Trwa ładowanie...
d1ro0s4

Nowe czasy. Przeminą smutne dni

książka
d1ro0s4
Oceń jako pierwszy:
Nowe czasy. Przeminą smutne dni
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Nowe czasy. Przeminą smutne dni
Materiały prasowe

Nowa Huta lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia zaczyna podupadać gospodarczo. Coraz trudniej o stabilne zatrudnienie, prywatni przedsiębiorcy wyzyskują pracowników, w obywateli uderzają zarówno wielkie afery gospodarcze, jak i drobni oszuści poszukujący łatwego zarobku. W tym chaotycznym otoczeniu bohaterowie powieści Nowe czasy szybko dorośleją i tracą młodzieńcze złudzenia. Przed Wiolettą rysuje się perspektywa samotnego macierzyństwa. Zespół muzyczny założony przez Adriana kończy działalność. Marek nie potrafi sobie poradzić z piętrzącymi się trudnościami po tym, jak jego ukochana padła ofiarą brutalnej napaści. Karol z bezsilnością obserwuje zmagania swoich dzieci z przeciwnościami losu i pomimo wielkiej determinacji nie jest w stanie im pomóc. W rodzinie Pawła Szymczaka również pojawiają się liczne zmartwienia – zaaferowani pogonią za pieniędzmi rodzice nie dostrzegają potrzeb własnej córki oraz tego, że dziewczynka popada w anoreksję.
Powieść Przeminą smutne dni jest historią o trudnym dojrzewaniu i problemach, z jakimi zmagali się młodzi ludzie tuż po okresie przemian ustrojowych w Polsce.
Ta historia opowiada o sile miłości i przyjaźni. O wyborach, których efekt zawsze stanowi dla nas wielką niewiadomą. O tym, jak ważna jest rodzina. Już dawno nie czytałam tak prawdziwej, emocjonalnej i wzruszającej powieści.
Dorota Gąsiorowska, autorka m. in. Karminowego serca
Poruszająca historia o ludziach, którym przyszło żyć, kochać i marzyć w niezwykłych czasach. Polecam!
Krystyna Mirek, autorka m.in. Ceny szczęścia

d1ro0s4
Nowe czasy. Przeminą smutne dni
Numer ISBN

978-83-7674-751-4

Wymiary

130x200

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

384

Język

polski

Fragment

Wioletta energicznie wchodziła po schodach. Pod­budowana krzepiącymi słowami babci Julii, wra­cała do mieszkania. Wciąż jeszcze nie mogła wyobrazić sobie przyszłości, jakże innej od pięknych obrazów, któ­re w minionych kilku dniach widziała oczyma duszy. Na­dal cierpiała z powodu niespodziewanego obrotu spraw.

Wszystkie jej nadzieje okazały się płonne!

Jak żyć z taką zgryzotą?

Odczuwała lęk na myśl o nadchodzących godzinach, dniach i tygodniach, gdy trzeba będzie stawić czoła realiom, a dziecko dojrzewające w jej łonie nie pozwoli na zapomnienie o największej porażce, jaka ją spotkała. Wystarczyło tylko trochę czasu, by cały świat wykonał zwrot o sto osiemdziesiąt stopni.

Była na krok od półpiętra, gdy usłyszała ciche po­chlipywanie. Zadarła głowę i dostrzegła postać skuloną na stopniu. Rozpoznała swój sweter. A raczej nie tyle swój, co oddany kilka tygodni wcześniej kuzynce.

– Gosia? – Uniosła brwi w zdumieniu. – Co się sta­ło, Gosieńko? Czemu płaczesz? – zapytała wylęknio­nym tonem.

Przyspieszyła. Już po chwili trzymała w objęciach mocno wychudzone ciało nastolatki. Dziewczyna dy­gotała i szczękała zębami tak strasznie, że nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. Wioletta szybko wyjęła klucze z kieszeni i wpuściła nieboraczkę do mieszkania. Tam od razu zaprowadziła ją na swój ulu­biony fotel, który wpierw przesunęła bliżej grzejnika. Otuliła gościa pledem i choć pożerała ją ciekawość tego, co doprowadziło młodą do takiego stanu, po­szła do kuchni, gdzie zaparzyła gorącą herbatę z mio­dem i cytryną.

– No jak? Cieplej ci choć odrobinę? – zapytała, wrę­czając kubek nastolatce.

– Tro… Trochę – odpowiedziała kuzynka, wciąż szczękając zębami.

– Pij powoli, żebyś się nie poparzyła.

Dziewczyna skinęła głową. Pociągnęła łyk napa­ru, który przyjemnie rozgrzał jej wnętrzności. Miała nadzieję, że miód nie odłoży ohydnej tłustej fałdy na jej brzuchu. Pani domu przysunęła bliżej drugi, nieco mniejszy fotel. Usiadła, podciągając stopy pod siebie. Ona też trochę zmarzła, więc sięgnęła po lekki kocyk.

– Siedzimy jak dwie staruszki. Okutane w pledy, są­czymy gorące napoje – próbowała minimalnie rozłado­wać ciężką atmosferę. – Chcesz mi opowiedzieć, dla­czego przyszłaś bez kurtki i przemarznięta do szpiku kości? I o co tak ciągle płaczesz? Coś w domu? Jakaś kłótnia z rodzicami? Uciekłaś? Pewnie się o ciebie mar­twią. Chcesz, żebym do nich zadzwoniła?

– Nie… nie dzwoń. Nie u… cie… kłam – wyjąkała dziewczynka. – Zaraz ci wy… wy… tłu… maczę, tylko wypiję. Już mi lepiej – odparła, choć z jej oczu przez cały ten czas płynął nieprzerwany strumień łez.

– Oj, Gosia… No… Nie płacz już, proszę.

Po dłuższej chwili nieco uspokojona nastolatka zwierzyła się kuzynce. Przedstawiła swoją historię od samego początku, czyli od pierwszych wizyt u sąsia­da babci. Nie pominęła filmów, które pożyczał jej ten straszny człowiek, picia piwa i palenia papierosów. Plą­cząc się i szlochając, dobrnęła do wydarzeń minionego przedpołudnia. Wiola słuchała jej słów z rosnącą zgro­zą i zdenerwowaniem. Własne problemy odeszły na moment w zapomnienie. O wiele ważniejszy był teraz dramat tego biednego, zaniedbanego przez rodziców dziecka.

Ojciec z matką gonią za forsą, a mała na tym cierpi! – urą­gała w duchu Pawłowi i Annie. Ciekawe, czy oni kiedykol­wiek porozmawiali z nią o jej troskach? O dojrzewaniu? Czy nauczyli ją odróżniać złych ludzi od dobrych?

Z przerażaniem patrzyła na Małgosię obwiniają­cą się o to fatalne zdarzenie. Płaczącą z lęku, że ktoś o tym usłyszy i zostanie ukarana. W końcu nie wytrzy­mała, wstała z fotela i złapała kuzynkę w objęcia.

– Nie mów tak! To nie była twoja wina! Co on sobie myśli? Przecież to… To… To podpada pod paragraf! Twoi rodzice powinni zgłosić wszystko na policję!

– Nie! Wiola! – wykrzyknęła zrozpaczona dziewczyn­ka, tuląc się do jedynej osoby, której była w stanie za­ufać. – Nie mogę im o niczym powiedzieć! Nigdy! Nigdy! Nigdy! Bo inaczej już na zawsze zamkną mnie na cztery spusty. I zmuszą babcię, żeby mnie pilnowała na każdym kroku! Albo zrobią coś jeszcze głupszego! Wiolaaa! Nie można iść na policję, bo wszystko wyjdzie na jaw!

– No już dobrze, dobrze. – Pogłaskała chudzinę po plecach. – Nic im nie powiemy, nie dowiedzą się. Ale to oznacza, że ten człowiek pozostanie bezkarny. Bo to, co zrobił, a raczej próbował zrobić, jest przestęp­stwem, rozumiesz?

Nastolatka pokiwała głową.

– On nie miał prawa dawać ci filmów o treści por­nograficznej ani tym bardziej dotykać cię w taki spo­sób. Nie wolno by mu było tego robić nawet za twoją zgodą, bo jesteś jeszcze dzieckiem, a dzieci mają za­gwarantowaną przez prawo nietykalność cielesną. Na­wet jeśli są już tak duże i wyglądają tak poważnie jak ty.

– I co teraz będzie? – załkała niedoszła ofiara prze­mocy.

Prawdopodobnie tylko ja mogę coś zdziałać w tej sytuacji. Nie poproszę o pomoc chłopaków – pomyślała o braciach – bo nie ma czasu na to, by wydzwaniać za nimi po mieście. Wia­domo, gdzie są Adek z Markiem? Na ile znała ich przyzwy­czajenia, to pierwszy pewnie odsypiał jakąś całonocną bibę, a drugi mógł być w robocie.

– Nie wiem, Gosiu. Daj mi moment na zebranie myśli.

Małgorzata spojrzała na nią z tak wielką nadzieją, że serce Wioletty ścisnął nieprzyjemny skurcz. Nie pa­nowała nad wzburzeniem. Była wściekła na obcego człowieka i na swoich krewnych. Gdyby teraz spotkała Andzię, wydrapałaby jej oczy!

– Zaraz pójdę do drania i zrobię awanturę! To mu nie ujdzie na sucho!

Wiedziała, jak załatwić tę sprawę. Oczywiście nie mogła pójść tam sama, ponieważ ten człowiek nie po­traktowałby jej serio. Pewnie wyśmiałby ją w obrzydliwy sposób. Musiała więc zabrać ze sobą jakiegoś mężczy­znę. Tylko jedną zaufaną osobę miała na podorędziu.

– Idę odebrać twoje rzeczy. Przy okazji porozma­wiam z sąsiadem twojej babci. Już ja mu powiem do słuchu! Wrócę niebawem, nie denerwuj się, dobra? Chcesz tutaj poczekać?

– A pozwolisz, żebym została?

– Oczywiście, kochanie. Wciąż masz takie zimne ręce! Najlepiej, jak posiedzisz pod kocem – stwierdziła zatroskana, dotykając jej dłoni. – Bądź dobrej myśli.

W pośpiechu ubrała się i opuściła mieszkanie. Aleją Róż podążyła w stronę osiedla Centrum D.

– Wiola! Ty znowu tutaj? – wyraził zdziwienie Waw­rzyniec Pawłowski, otwierając drzwi przed wnuczką. – Coś się stało?

– Tak, ale nie masz powodu do zdenerwowania. Jest u mnie Gosia Szymczak. Kiedy ja wypłakiwałam się w babciny rękaw, próbował ją zgwałcić sąsiad cioci Sabiny!

– Matko Boska! – wykrzyknęła Julia. – Jakże to? Mam nadzieję, że nic jej nie zrobił!

Sama nosiła w głębokich zakamarkach umysłu wspomnienie największej krzywdy, jakiej zaznała w ca­łym swoim życiu. Na ułamek sekundy przed oczy Julii wróciła poczerwieniała złością i chucią twarz Bartło­mieja Marczyka, który niemalże pół wieku wcześniej posiadł ją z użyciem przemocy. Tym samym na długie lata zrujnował kobiecie cały świat, zasiewając w jej ser­cu ziarno niechęci do mężczyzn.

– Spokojnie, babciu. Do niczego złego nie doszło. Skończyło się na strachu i łzach.

– Trzeba powiadomić policję! – wykrzyknął pan domu. – Co za drań! Niepojęte, żeby nastawać na dziecko!

– Nie! Gosia bardzo mnie prosiła, by tego nie robić. Ale muszę pójść po jej kurtkę do faceta, który chciał ją wykorzystać. Andzia i Paweł nie mogą się o niczym dowiedzieć, przynajmniej chwilowo. Później wam to wyjaśnię.

– Co to za człowiek? Mówiła coś na jego temat?

– Ponoć jakiś stary piernik, starszy od ciebie – chlap­nęła bez zastanowienia. – Eee… Przepraszam, dziad­ku. Głupio to zabrzmiało.

– Daj spokój, dobrze wiem, że nie jestem młodzi­kiem. Idę z tobą! – zdecydował Wawrzyniec, zanim zdążyła powiedzieć, po co tak właściwie przyszła. W lot odgadł myśli ukochanej wnuczki. – Już ja mu natrę uszu!

– Ja też idę! – Z głębi mieszkania nadszedł zięć Wawrzka, Krzysztof Ogrodziński. – Jeden chłop na jednego to wyrównane siły, ale we dwóch pokażemy mu, gdzie raki zimują!

Panowie bez chwili zwłoki włożyli buty i zimowe okrycia. Po drodze Wioletta powtórzyła im w skrócie historię zasłyszaną od kuzynki, nadmieniła także, dla­czego wszystko powinno zostać utrzymane w sekrecie.

Kilka minut później stanęli przed drzwiami obitymi boazerią.

– To chyba tutaj – stwierdziła dziewczyna, zerkając na wizytówkę.

Nerwowo zastukała. Ku jej zaskoczeniu otworzyła leciwa kobieta. Ponieważ Wioletta nie spodziewała się takiego obrotu sprawy, na ułamek sekundy zaniemó­wiła.

– Dzień dobry. Czego chcecie? Jesteście Świadkami Jehowy? – zapytała tęga jejmość.

– Dzień dobry. Pawłowski. My do męża – oznajmił ledwo panujący nad wściekłością Wawrzek.

– Bolek! – zawołała Sadzidłowa w głąb lokalu, ta­rasując przejście swą masywną sylwetką. – Jacyś ludzie do ciebie!

Przybyłych dobiegło zniecierpliwione sapnięcie, a potem odgłos szurania. Wioletta zadygotała z obrzy­dzenia, widząc wysokiej postury mężczyznę, mocno posuniętego w latach, o znacznie przerzedzonej siwej czuprynie, zapadniętych oczach i nieprzystępnym wy­razie twarzy.

Zmienił żonę przy drzwiach. Kobieta została tuż obok w przedpokoju, strzygąc czujnie uszami.

– Dzień dobry. A państwo w jakiej sprawie? – za­pytał pan domu jak gdyby nigdy nic. Jakby nie miał na sumieniu próby wykorzystania czternastoletniej dziew­czynki. – A panią to ja chyba znam z telewizji. – Rozcią­gnął wargi w uśmiechu, spoglądając lubieżnie na Wiolę.

Pawłowskiej od razu wrócił rezon. Pomyślała o prześladowcy, którzy przez blisko pół roku zatruwał jej życie i poniekąd zmusił ją do rezygnacji z kariery.

– A Małgorzatę Szymczak też pan zna? – wrzasnęła rozsierdzona. – Chyba nazbyt dobrze, skoro chciał ją pan skrzywdzić!

– Ty hultaju! Jak śmiałeś położyć obleśne łapska na niewinnym dziecku! Ty sobaczy pomiocie! – warknął Pawłowski, dygocząc ze zdenerwowania.

Odkąd usłyszał o tym, co spotkało Małgorzatę, wrzał w nim nieprawdopodobny gniew. Dobrze pamię­tał niechęć i nieufność Julii w czasie, gdy ją poznał. Ileż razy ubolewał nad tym, że ukochana zaznała brutalne­go gwałtu! Jakże go ten temat frasował przed ślubem, jak mu to żyć nie dawało! Od dnia, gdy Julia wykrzy­czała mu w twarz, czemu wszyscy mężczyźni świata wzbudzają w niej niechęć, odczuwał wściekłość na człowieka, który ważył się ją dotknąć. Gdyby wcześniej Andrzej nie pogrzebał żywcem łotra, to zapewne sam wymierzyłby sprawiedliwość, aby pomścić jej cnotę. Bo pokochał Julię od pierwszego wejrzenia. Miłością czystą, piękną i tak mocną, że wręcz niewyobrażalną. I choć cierpiał za każdym razem, gdy wrogo na nie­go spoglądała, nie potrafił stłumić głosu swego serca. Walczył o przychylność kobiety wytrwale, lecz niena­chalnie, dotąd, aż zyskał wzajemność.

– Bolek! Co to ma znaczyć, ty stary zbereźniku? – ryknęła Sadzidłowa.

Sprawca zamieszania zrobił ruch, jakby chciał za­trzasnąć przybyszom drzwi przed nosem, lecz Krzysz­tof wykazał refleks i zablokował je stopą.

– Nawet o tym nie myśl, zboczeńcu! – Ogrodziń­ski wyciągnął palec wskazujący w stronę mężczyzny w spranym podkoszulku i rozciągniętych na kolanach spodniach dresowych. – Młodych dziewczyn ci się za­chciewa? Odpowiesz za to!

– A co ty mnie tutaj grozisz, smarkaczu? – zaperzył się Sadzidło. – Poszła won! – warknął na żonę, która z piskiem zaczęła okładać go pięściami.

– Wiedziałam, że w końcu coś wykombinujesz, ty stary pierdziochu! Nic, inoś ją smyrał po kolanach i podszczypywał! Ty świntuchu!

Podniosła taki jazgot, że ze swojego lokalu wyjrzał sąsiad.

– Proszę państwa! Co to za hałasy?! Ludzie tutaj mieszkają!

– Przepraszam, szanowny panie. – Wawrzek uznał za stosowne kulturalnie załatwić ten drobny problem. – My tutaj mamy pewną kwestię do wyjaśnienia. Za kilka minut sobie pójdziemy.

– No! Żebym nie musiał wzywać policji!

– To nie będzie chyba konieczne – odparł Pawłow­ski. – Niechże nam pan da parę minut.

Mężczyzna pokiwał głową i przymknął drzwi, lecz przez szczelinę widać było, że został obok, by posłu­chać awantury dobiegającej od sąsiadów. Przybysze, niezrażeni tym, że zyskali nieformalne audytorium, zaczęli cedzić przez zęby inwektywy pod adresem Sa­dzidły. Nastraszyli go policją i kryminałem. Pouczyli, że ma się nie zbliżać do dziecka, a na ostatek odebrali kurtkę, która, zupełnie zapomniana, wisiała na kołku w przedpokoju. Wreszcie uznali, że problem został należycie rozwiązany. Zboczeniec dostał parę razy po pysku od Krzysztofa i parasolem po łbie od rozsier­dzonej połowicy. Krewni pokrzywdzonej wycofali się z poczuciem pomyślnie zakończonej misji. Zeszli po schodach na parter, wciąż jeszcze słysząc krzyki Sadzi­dłowej.

– Stary dziad oberwie jeszcze i od żony! – stwierdził Krzysiek.

– No ba! Gorsze to niż kryminał! Taka wściekła baba to dopiero da mu popalić! – skwitował Wawrzek.

– A wie tato, ja bym na jego miejscu wolał jednak do pudła.

– Szczęściem nasze kobitki nie są z tych jazgotli­wych – roześmiał się teść i poklepał zięcia po plecach.

– Bo nie mają na co jazgotać – wtrąciła Wiola niosą­ca trofeum w postaci odzyskanego okrycia.

Dla pewności, nim opuścili na dobre klatkę scho­dową, sprawdziła zawartość kieszeni. Znalazła portfel oraz legitymację szkolną i bilet miesięczny. Inne dro­biazgi jej nie interesowały, osiągnęła zamierzony cel. Odetchnęła z ulgą.

– Tylko pamiętajcie i babci też powtórzcie: nikomu ani słowa na ten temat. Bo Paweł i Andzia faktycznie gotowi łajać tę bidulę, choć sami ponoszą znaczną część winy. W ogóle ich nie interesuje, co się dzieje z córką! Od dawna byli na nas źli, choć nie mają ku temu po­wodu, więc po co z nimi dodatkowo zadzierać? I tak pewnie już nigdy nie dojdziemy do porozumienia, a to pogorszyłoby sytuację. Zaczęliby się wściekać o wtyka­nie nosa w ich sprawy. No i pomyślcie jeszcze o Gosi.

– Może i masz słuszność – przyznał Wawrzyniec, który wcale nie był zachwycony tym, że zamiast na komisariacie policji skończyło się na kilku kuksańcach wymierzonych przez Krzyśka Bolkowi. On wolałby zgłosić przestępstwo i zobaczyć drania na ławie oskar­żonych. – Ale taki występek nie powinien mu ujść pła­zem. Nawet próba gwałtu jest ogromną krzywdą dla kobiety, a cóż dopiero w przypadku dziecka?

– Wiem, dziadku. To może być trauma na całe życie Gosi – przytaknęła dziewczyna. – Ale z drugiej strony wyobrażasz sobie te wszystkie przesłuchania? Rozprawę w sądzie? Pomówienia, że sprowokowała tego obleśnego łachudrę? Czasami lepiej odpuścić. Dla dobra małej.

Wróciła do siebie, gdzie zastała nastolatkę zwiniętą w kłębek na fotelu i pogrążoną w głębokim śnie. Biedne dziecko, tyle wrażeń jednego dnia – westchnęła. Nie chciała budzić śpiącej, lecz wiedziała, że kuzynka powinna je­chać do domu. W przeciwnym razie rodzice zaczną się niepokoić i kłopot gotowy.

– Gosiu… Gosieńko… – powiedziała półgłosem, delikatnie dotykając jej ramienia.

Z przykrością zobaczyła, że dziewczynka dygocze nerwowo.

– Spokojnie, to ja. Odzyskałam twoją kurtkę. Ten człowiek nie będzie cię więcej prześladować. Twoi ro­dzice też nie powinni dowiedzieć się o niczym.

Rozbudzona Małgorzata zawisła Wioli na szyi i przytuliła twarz do jej policzka.

– Jesteś wielka – powiedziała głosem zdławionym łzami. – Kocham cię najbardziej na świecie!

– No już dobrze, dobrze… – Pawłowska uścisnęła nieboraczkę. – Nie wyrzucam cię, ale mama i tata pew­nie się martwią, że nie ma cię tak długo.

Małgorzata spojrzała na tarczę pięknego, zabyt­kowego zegara. Wskazówki pokazywały, że dochodzi druga.

– Na pewno jeszcze ich nie ma. Albo co tylko wró­cili. Bo w soboty mama o tej porze zamyka szwalnię. A tato wraca zwykle jeszcze później.

– W porządku. Zdołałaś się rozgrzać?

– Tak, już mi lepiej.

– Mam nadzieję, że nie złapałaś zapalenia płuc. Pa­miętaj, jeśli gorzej się poczujesz, koniecznie idź z mamą do lekarza. Obiecaj mi to, dobrze?

– Obiecuję – odparła dziewczynka.

Wiola pomyślała, że tak czy owak kuzynce przydała­by się wizyta u pediatry. Choćby po to, by ocenił, czy jej waga nie jest zbyt niska w stosunku do wieku i wzrostu. Postanowiła, że przy następnej okazji poruszy jakoś de­likatnie ten temat z Małgorzatą. W tej chwili nie chciała jej dodatkowo stresować.

– To co? Zbieramy się? Pojadę razem z tobą do Mi­strzejowic – oznajmiła.

Podziel się opinią

Share
d1ro0s4
d1ro0s4
d1ro0s4
d1ro0s4
d1ro0s4