Trwa ładowanie...
holderName
holderName

Niziołkowie z ulicy Pamiątkowej (Część 3). Każdy wschód słońca

książka
Oceń jako pierwszy:
Niziołkowie z ulicy Pamiątkowej (Część 3). Każdy wschód słońca
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Niziołkowie z ulicy Pamiątkowej (Część 3). Każdy wschód słońca
Materiały prasowe

PEŁNA CIEPŁA I OPTYMIZMU SAGA RODZINNA

Robert i Róża już jakiś czas temu wypuścili swoje dzieci w świat, które teraz już na własny rachunek tworzą karty tej opowieści. Czytelnika zapewne najbardziej frapują losy niezwykle pomysłowego i niejednokrotnie zaskakującego otoczenie i bliskich, potomka, czyli księdza Janka. Został on wysłany wraz ze swoim proboszczem, księdzem Tadeuszem Wieczorkiem na misje do szkockiego niedużego miasta Kirkcaldy, na północ od Edynburga, gdzie co krok spotykają rodaków.

Przez czysty przypadek parafia mieści się przy Reminder Street; cóż, nie na darmo jest to saga o Niziołkach z ulicy Pamiątkowej.

Tuż za rogatkami miasta zamieszkali też Ela z Davidem, którzy oczekują szczęśliwego powiększenia rodziny. Ksiądz Tadeusz znakomicie radzi sobie na obczyźnie, wspierany dzielnie przez swojego wikarego Jana Peregryna. Obaj przyciągają do siebie ludzi i odnoszą nieustanne sukcesy duszpasterskie. To na pobliskich wzgórzach znaleźli idealne miejsce na „szkocką Lednicę".

Zaraz… „Nieustanne sukcesy”? A co się stanie, jeżeli pojawią się też zdrada i klęska? Czy nasi bohaterowie będą tak samo wierni, radośni i dzielni? I gdzie będzie wtedy Janek?

Jeżeli nie boisz się, Czytelniku, konfrontacji z wyzwaniem i sytuacją ekstremalną, sięgnij po kolejną opowieść o rodzinie Niziołków, którzy także za morze zabrali swój dar uśmiechu... i dar oczyszczających łez.

Saga opisuje losy poznańskiej rodziny Niziołków od lat sześćdziesiątych począwszy, na XXI wieku kończąc. Wszyscy członkowie rodziny uwielbiają książki, a rodzinnym numerem jeden jest Władca Pierścieni.

Historia rodziny, w której każdy może odnaleźć cząstkę swojej własnej przeszłości, wspomnienia z wychowywania dzieci i wydarzenia z życia codziennego. Ciekawa, mądra, ciepła i ozdobiona poczuciem humoru opowieść, w której wartości takie jak przyjaźń, miłość, rodzina, lojalność, godność, miłosierdzie, wiara – jeszcze coś znaczą.

Niziołkowie z ulicy Pamiątkowej (Część 3). Każdy wschód słońca
Numer ISBN

978-83-66217-82-9

Wymiary

130x200

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

432

Język

polski

Fragment

Rozdział I

Kirkcaldy

W czwartek trzeciego lipca dwa tysiące czterna­stego roku (dokładnie o godzinie jedenastej czter­dzieści) dwaj księża podążali wijącym się a nie­kończącym korytarzem edynburskiego lotniska. Jeden z nich, starszy, odziany był w garnitur i księżowską koszulę z koloratką. Drugi, młodszy, występował w pełnym służbowym rynsztunku. Oglądało się za nimi całe lotnisko i trzeba sobie wprost powiedzieć, że ten starszy, czyli ksiądz Tadeusz Wieczorek, miał już wszystkiego powy­żej uszu.

Cyrk zaczął się jeszcze na Ławicy, kiedy bramka zadzwoniła na przechodzącego przez nią Jana Peregryna, co spowodowało ożywioną interwencję celników. „Żeby tylko go nie zapytali,

czy nie ma czegoś niebezpiecznego, bo ten mały drań gotów sobie zrobić benefis z wykorzysta­niem mojej anegdoty!” – pomyślał z niepokojem proboszcz. „Trzeba było łobuzowi za dużo nie opowiadać!” A tak się składało, że w kieszeni sutanny, a więc poniżej pasa, miał Janeczek we­tknięty mu w ostatniej chwili przez mamę srebr­ny różaniec po prababci Kotoń. Przez Janka jeszcze nie używany 1.

Różaniec włożono do skrzyneczki, ale pana celnika to nie satysfakcjonowało.

– Proszę zdjąć wierzchnie okrycie! – oznaj­mił surowo.

– Proszę? – zdziwił się grzecznie Jasiek. – Co mam zdjąć? – Fakt, było ciepło i kurtek żadnych na sobie nie mieli, jechały w bagażu nadawanym.

Celnik pokazał palcem. Dziwny jakiś był, chy­ba nie wiedział, jak takie coś się nazywa.

– Nie mogę – powiedział rozkosznie Janeczek.

– Co znaczy, nie może pan?! – najeżył się cel­nik. Aha, jak „pan”, to dużo wyjaśnia.

– Nie wolno mi zrzucić sutanny – odpowie­dział Jasiek, uśmiechając się pogodnie. W su­mie racja, ale w znaczeniu przenośnym, czego jednakże celnik nie wiedział. W odróżnieniu od księdza Tadeusza, w którym wszystko zaczęło się gotować. Perswadował swojemu wikariuszowi,

1 Jeżeli czytelnik nie rozszyfrował sygnalizowanej anegdoty, narrator pozwoli sobie odesłać go do roz­działu XII Drogi do Achtoty.

żeby w czasie podróży ubrał się na krótko, ale on oczywiście zaczął się stawiać i zrobił po swojemu.

– W takim razie przechodzimy do rewizji oso­bistej! – zagroził celnik.

– My? – zdumiał się Janek. Otaksował celnika od góry do dołu i uśmiechnął się słodko. – Pro­szę bardzo!

„Od kogo on się nauczył takich tekstów?” – pomyślał wkurzony ksiądz Tadeusz. „Od ojca czy szwagra? A może od obydwóch?” – Jak wi­dać, na weselu Bachów została mu opowiedzia­na ze szczegółami historia spisywania protoko­łu przedślubnego.

I w tym momencie, o dziwo, celnik się poddał. Być może miały na to wpływ rozbawione spojrze­nia kolegi od taśmy i koleżanki-celniczki. Prze­gonił tylko ponownie Jaśka przez bramkę, która tym razem zajarzyła się na zielono, i dał spokój.

Wtedy przyszła kolej na proboszcza, któremu zakwestionowano zawartość saszetki podręcznej w postaci insulinówek. Jasne, ksiądz Tadeusz jako terrorysta żgający insulinówką stewardessę w oko… Sam miód! Teraz dla odmiany Jasiek po­patrzył sobie z satysfakcją; ostrzegał szefa, żeby strzykawki przewozić w bagażu odprawianym, ale ten się bał, że zginą, że polecą innym samo­lotem i co on potem zrobi. No to teraz ma i musi się gimnastykować z zaświadczeniem lekarskim (wraz z jego wersją angielską sporządzoną przez tłumacza przysięgłego). I tak dobrze, że w związ­ku z koniecznością zdobycia tegoż zaświadczenia

został zmuszony do osobistego pofatygowania się przed oblicze doktora, czego dotąd unikał jak mógł, odświeżając sobie tylko recepty.

W samolocie sutanna Jaśka zadziałała zgod­nie z wykładnią Cejrowskiego, że ksiądz poprzez strój służbowy winien prowokować sytuacje mi­syjne. Mianowicie dosiadł się do nich pewien Niemiec, z którym wikary pogawędził na tematy wyższe. Po niemiecku, tylko gdzieniegdzie sztu­kując sobie wypowiedź angielskim, jak stwier­dził z podziwem i odrobiną zazdrości proboszcz. On sam z innych języków nowożytnych mógłby spróbować swoich sił jedynie w rosyjskim. Wło­ski w seminarium szedł mu jak z kamienia…

Wyszli przed terminal i utknęli. Nigdzie nie było tabliczki pick up zone. Ksiądz Tadeusz po­stanowił pokazać smarkaczowi, że też umie się obrócić, i swobodnie zagadnął do taksówkarza o drogę. Niestety, jego miłość własna została po­hańbiona, bo w odpowiedzi usłyszał tylko coś całkowicie niezrozumiałego. Zażenowany wbił w Jaśka oczekujące spojrzenie.

– On mówi w Scots, proszę księdza – po­śpieszył z wyjaśnieniami Janek. – Ja też mam problemy, a to dopiero przedsmak, czyli wersja Lallans. Jakbyśmy się przejechali do Aberdeen, to dopiero by się ksiądz poczuł jak w Norwegii! Zero zrozumienia!

Coś tam jednak chyba zrozumiał, bo pocią­gnął proboszcza na zadaszony parking. Faktycz­nie, tak jak się umawiali, czekał tam na nich

ksiądz Błażej od salwatorianów, jeden z dwóch, którzy zostawali w Kirkcaldy w parafii świętego Niniana. Księża Wieczorek i Niziołek mieli posłu­giwać w St Marie’s z doskokiem do St Pius.

Gospodarz, odziany po cywilnemu, przyjrzał się im, a szczególnie Jankowi, z sympatią i lek­kim pobłażaniem.

– Od razu można poznać, że jesteście z Polski – powiedział wesoło. – Tutaj poza kościołem nie widuje się księdza w sutannie.

Janeczek już otwierał gębę, ale proboszcz cał­kowicie w stylu don Camilla kopnął go pod osło­ną wkładanej właśnie do bagażnika walizki i ło­buz się przymknął. Do czasu.

Przy przejeździe przez zatokę ksiądz Tadeusz zajął się podziwianiem znanego mu z internetu Forth Bridge, przez co Jasiek mógł bezkarnie do­rwać się do głosu. Z prowadzonej przez całą dro­gę dyskusji wynikało, że faktycznie w pewnych dziedzinach życia czeka ich jeśli nie szok kultu­rowy, to twarda adaptacja.

„Narobi sobie kłopotów, cholerny uparciuch” – pomyślał z obawą proboszcz. Brzydkie słowo niech mu będzie wybaczone przez wzgląd na oj­cowskie uczucia do podwładnego.

W Kirkcaldy ksiądz Błażej zajechał pod małą, sympatyczną restaurację i zaprosił ich na lunch. Przyjęli propozycję z radością; byli już solid­nie głodni, wydawało im się, że od ostatniego zjedzonego na Jarosławskiej śniadania minęły wieki całe.

Gospodarz nie męczył ich długaśnym menu i od razu zadysponował spécialité de la maison w postaci fish and chips. Jak się okazało, każ­dy znał tu każdego, a uśmiechnięty od ucha do ucha kelner, najwyraźniej uprzedzony o ich przy­jeździe, próbował konwersować po polsku: naj­pierw zebrał staranny wywiad, jak w języku go­ści mówi się delicious, a potem począł zachwalać, że danie jest „pyszny”.

Rzeczywiście, ryba była pyszna. Najwspanial­sza, jaką ksiądz Tadeusz jadł jeżeli nie w życiu, to na pewno przez ostatnie półtora roku, kiedy to pani Teresa raczyła ich wyłącznie łososiem gotowanym w folii. Każdy, kto dania takiego próbował, wie, jak smakuje. I każdy, kto był na Wyspach Brytyjskich lub choćby dysponuje wy­obraźnią, potrafi porównać je z porządnym fish and chips…

Jan Peregryn, człowiek może i lekko szalo­ny, lecz dobry i odpowiedzialny, a proboszcza, jak wiemy, szczerze noszący w sercu, przeżywał straszliwe męki. Tona panierki. Frytki i danie główne smażone w głębokim oleju. A szef po­żera to wszystko jak wołoduch, tylko oczy mu się śmieją.

– Szczepił się ksiądz? – wyszeptał najdyskret­niej jak mógł kącikiem ust. W odpowiedzi pro­boszcz tylko radośnie przytaknął. „Szczepić się” oznaczało w ich domowym języku oczywiście wstrzyknięcie insuliny, co delikwent uczynił przy okazji wizyty w kibelku.

Podziel się opinią

Share
holderName
holderName
holderName
holderName
holderName