Trwa ładowanie...
d3rk1y8

Grzechy młodości. Rzeka kłamstw

książka
d3rk1y8
Oceń jako pierwszy:
Grzechy młodości. Rzeka kłamstw
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Grzechy młodości. Rzeka kłamstw
Materiały prasowe

Rzeka kłamstw to najnowsza powieść Edyty Świętek otwierająca cykl Grzechy młodości. Autorka zaprasza w podróż do Bydgoszczy lat siedemdziesiątych. Ukazuje w niej codzienne radości i smutki polskiej rodziny, które splatają się z realiami życia w minionej epoce.
Elżbieta i Tymoteusz niedawno wprowadzili się do przestronnego mieszkania na osiedlu Kapuściska. Tymoteusz ma przed sobą świetlaną przyszłość i dobrze zapowiadającą się karierę.
Kazimierz, choć pasjonuje się kryminologią z którą wiąże się jego praca zawodowa, jest nieustannie namawiany do wstąpienia w szeregi Służby Bezpieczeństwa. Jego ukochana żona Ewa marzy o karierze wokalnej.
Agata nie potrafi odnaleźć się w roli statecznej mężatki. Młoda polonistka wciąż wdaje się w romanse z innymi mężczyznami.
Eugeniusz wciąż pakuje się w różne tarapaty. Krewki młodzieniec wpada nie tylko w ręce Służby Bezpieczeństwa, ale również w sidła miłości.
Czasy się zmieniają, ale ludzkie tęsknoty i namiętności pozostają takie same. Edyta Świętek z literackim kunsztem miesza w życiu swoich bohaterów, a co ważniejsze także w sercu czytelnika! Pochylcie się nad „Grzechami młodości”. To prawdziwie sentymentalna podróż!
Agata Kołakowska, pisarka

d3rk1y8
Grzechy młodości. Rzeka kłamstw
Numer ISBN

978-83-66217-60-7

Wymiary

130x200

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

432

Język

polski

Fragment

Mgła nad rzeką

Dygocząca z zimna Justyna Gaweł tkwiła na brzegu Wisły, spoglądając w stronę kogoś stojącego kilka­dziesiąt metrów dalej. Podświadomie czuła, że oso­ba opierająca dłonie o barierkę mostu rozpaczliwie potrzebuje pomocy. Jej serce waliło młotem, lecz nie była w stanie zrobić ani jednego kroku. Odnosi­ła wrażenie, że ma ciało odlane z żeliwa i zmuszona jest pozostawać nieruchomo w jednym miejscu.

Nad ciemnym nurtem rzeki unosiły się opa­ry. Mgła spowijała Bydgoszcz i okolice. Jej kłacz­ki snuły się po polach, zahaczały o korony drzew, otulały kępy nadbrzeżnych zarośli. Wysoko na niebie przeświecała srebrna tarcza księżyca, rzu­cając poświatę na potężną konstrukcję stalowego mostu w Fordonie.

Na liczącej czternaście łuków ciężkiej budowli stał człowiek. On także drżał z zimna, oczekując na kogoś, kto mógł być jego wybawieniem. W ciemno­ściach trudno byłoby rozpoznać, czy jest to kobieta o niezbyt długich, falujących włosach, czy mężczy­zna, któremu nie po drodze było do fryzjera.

– Boże, mój Boże! Jaka straszna jest samotność! – zaszemrał głos przepełniony rozpaczą.

Mgła zgęstniała. Już nie było widać tajemniczej postaci. Obserwująca wszystko z oddali Justyna po­konała lęk, przezwyciężyła opór własnego ciała i ru­szyła tam, gdzie jeszcze przed chwilą dostrzegała niezbyt wyraźną sylwetkę.

Idąc, dziewczyna czuła zapach wilgoci, zmiesza­ny z drażniącą wonią rdzy. Czuła, jak na jej ubraniu skraplają się opary. Maleńkie kropelki osadzały się na rzęsach i włosach, a następnie spadały na policz­ki. To chyba nie są moje łzy? – pomyślała, obcierając dłonią twarz. Boję się, ale to nie powód do płaczu.

Przyspieszyła kroku. We mgle usłyszała jakieś odgłosy, czyjeś tupanie, stęknięcia i szepty. A po­tem plusk, który na moment zaburzył martwotę tego miejsca.

– O nie! – jęknęła zmartwiona.

Podeszła do barierki i wychyliła się przez nią. Wytężała wzrok, spoglądając przed siebie, lecz mgła skutecznie ograniczała widoczność. Nagle jednak kłęby przerzedły na tyle, by Gawłówna mogła do­strzec nad powierzchnią wody wynurzającą się rękę, wyciągniętą jakby w ostatnim geście rozpaczy przez człowieka, który liczy na pomoc.

– Nie! – krzyknęła zdruzgotana dziewczyna. W tej samej chwili otwarła oczy. – Nie. Nie… – po­wiedziała znacznie ciszej.

Jej ciało oblewał zimny pot. Dygotała, choć już nie było chłodu, mgły i wilgoci. Znajdowała się we własnym domu, w łóżku, a wszystko to, co widziała przed momentem, było tylko sennym koszmarem.

Majakiem, który nadszedł po chwilach strachu przeżytych przed paroma godzinami.

Włączyła lampkę nocną i powiodła wzrokiem po bezpiecznych czterech kątach swojego pokoju. Uśmiechnęła się na widok lekko uchylonych drzwi szafy. We wspomnieniach Justyny powrócił wieczór, gdy jej ukochany znalazł tam dla siebie kryjówkę. To była dobra, pokrzepiająca myśl, która otuliła jej serce niczym anielski puch.

– Nic się nie stało – wyszeptała. – To nic takie­go. Każdemu śnią się czasami jakieś głupstwa.

Nie mogła pójść do nikogo z bliskich, by poszu­kać ukojenia w bezpiecznych ramionach.

Kobiety oczekujące

Rok 1970

Przez okno aresztu śledczego przy ulicy Wały Jagiellońskie w Bydgoszczy zaglądały ostatnie pro­mienie nisko zawieszonego, grudniowego słońca. Światło raziło w oczy drobnego blondyna o szczu­płej, pociągłej twarzy, siedzącego na niezbyt wygod­nym drewnianym krześle o metalowej konstrukcji. Opuchnięta powieka w kolorze tęczy swędziała go niemiłosiernie. Eugeniusz Trzeciak nie mógł jed­nak ulżyć sobie i podrapać newralgicznego miejsca, co zapewne doprowadziłoby do jeszcze większego dyskomfortu, gdyż ręce miał przykute do mebla kajdankami. Wyczuwał pod palcami chłodny do­tyk rurek oparcia i chropowatość, a może zadry na lakierze, którym je pociągnięto. Próbował skupić się na czymś innym niż ból świdrujący głęboko za oczodołami i rozsadzający skronie czy promie­niujące ćmienie wszystkich siniaków, jakie zarobił w przeciągu ostatnich dwudziestu paru godzin.

Odwracanie głowy w bok, by światło przestało podrażniać łzawiące spojówki, nie pomagało w ni­czym. Gdy poruszał szyją, zaczynały go boleć inne stłuczone części ciała: kark i ramię. Dodatkowo dławiło go przyduszone czyimś trepem gardło.

Było mu zimno i gorąco jednocześnie. Bosy i licho ubrany to dygotał w niedogrzanym po­mieszczeniu, to znowu czuł fale nieprzyjemnego żaru, który wyciskał zeń siódme poty. Raz po raz usiłował zwilżyć językiem zapiekłe z pragnienia wargi, lecz w ustach zabrakło mu już śliny. W re­zultacie Gienek zagarniał z nich metaliczny smak zakrzepłej krwi.

Niepokoił go niemalże sterylny porządek pa­nujący w pokoju. Żadnych szaf na akta, żadnych papierów. Tylko biurko, dwa krzesła: to, na którym siedział, oraz drugie, naprzeciwko, wyglądające na znacznie wygodniejsze, bo tapicerowane. Lampka na biurku była zgaszona. Miała rurkę, która umoż­liwiała wyginanie jej w różnych kierunkach. Męż­czyzna przypuszczał, że ma wkręconą mocną, za­pewne stupięćdziesięciowatową żarówkę i stanowi pomoc w przesłuchaniach. Przesiedział pod taką ładnych parę godzin, z trudem znosząc bijący od niej blask i żar. Sam już nie wiedział, co było gor­sze: owa lampa, kuksańce podczas przesłuchania czy ścieżka zdrowia, jaką jemu i siedmiu pozosta­łym aresztantom zgarniętym z okolic alei 1 Maja zafundowali mundurowi. A może najgorszy był ten moment, gdy na spotkanie z młodzieżą wznoszącą antyrządowe hasła przybyły oddziały Zmotoryzo­wanych Odwodów Milicji Obywatelskiej i bez lito­ści zaczęły rozpędzać demonstrantów?

Miał pecha, że akurat jego złapali.

Po przewiezieniu na Wały Jagiellońskie zabrano mu buty i pasek od spodni. A że ostatnio znacznie schudł – wszak bieda gomułkowskich rządów pra­wie każdemu dała w kość – gdy zafundowano mu gonitwę po schodach, musiał wciąż trzymać portki dłonią, by nie spadły. Gdyby niefortunnie przydep­nął nogawkę, mógłby wyrżnąć i rozwalić sobie łeb. Albo skręcić kark. A jemu jeszcze życie nie zbrzy­dło, choć miewał w ostatniej dobie chwile, gdy ma­rzył, by szybko wyzionąć ducha. Bieganie boso nie należało do przyjemności. Ledwo zipał, osiągając kolejne kondygnacje. Odnosił wrażenie, jakby za­raz miał wypluć płuca, które nie nadążały z nabie­raniem powietrza. Na samej górze siedział mili­cjant, którego należało okrążyć, a potem wio! – na dół. Miał zmarznięte i obolałe stopy. Ich podeszwy jednocześnie paliły go żywym ogniem i drętwiały z wychłodzenia.

Dygotał ze strachu. Siedział już dość długo w pustym pomieszczeniu. Wiedział, że zaraz ktoś przyjdzie. Może będzie ich dwóch, może trzech. A może tylko jeden człowiek.

Będą go bić? Groźbami wymuszać zeznania? O przesłuchaniach buntowników krążyły legendy, w których krew płynęła wartkimi strumieniami. Co mogą mu zrobić? Rwać włosy? Paznokcie? Ko­pać ciężkimi podkutymi buciorami? Okładać twar­dymi pałami z gumy? Miał już okazję odczuć na własnej skórze, jak ten wyjątkowo sztywny atrybut mundurowych może zgiąć się na czyichś plecach lub pośladkach niczym wierzbowa witka.

Nie na darmo pokój był tak skromnie umeblo­wany, a jego ściany zamiast zwyczajnej farby mia­ły łatwo zmywalną lamperię. Eugeniusz zerknął na gołą posadzkę. Żadnych wykładzin, parkietów, linoleum. Zimne ciemnopopielate lastriko było miejscami popękane. Czy w szczeliny wsiąkła krew jego poprzedników?

Strach boli najbardziej. Nie ciosy wymierzane na oślep, nie ścięgna nadrywane wykręcaniem rąk, nie rwanie włosów, lecz właśnie wizje tortur, któ­re powstają w umyśle. To one wywołują nerwowe skurcze ciała i świdrują w mózgu, podnosząc jedno­cześnie ciśnienie krwi i przyspieszając tętno.

Łup-łup, łup-łup, łup-łup – łomotało mu nie­spokojne serce. Ten odgłos docierał do uszu młodego mężczyzny.

Pragnął mieć już to wszystko za sobą. Niechby pobili, byle wrócić do celi, na niewygodne legowi­sko. Położyć obolałą głowę na kocu przesiąkniętym zapachem stęchlizny.

Czas płynął przerażająco powoli. Ile godzin spędził Eugeniusz na niewygodnym krześle, na­słuchując kroków, które ustaną przy drzwiach tego pomieszczenia?

Musiało to trwać nieznośnie długo, gdyż zdą­żyły mu nieźle zdrętwieć dłonie. Ledwo poruszał palcami. Robił, co mógł, by nie pozostawiać ich w całkowitym bezruchu, więc na ile zdołał, pobudzał krążenie.

Słońce opadało coraz niżej, w końcu zniknęło za dachem niezbyt wysokiego budynku, widocznym z okna pokoju, w którym przebywał Eugeniusz. Teraz mężczyzna dotkliwie odczuwał zimno. Powo­li zaczynało zmierzchać. W pokoju gęstniał mrok. Od czasu do czasu Trzeciak słyszał hałas dobiega­jący zza zamkniętych drzwi, które miał za plecami. Niekiedy były to kroki wybijane przez solidne woj­skowe kobry noszone przez zomowców i milicjan­tów. Innym razem stąpnięcia były cichsze, zapewne ten odgłos wydawały cywilne trzewiki lub kozaki. Raz nawet usłyszał stukanie damskich obcasów.

Pewnie jakaś sekretarka – przemknęło mu wtedy przez myśl.

By odwrócić uwagę od strachu przed kolejnym przesłuchaniem i związanym z nim bólem, pró­bował sobie wyobrazić tę kobietę. Na pewno była młoda. Może w jego wieku, może odrobinę starsza. Ale niewiele, gdyż kroki były energiczne. Zapewne nosiła ciepłą wełnianą spódnicę i dziergany na dru­tach sweter. Raczej nie wkładała spodni, skoro pra­cowała jako urzędniczka.

Czy romansowała z którymś z pracujących tutaj funkcjonariuszy? Kręcili ją władczy i brutalni męż­czyźni? A może wykonywała swoją pracę z musu – bo tak ją przydzielono albo tak rzucił ją los?

– Dobry Boże, i jeszcze tak bardzo proszę na osta­tek: niech on się opamięta i odmieni – wyszeptała Elżbieta Trzeciak, a następnie uczyniła znak krzyża.

Duży pokój tonął w mroku. Pomieszczenie oświetlone było wyłącznie stojącą w kącie lampą. Wkręcona do niej żarówka o mocy dwudziestu pięciu watów tylko nieznacznie rozpraszała ciem­ność – wszak temu właśnie służyła. Dodatkowo przysłaniał ją abażur w kolorze butelkowej zieleni. Przed obrazem Matki Boskiej Karmiącej klęczała dość ładna, tęga kobieta w sile wieku i odmawia­ła wieczorny pacierz. Zwykle robiła to znacznie wcześniej, wraz ze starszymi dziećmi, lecz jakiś im­puls rzucił ją na kolana, więc ponownie zatonęła w modlitwie.

Trzeciakowa stęknęła, podnosząc ciężkie ciało z klęczek. Pomyślała, że właściwie powinna pójść do kuchni i sprawdzić, czego jeszcze brakuje do wypieku świątecznych ciast. Rano, po wyprawie­niu Marysi i Wieśka do szkoły, mogłaby skoczyć do SAM-u. Weźmie Janka, który jakoś wystoi w kolejce, Hanię wpakuje do wózka i polecą po sprawunki. Może nawet dostaną pomarańcze i cytryny?

Zamiast przejrzeć zawartość lodówki i szafek, usiadła na fotelu i popadła w zadumę.

Od dawna była nieszczęśliwa, choć postronny obserwator z powodzeniem mógłby stwierdzić, że nie ma ku temu powodów. Wraz z mężem i czwórką dzieci zajmowała przestronne mieszkanie w jednym z klockowatych wieżowców przy alei Planu 6-letniego w Bydgoszczy. Ten lokal zasiedlili sto­sunkowo niedawno, tuż po tym, jak mąż dostał awans na zastępcę dyrektora jednego z wydziałów w Zakładach Chemicznych „Zachem” w Łęgnowie2. Wcześniej mieszkali w starszej części Kapuścisk, lecz tam mieli zbyt ciasno. Nie wspominając już o klitce u teściów, w której gnieździli się tuż po ślu­bie. Wtedy marzeniem była przeprowadzka i nie­zależność. Później Elżbieta pragnęła dodatkowej przestrzeni. Aktualnie, gdy żyli w miarę wygodnie, doskwierały jej inne, znacznie większe bolączki.

Po jedenastu latach małżeństwa Trzeciakowie doczekali się czwórki dorodnych i zdrowych dzie­ci.

Podziel się opinią

Share
d3rk1y8
d3rk1y8
d3rk1y8
d3rk1y8
d3rk1y8