznawać miejskie zakamarki. To gdzieś tu muszą czaić się zazdrość, rozpacz, radość, miłość, lęk, nadzieja. Między brzegiem jednej rzeki, a nabrzeżem drugiej odbijają się też echa niewierności. Polecam!
Dorota Witt, dziennikarka
Express Bydgoski
Edyta Świętek jest mistrzynią sag rodzinnych osadzonych w realiach PRL-u. Po rewelacyjnym Spacerze Aleją Róż powraca z równie wciągającą serią Grzechy młodości. Obowiązkowa lektura dla miłośników gatunku!
Magdalena Majcher, pisarka

d2szpny
Grzechy młodości (#4). Szczyty Chciwości
Numer ISBN

978-83-66481-34-3

Wymiary

130x200

Oprawa

miękka

Liczba stron

448

Język

polski

Fragment

Bezgłośny krzyk

Justyna Trzeciak siedziała na ławce w parku. Dzień był piękny, słoneczny, więc z przyjemno­ścią wystawiła twarz na działanie wiosennych pro­mieni. W pobliżu Jola wraz z dwoma koleżankami grała w gumę. Dziewczynki osiągnęły już etap ko­lanek, więc rozrywka nabierała rumieńców, gdyż znacznie łatwiej przychodziły „skuchy”. Zwykle Ju­styna przypatrywała się beztroskim harcom, lecz tego popołudnia ogarnęła ją tak wielka błogość, że przymknęła powieki.

Listy od Klausa zawsze poprawiały jej nastrój. Engel potrafił wyjątkowo pięknie pisać o drobia­zgach dnia codziennego. Odmalowywał widok ze swojego okna: starego piekarza, który miał zakład oraz sklepik przy jego ulicy; maluchy dokazujące na podwórku. Dopytywał, czy polskie dzieciaki mają podobne zabawy, jakie są ich zainteresowania i co porabiają w wolnym czasie. O matce rzadko wspo­minał, ale wciąż dopytywał o Helenę i Franciszkę. Ubolewał nad pogarszającym się stanem ich zdro­wia. Przysyłał witaminy. Najczęściej jednak pod­kreślał słowa o tęsknocie za towarzystwem dru­giego człowieka. Ze starannie zapisanych kartek

wyzierała samotność. Łaknienie bliskości – szcze­gólnie w wymiarze duchowym.

Nazywał Justynę swoją przyjaciółką. Te słowa były miłe jej sercu.

Mój przyjaciel… – pomyślała, głaszcząc pieszczo­tliwie opuszkami kopertę spoczywającą na podołku.

Nie wypełnił emocjonalnej pustki, która po­wstała po śmierci Eugeniusza – tragicznie zmar­łego męża nikt nie mógł zastąpić. Ale był kimś ważnym. Właśnie Mroczkowi wspominała o wielu rozterkach, których nie zdradziłaby nikomu inne­mu, nawet Helence.

Od jakiegoś czasu dokładała starań, by oszczę­dzać poczciwej cioci zgryzot. Nie ze wszystkiego chciała zwierzać się Agacie, ponieważ ona także miała dość własnych problemów. Klaus stanowił idealnego powiernika. Być może z racji dzielą­cej ich znacznej odległości. Niemalże nie istniało prawdopodobieństwo, że kiedykolwiek się spotka­ją. Nigdy nie rozmawiali telefonicznie – chyba nie tylko z uwagi na barierę językową, ale również dla­tego, że gdzieś między wierszami nadmienił, iż jest niemy. Nie wyraził tego wprost, lecz tak wynikało z treści listu.

– Jestem człowiekiem milczącym – pisał. – Moje usta musiały na zawsze umilknąć. Jedynie w myślach krzyczę. Mogę też przelewać na papier to, co gra w mojej duszy, ale i tutaj nie jestem w stanie oddać wiernie tego, co czuję. Gdybym tylko zdołał przemówić! Ile rzeczy wówczas bym wyraził… Justyno!

Żałowała, że nie może skorzystać z jego zapro­szenia. Dopóki ciocia była w lepszej formie, taki wyjazd nie byłby większą uciążliwością. Cóż, gdy Trzeciakowa nie otrzymała paszportu. Choć nigdy nie działała w opozycji, Służba Bezpieczeństwa wciąż kontrolowała jej poczynania. Zapewne mia­ła u nich swoją teczkę, w której notowano różne bzdury na jej temat. Owszem, utrzymywała wiele znajomości mogących uchodzić za „podejrzane” czy wręcz „szkodliwe”. Jakiś czas temu przystąpiła nawet do Solidarności. Skoro już była na cenzuro­wanym, to niech przynajmniej będą ku temu po­wody. Być może przez to posunięcie odmówiono jej możliwości wyjazdu na Zachód. I nie pomogło tłumaczenie, że w kraju zostawia dzieci, jest wdową i ma pod opieką schorowaną staruszkę. Trzykrotnie próbowała i za każdym razem otrzymywała nega­tywną odpowiedź.

Teraz choćby uzyskała dokument, nie mogłaby pojechać. Helenka była w coraz gorszej kondycji, a do tego jeszcze doszły problemy zdrowotne te­ściowej. Nie byłoby kogo poprosić o doglądnięcie cioci i dwójki nastolatków.

A może to i lepiej? Kto wie, do czego mogłoby dojść, gdyby stanęła z Klausem twarzą w twarz?

Doznałaby rozczarowania?

A może wręcz przeciwnie – jeszcze silniej przy­wiązałaby się do tego człowieka i po powrocie do domu znowu doskwierałyby jej bolączki tęsknią­cej kobiety.

Wolę, żeby Klaus pozostał w sferze marzeń. By nadal był tylko i aż przyjacielem.

Czasami nawiedzały Justynę osobliwe myśli, które wzbudzały w niej paniczny strach. Gdy po­puszczała wodze fantazji, wyobrażała sobie, że za personaliami Klausa Engela ukrywa się ktoś zupeł­nie inny. Człowiek, którego dawno temu pogrzebała na cmentarzu, lecz nie pozwoliła na to, by umarł w jej sercu. Te rojenia nie miały racji bytu, gdyż zamiast pozwalać czasowi na zabliźnianie ran, na nowo je rozdrapywały.

Wiem, że w naszym życiu zachodzi wiele zadziwiają­cych przypadków. Ten jednak jest absolutnie niemożliwy. Bądź rozsądna, dziewczyno! – karciła w duchu samą siebie. Gdyby Eugeniusz żył, nie dopuściłby do tego, byś usychała z tęsknoty i rozpaczy w przekonaniu, że umarł. Na pewno dałby znać, że jest cały, zdrowy i bezpieczny. Nawet jeśli nie wprost, to w jakiś zawoalowany sposób.

Klaus nigdy nie napisał w liście niczego, co mo­głoby sugerować taką sytuację.

Coś miękkiego musnęło dłoń kobiety. Podniosła leniwie powieki i spojrzała na podołek. Zobaczyła niewielkie białe piórko, które wylądowało na ko­percie. Uśmiechnęła się – właśnie poczuła osobliwe ciepło w okolicy serca.

Podziel się opinią

Share
d2szpny
d2szpny
d2szpny
d2szpny
d2szpny