Trwa ładowanie...
dop78cq
13-01-2022 10:00

Grzechy młodości (#2). Echa niewierności

książka
Oceń jako pierwszy:
dop78cq
Grzechy młodości (#2). Echa niewierności
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe

FASCYNUJĄCA,PEŁNA EMOCJI, MIOŚCI I DRAMATÓW HISTORIA POLSKIEJ RODZINY
Jest rok 1971, w Polsce trwa „epoka Gierka”, na półkach jest więcej towarów, a bydgoszczanie z nadzieją patrzą w przyszłość.
Seniorzy rodu Trzeciaków, Franciszka i Leon, nieustająco martwią się o swoje dorosłe dzieci: Tymoteusza, który nie potrafi być dobrym mężem i doprowadza swoją żonę Elżbietę do próby samobójczej, pracującego w Milicji Obywatelskiej Kazimierza oraz Agatę, która mimo że jest mężatką, romansuje z esbekiem. Jednak najwięcej trosk przysparza im najmłodszy syn, Eugeniusz. Gdy zostaje aresztowany za działalność opozycyjną i trafia do więzienia rodzeństwo robi wszystko, żeby go stamtąd wyciągnąć. Czy im się to uda?
……………………………………………………………………..
Edyta Świętek kontynuuje opowieść o wielopokoleniowej rodzinie, w której bohaterami są nie tylko matki, babki, ojcowie, bracia, siostry, kochankowie… Ważną bohaterką jest Bydgoszcz, a w niej miejsca, na wspomnienie których kręci się łezka w oku i takie, o których istnieniu wygodniej byłoby zapomnieć. Poznając niełatwe losy Trzeciaków, ma się ochotę wyjść na ulice i z książką w ręku na nowo poznawać miejskie zakamarki. To gdzieś tu muszą czaić się zazdrość, rozpacz, radość, miłość, lęk, nadzieja. Między brzegiem jednej rzeki, a nabrzeżem drugiej odbijają się też echa niewierności. Polecam!
Dorota Witt, dziennikarka
Express Bydgoski
Edyta Świętek jest mistrzynią sag rodzinnych osadzonych w realiach PRL-u. Po rewelacyjnym Spacerze Aleją Róż powraca z równie wciągającą serią Grzechy młodości. Obowiązkowa lektura dla miłośników gatunku!
Magdalena Majcher, pisarka

Grzechy młodości (#2). Echa niewierności
Numer ISBN

978-83-66989-55-9

Wymiary

130x200

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

448

Język

polski

Fragment

PROLOG

Bądź jak kamień, stój, wytrzymaj

Kiedyś te kamienie drgną

I polecą jak lawina

Przez noc, przez noc, przez noc1

1 Fragment tekstu piosenki Psalm stojących w kolejce z repertuaru Krystyny Prońko. Słowa: Ernest Bryll, muzyka: Wojciech Trzciński.

Korale

– Nie znoszę czarnego koloru – westchnęła Justyna.

Żarówka w przedpokoju dawała słabe światło, lecz mimo wszystko wystarczyła do oświetlenia lustra, przed którym stała kobieta. Odbicie uka­zywało szczupłą postać odzianą w prostą sukien­kę pożyczoną od Agaty. Odzież wisiała na niej jak na kołku.

Justyna zdawała sobie sprawę, że wygląda ża­łośnie: blada, chuda, ze zmatowiałymi włosami. A przecież Eugeniusz tak lubił jej miękkie, zdrowo lśniące pasma. Często okręcał je sobie na palcu.

Kiedy tak bardzo się zaniedbałam? – pomyślała z głębokim smutkiem.

Jeszcze raz spojrzała krytycznie na odbicie. Stwierdziła, że musi jakoś przełamać ponury wi­zerunek. Może koralami? Już po chwili trzymała w dłoni sznurek czarnych, lekko opalizujących pa­ciorków. Nie był długi, więc by je włożyć na szy­ję, musiała rozpiąć i zapiąć mały zatrzask. Robi­ła to po omacku, wyrywając sobie przy tym kilka włosów. Syknęła, gdyż wszystkie bodźce odbierała ze zdwojoną intensywnością. Jej dłonie drżały ze zdenerwowania. W końcu zdołała ozdobić szyję.

Niewielkie kuleczki delikatnie połyskiwały na tle czarnej bluzki.

Nadal nie była zadowolona z efektu.

Wyglądam koszmarnie – stwierdziła, odwracając wzrok od ozdobnego trema.

Korale ją dusiły. Kiedy je zapinała, sprawiały wrażenie dość luźnych, zwisały poniżej obojczy­ków. Teraz jednak czuła zadziwiające dławienie w gardle. Wsunęła dłoń pomiędzy sznur a wgłę­bienie przy tchawicy. Ozdoba wrzynała się w jej ciało, jakby ktoś ciągnął za nią z tyłu. Justyna od­nosiła wrażenie, że za moment jej płucom zabrak­nie powietrza.

Chciała zerwać paciorki, lecz połączone były mocną, stalową nicią.

Zaraz umrę! – jęczała w duchu. Choć kobietę okrywał zimny, nieprzyjemny pot, czuła się, jakby wewnątrz niej gorzał ogień. Wydobyła ostatni pisk z krtani.

Nagle ocknęła się w pozycji siedzącej. W mro­ku nocy dostrzegła zarysy dobrze znanego wnętrza. Była w łóżku. Słyszała równomierny oddech śpią­cego obok Eugeniusza.

– Dobry Boże… To tylko sen. Tylko sen – ode­tchnęła z ulgą, choć ciągle jeszcze dygotała ze strachu.

Przypomniała sobie słowa, które czasami sły­szała z ust cioci Heleny:

– Sen mara, Bóg wiara.

Kilkakrotnie powtórzyła je w myślach, lecz nie­pokój dławiący gardło nie przeminął.

Woda w Brdzie była zimna i zanieczyszczo­na, śmierdziała chemikaliami. Elżbieta, wpadając w mętną toń, odruchowo wstrzymała oddech. Pod­świadomość walczyła ze świadomością. Instynkt samozachowawczy z chęcią autodestrukcji.

Kobieta zaczęła rozpaczliwie się szamotać. Jed­nak ręka, wynurzona ponad ciemną powierzchnię wody, daremnie poszukiwała jakiegoś punktu za­czepienia. Trzeciakowa nie potrafiła pływać, a mo­kre ubranie, choć niezbyt ciężkie, ciągnęło ją w dół.

Boże ratuj! – westchnęła w ostatnim przebłysku przytomności, gdy płuca, spragnione powietrza, wykonały wdech.

– Mamusiu, a po co nam ten dywan? – dopyty­wała Beatka, drepcząc obok matki na przystanku tramwajowym.

– Kupiłam go dla dziadków, bo stary jest trosz­kę podniszczony – oznajmiła Kostowa.

Kilkanaście minut temu, przez czysty przypa­dek, nabyła śliczny wełniany kobierzec w Jedynaku stojącym przy skrzyżowaniu Dworcowej z Alejami 1 Maja. Wymiarami oraz kolorystyką będzie ideal­nie pasował do pokoju rodziców. Choć nie miała w planach takiego zakupu, nie mogła go sobie od­mówić. W czasach, gdy sklepowe półki świecą pust­kami, trzeba wykorzystywać każdą okazję. Bo jak coś równie wartościowego nie posłuży jej, to może uraduje kogoś bliskiego.19

Ależ mnie to cieszy – stwierdziła, choć doniesie­nie go na przystanek nastręczyło trochę trudności. Ciasno zwinięty dywan sporo ważył, a ponieważ miał wymiary dwa na trzy metry, był dość niepo­ręczny w transporcie. Żałowała, że nie ma z nią Wojtka. Mąż bez trudu dałby sobie radę z cięża­rem. Teraz czekało ją wciągnięcie nabytku do wa­gonu. Żywiła jednak nadzieję, że jakiegoś mężczy­znę ogarnie litość i przyjdzie jej z pomocą. Aby sobie choć trochę ulżyć, torebkę powierzyła córce. Napomniała dziewczynkę, by dobrze jej pilnowała i nie próbowała otwierać.

Na szczęście dumna z tak ważnej misji pięcio

Podziel się opinią

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
dop78cq
dop78cq
dop78cq
dop78cq