Trwa ładowanie...
ddbf7mu
31-01-2020 00:11

Cień zbrodni

książka
Oceń jako pierwszy:
ddbf7mu
Cień zbrodni
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe

FASYCYNUJĄCA,PEŁNA EMOCJI, MIŁOŚCI I DRAMATÓW HISTORIA POLSKIEJ RODZINY
Dla rodziny Trzeciaków nadciągają trudne czasy. Pogłębiający się kryzys sprawia, że Justyna ledwo wiąże koniec z końcem. Gnębiony wyrzutami sumienia Tymoteusz usiłuje ją wspierać, niestety sam doświadcza prawdziwej tragedii. Czy nad Tymoteuszem zawisła klątwa, która zrujnuje mu życie? Wojciech Kost podejmuje decyzję o opuszczeniu żony. Niespodziewanie Helena otrzymuje paczkę oraz list z zagranicy od tajemniczego nadawcy. Jak poradzą sobie Trzeciakowie w okresie stanu wojennego? Czy małżeństwo Kostów przetrwa próbę?
……………………………………………………………………..
Edyta Świętek kontynuuje opowieść o wielopokoleniowej rodzinie, w której bohaterami są nie tylko matki, babki, ojcowie, bracia, siostry, kochankowie… Ważną bohaterką jest Bydgoszcz, a w niej miejsca, na wspomnienie których kręci się łezka w oku i takie, o których istnieniu wygodniej byłoby zapomnieć. Poznając niełatwe losy Trzeciaków, ma się ochotę wyjść na ulice i z książką w ręku na nowo poznawać miejskie zakamarki. To gdzieś tu muszą czaić się zazdrość, rozpacz, radość, miłość, lęk, nadzieja. Między brzegiem jednej rzeki, a nabrzeżem drugiej odbijają się też echa niewierności. Polecam!
Dorota Witt, dziennikarka
Express Bydgoski
Edyta Świętek jest mistrzynią sag rodzinnych osadzonych w realiach PRL-u. Po rewelacyjnym Spacerze Aleją Róż powraca z równie wciągającą serią Grzechy młodości. Obowiązkowa lektura dla miłośników gatunku!
Magdalena Majcher, pisarka

Cień zbrodni
Numer ISBN

978-83-66481-11-4

Wymiary

130x200

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

448

Język

polski

Fragment

Samotne serca

Rok 1981

Od śmierci Maurycego Benedykta nie mogła sobie znaleźć miejsca, choć minęło już pół roku. Miesz­kanie – do tej pory przytulne – zaczęło nagle spra­wiać przygnębiające wrażenie. Ilekroć wzrok kobiety spoczął na pustym fotelu, w którym wcześniej zwykł zasiadać mąż, tylekroć czuła nieprzyjemny ucisk w okolicy żołądka.

– To przez tego starego rupiecia – oznajmiła pew­nego dnia Elżuni, gdy ta wpadła z wizytą, przywożąc ze sobą trójkę młodszych pociech.

– Dlaczego nie wyrzucisz go na śmietnik, skoro tak drażni cię jego widok? – zapytała córka.

– Do tej pory było mi go szkoda, gdyż należy do kompletu. To antyk pamiętający jeszcze czasy sprzed pierwszej wojny. Ale może faktycznie powin­nam tak zrobić? Jest już stary, wysiedziany. – Spoj­rzała krytycznie na mebel, którego bliźniaczy brat stał obok. Po przeciwnej stronie stołu umieszczona była elegancka zabytkowa kanapa dla trzech osób. – Ma mocno wytarte obicie, wyślizgane podłokietniki i chyba zapadnięte sprężyny. Mogłabym go wpraw­dzie oddać do renowacji, ale musiałabym wówczas odświeżyć również całą resztę, która jest świetnie zachowana. Tapicer na pewno nie dobrałby takiej samej tkaniny. Zresztą gdzie dzisiejszym materiałom do przedwojennej jakości? Teraz wszystko zrobione jest, aby zbyć. Tak, jakby robotnicy pracowali noga­mi, lewymi na dodatek.

– Masz rację, mamo. Dzisiaj faktycznie mamy straszne brakoróbstwo – przyznała skwapliwie córka, choć miała na ten temat odmienną opinię. Wszak u niej w domu były same nowoczesne sprzęty, które po części zaprojektował Tymek, a po części pro­jektanci z Bydgoskich Fabryk Mebli. Wykonano je z najlepszych gatunkowo materiałów, które zwykle przeznaczane były na eksport, ponoć aż do Szwecji, gdzie trafiały do jakiejś dużej sieci sklepów.

Zapadła więc decyzja, że fotel zniknie, a salon zostanie odrobinę przemeblowany, by brak nie ra­ził w oczy.

– Szkoda, że Maria nie przyjechała. Ona ma takie wyczucie stylu i przestrzeni, że na pewno wpadłaby na to, jak powinnam rozmieścić meble – westchnęła Wilimowska.

– Ach… Maria… To już dorosła pannica, nie chce z nami nigdzie jeździć. Żyje swoimi sprawami – od­parła Elżbieta, zarumieniona po czubki uszu ze wsty­du. Nie potrafiłaby za nic w świecie przyznać przed matką, że kompletnie nie daje sobie rady z wiecznie niezadowoloną latoroślą. I prawdopodobnie zapa­dłaby się pod ziemię, gdyby przy Benedykcie córka zaczęła z niej pokpiwać i mówić „pani matko”. Ach! Jak ona nie znosiła tego określenia! Nie potrafiła go wyplenić ze słownika Maryśki, a kiedy wspominała o tym mężowi, ten brał stronę ulubienicy i twierdził, że to dość dowcipny zwrot i wymaga szczypty polotu. Też coś! Ona w tym nie widziała ani nic zabawnego, ani świadczącego o wyrafinowaniu.

– Maryśka nie lubi spędzać czasu z nami – wypa­liła bez namysłu Hanka, wywołując u matki jeszcze większe zażenowanie.

– Głupstwa opowiadasz, dziecko! – skarciła ją Elżunia.

– A czemu to, moja panno? – Benedykta posta­nowiła drążyć śliski temat.

– Bo ma wredną naturę – dorzucił Janek.

– Nie chce się z nami bawić. – Kinga także wtrą­ciła swoje trzy grosze.

– Moi drodzy! Nie możecie oczekiwać od doro­słej panienki, że będą ją wprawiały w zachwyt wa­sze harce. – Wilimowska uznała za słuszne wzięcie w obronę ulubienicy.

Maria nadal pozostawała jej najukochańszą wnuczką. Czasami babcia wręcz dochodziła do wnio­sku, że właściwie nie miałaby nic przeciwko temu, gdyby była jedyną. Od biedy niechby sobie jeszcze Elżunia miała Wiesława. Janek na upartego też by uszedł. Ale te dwie najmłodsze dziewczyny to było zdecydowanie zbyt dużo. Kto widział, by pod ko­niec dwudziestego wieku kobieta rozmnażała się jak jakaś królica? I po co? Czyż nie lepiej skupić się na solidnym wychowaniu dwóch, góra trzech, latorośli? Przecież piątce nie sposób poświęcić dość uwagi!

– Tak, ona rzeczywiście żyje już własnym życiem – dodała szybko Trzeciakowa. – Ale maluchy nie za­wsze potrafią to zrozumieć.

– Nie ma tu nic do rozumienia – fuknęła Be­nedykta, wodząc surowym spojrzeniem po wnu­kach. – Dzieci powinny znać swoje miejsce i nie wtykać nosa w sprawy dorosłych. A Maria wszak jest pełnoletnia! Mam nadzieję, że przyjedzie do mnie niebawem. Ostatnio trochę mnie zaniedbuje – oznajmiła Elżuni.

– Oczywiście, mamo. Powiem jej, żeby cię od­wiedziła. W minionych dniach była pochłonięta przygotowaniami do rozpoczęcia roku szkolnego. A później doszły nowe zajęcia, obowiązki i w ogóle… Przecież to już klasa maturalna! – usprawiedliwiła gładko Marię.

– Dobrze, dobrze. Trochę brakowało mi jej to­warzystwa – odparła Wilimowska.

W głębi duszy wyczuwała, że wnuczka znacznie się od niej oddaliła. Nie zaglądała na Aleje 1 Maja tak często jak niegdyś. A gdy już przychodziła, miewała znudzoną minę i zerkała wciąż na zegarek. Przykra była Benedykcie świadomość, że dla nastolatki prze­stała stanowić pożądane towarzystwo. Tęskniła za Marią i czuła coraz większe osamotnienie. To uczucie było nowe – nadeszło wraz ze śmiercią męża.

Nic dziwnego. Jest młoda, ciekawa świata. Potrzebu­je różnych atrakcji. Powinna korzystać z uroków życia, póki ma możliwość. Starość przychodzi zdecydowanie zbyt szybko – westchnęła nieznacznie. Ach! Gdybym znowu mogła wrócić do wspaniałych czasów sprzed wojny! Gdy człowiek był zdrów, pełen wigoru, gdy nie doskwierały żadne bolączki, a policzki i dekolt miały jędrną świeżość. Kiedy byłam w wieku Marii, też nie pociągało mnie prze­siadywanie w gronie statecznych matron.

Wilimowska pomyślała na ostatek, że póki żył Maurycy, było jej znacznie przyjemniej. Mimo że mężczyzna był milczkiem i niewiele wnosił do roz­mowy, to jednak dobrze spędzało się wspólnie czas. Mąż przynajmniej słuchał tego, co chciała mu prze­kazać. Czasami przytaknął, niekiedy rzucił jakieś słowo. Teraz w mieszkaniu panowała cisza, jeśli nie liczyć włączanej chwilami muzyki. Najgorsze było właśnie to, że Benedykta nie miała do kogo otwo­rzyć ust.

Przecież nie będę mówiła sama do siebie. Jeszcze nie zwariowałam.

ddbf7mu

Podziel się opinią

Share

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
ddbf7mu
ddbf7mu
ddbf7mu
ddbf7mu