Trwa ładowanie...
d3sfstv
d3sfstv

Niziołkowie z ulicy Pamiątkowej (#5). Dokąd nas zaprowadzisz

książka
Oceń jako pierwszy:
Niziołkowie z ulicy Pamiątkowej (#5). Dokąd nas zaprowadzisz
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
d3sfstv
Niziołkowie z ulicy Pamiątkowej (#5). Dokąd nas zaprowadzisz
Materiały prasowe
Niziołkowie z ulicy Pamiątkowej (#5). Dokąd nas zaprowadzisz

PEŁNA CIEPŁA I OPTYMIZMU SAGA RODZINNA
Janek pozostaje Jankiem praktycznie już tylko dla rodziny, a przeistoczyć się musi w proboszcza Jana z całym rozlicznym bagażem obowiązków i trosk. Jedną z takich chodzących trosk jest wikary Stanisław.
Równolegle poznajemy bliżej babcię Janka, panią Alicję Kotoń, z którą wnuk pokłócił się dramatycznie w poprzednim tomie. Teraz czytelnik ma okazję się przekonać, że nie taki diabeł straszny, jak go malują, a babcia – czy nawet dwie babcie, bo w tle pojawia się też babcia Stacha – też może mieć swoje troski i utrapienia oraz borykać się z własnymi słabościami. Na szczęście Pan Bóg ma pod ręką znakomite narzędzie, którym dla zgody rodzinnej może się posłużyć: wnuczkę Wisię, która swoją energią, pogodą ducha i niezłomnym optymizmem doprowadza w końcu do pojednania babci i wnuka.
Saga opisuje losy poznańskiej rodziny Niziołków od lat sześćdziesiątych począwszy, na XXI wieku kończąc. Wszyscy członkowie rodziny uwielbiają książki, a rodzinnym numerem jeden jest Władca Pierścieni.
Historia rodziny, w której każdy może odnaleźć cząstkę swojej własnej przeszłości, wspomnienia z wychowywania dzieci i wydarzenia z życia codziennego. Ciekawa, mądra, ciepła i ozdobiona poczuciem humoru opowieść, w której wartości takie jak przyjaźń, miłość, rodzina, lojalność, godność, miłosierdzie, wiara – jeszcze coś znaczą.

Niziołkowie z ulicy Pamiątkowej (#5). Dokąd nas zaprowadzisz
Numer ISBN

978-83-66481-23-7

Wymiary

130x200

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

368

Język

polski

Fragment

Rozdział I

Druga zmiana

– Stachu, zakładaj, proszę, koloratkę, kiedy

wychodzisz poza plebanię – powiedział proboszcz

spokojnie. Spokojnie, ale z takim specjalnym naciskiem,

że księdzu Deskurowi nawet na myśl nie

przyszło dyskutować, chociaż do tej pory księżowski

rynsztunek przywdziewał tylko w kościele,

do mszy. No, ewentualnie w konfesjonale. Na

polu, jak mówią w Krakowie, zwykł był łazić po

cywilnemu, przeważnie w dżinsach i kraciastej,

flanelowej koszuli. Tak się czuł najlepiej, a uważał,

że na wszystko jest właściwy czas – na sutannę

i ornat też.

Z leciutkim uśmiechem otaksował postać swojego

nowego zwierzchnika: garnitur skromny, ale

elegancki, szyty chyba na miarę – nie bardzo się

na tym znał, ale tak mu się wydawało, bo ciuch

leżał na szefie jak ulał. O ubraniach na miarę

czytał dotąd tylko w angielskich kryminałach (bo

„Vivy” albo „Faktu” nie czytał z całą pewnością);

sam zaopatrywał się w pierwszym lepszym sklepie,

jaki był pod ręką, a sutannę wprawdzie zamówił

na swój rozmiar, ale nie u krawca, tylko

przez internet, i to wyłącznie dlatego, że najmniejsza

z rozdzielnika była na metr siedemdziesiąt.

Czyli, innymi słowy, wlokłaby się za nim jak tren.

Pogrzebał w komodzie, wydobył koszulę ze

stójką i wsunął w nią listek. Zerknął, czy szefa

to satysfakcjonuje, bo ten nosił świątek piątek koloratkę

rzymską, czyli księżowską obrożę dookoła

całej szyi. Chyba tak, bo nic już więcej nie mówił.

Stanisław księdza Jana odrobinę się bał, chociaż

tamten był tylko pięć lat od niego starszy – może

niecałe sześć, bo szef zdążył już mu opowiedzieć

o swojej zaplanowanej pomaturalnej obsuwie –

i od razu spontanicznie zaczęli sobie mówić na ty;

inaczej zresztą to byłoby po prostu śmieszne. Tak,

Jan to równy gość, ale wzbudzał w nim szacunek

od samego początku. Mimo że jak cała reszta

świata wziął go za nastolatka i potem swobodnie

przeprosił – a może właśnie dlatego. A następnego

dnia, kiedy zaczęli uzgadniać harmonogram

służbowy, jego nowy proboszcz zaproponował:

– To co, weźmiesz msze po księdzu Tadeuszu,

angielską o jedenastej i polską o wpół do drugiej,

dobrze? – Nawet nie pytał o znajomość języka, bo

sprawa była jasna: skoro wykopali go na misje do

Wielkiej Brytanii, to musiał być przynajmniej na

poziomie nazywanym eufemistycznie komunikatywnym.

Naprawdę to u Kołłątaja w Jordanowie

dostał taki wycisk, i to nie tylko z angielskiego,

ale z niemieckiego też, że potem w seminarium

mógł leżeć brzuchem do góry, i tak był najlepszy.

Z czego skwapliwie korzystał, utrwalając swój mit

zdolnego lesera.

– No problem – zgodził się z marszu. – Tylko

słuchaj, Jan, czy to dobrze, żebyś ty w ogóle nie

odprawiał po polsku? Zapomnisz, jak to się robi!

Może lepiej podzielmy się łacińską w tym drugim

kościele? Ja już trochę umiem – powiedział

z dumą, bo co fakt, to fakt, umiał: ich liturgista

był magikiem, który potrafił bez żadnego

wysiłku tak pognać chłopaków do formy nadzwyczajnej,

że żaden nie mruknął, a jeszcze się

napraszali. – Jakby co, to mnie douczysz. Byłbyś

moim manduktorem.

– Okej, masz rację – przyznał Jan. – I dziękuję.

– Znowu punkt dla niego: nie trzyma się

jak baran swojej koncepcji, można mu co nieco

wyperswadować. – To teraz słuchaj, czy nie

masz nic przeciwko takiemu podziałowi obowiązków

domowych: ja gotuję i zmywam, ty

sprzątasz i pierzesz?

Mógł sprzątać, czemu nie, zawsze w domu sprzątał,

ale jak tak dobrze poszło za pierwszym razem,

to kto wie, czy i tu nie dałoby się czegoś urwać.

– Jasna sprawa, może być, ale… Nie możemy

jadać w pubie? I co, nie mieliście zmywarki? To

może kupimy raz dwa? A do sprzątania też by się

ktoś dorywczo znalazł…

Jan westchnął.

– Widzisz, Stachu… Odpadły pensje szkolne,

szkoły polskie płacą symbolicznie, to bardziej

czyn społeczny… A rada parafialna przeznaczyła

dla nas po sto pięćdziesiąt funtów tygodniowo.

– Tak naprawdę dla proboszcza miało być sto

siedemdziesiąt, a dla młodego wikarego sto trzydzieści,

ale włodarz parafii postanowił załatwić

to krakowskim nomen omen targiem. – Na czysto,

oczywiście, wszystkie historyjki związane z opłatami

za plebanię lecą osobno, ale mimo to… Sam

policz… No i chciałbym coś jeszcze odłożyć na

lato, na wyprawę…

Cóż, tego wikary nie przewidział.

– A biskup nic nie odpala? – zadał niezwykle

niedyskretne pytanie.

Proboszcz westchnął po raz drugi i zaczął

oglądać żyrandol.

– Aha, już wiem – ucieszył się Stach jak głupi,

chociaż niby nie było z czego. Ale ucieszył się

autentycznie; jedyne, czego w podróży bał się naprawdę,

to tego, że trafi pod skrzydła nudnego

safanduły, ulubieńca biskupa. Jan od pierwszego

rzutu oka, kiedy tylko stanął w drzwiach, wydał

mu się porządnym gościem, a teraz po raz kolejny

jego przeczucie się potwierdzało. – Dyscyplinowanie

wyrywnych, tak? Żeby im się nie chciało za

dużo? A co z tą twoją fuchą w seminarium?

– Stary, jakie seminarium? – westchnął Jan po

raz trzeci. – Tu nie będzie żadnego seminarium

przez najbliższe pięć lat, optymistycznie licząc.

– Więcej wiary. – Wyszczerzył do szefa zęby,

a ten odwzajemnił uśmiech.

Tak, Jan to fajny gość. Dobra, może chodzić

w koloratce, jak mu na tym zależy. W sumie

nawet chyba ma rację. Co nie znaczy, że nie

można by spróbować małego numeru. Zupełnie

maleńkiego, ot tyle, żeby się odrobinę posiłować.

I zobaczymy, co zwierzchność na to. Tylko potrzebna

mu będzie niewielka pomoc krawieckiej

siły fachowej…

To wesele miało być wydarzeniem w Kirkcaldy:

na ślub dwojga polskich emigrantów zjechało

pół Żywca.

Dobre trzy godziny przed uroczystością ksiądz

Jan z lekkim zdziwieniem zarejestrował osobliwe

zachowanie swojego wikarego. Ten mianowicie

najpierw pieczołowicie rewaloryzował jakieś ludowe

ciuchy, by wreszcie stanąć przed nim w pełnym

stroju górali żywieckich i zapytać:

– No i jak? Mogę tak iść?

Trzeba przyznać, że Stach, choć wzrostu mizernego,

swoim widokiem zbijał z nóg: od kierpców

i kopytek począwszy, poprzez pas i czarno-

-czerwony bruclik, czyli kamizelkę, na kłobuku

(dla ceprów: kapeluszu) skończywszy. Ale najlepszy

był akcent służbowy: zamiast kokardy pod

szyją – koloratka zainstalowana w przerobionym

kołnierzyku koszuli.

– Cool! – zawyrokował z podziwem Jan.

Wikary odetchnął z ulgą, bo bał się jednak

trochę reakcji władzy.

– A Bystra to już nie Beskid Śląski? – zapytała

inkryminowana władza z ciekawością. – Strój

żywiecki ci przysługuje?

Ksiądz Deskur popatrzył na cepra z pobłażliwą

wyrozumiałością. Przynajmniej w tej chwili

jego było na wierzchu.

– Jan, ale to nie ta Bystra. Ty masz na myśli

Bystrą pod Bielskiem, która po połowie jest

Śląska, a po połowie Krakowska, czyli żywiecka.

A ja jestem z tej, skąd pochodził ksiądz Pyrtek.

Ona się teraz nazywa Podhalańska. Spod Jordanowa.

No wiesz, za Babią Górą.

Po takim tłumaczeniu ksiądz, jak by nie było

Niziołek, zgłupiał jeszcze bardziej. Do tej pory wydawało

mu się, że zna wszystkie miejscowości od

Ustronia do Ustrzyk Górnych. I że Jordanów to

jeszcze Beskid, a nie Podhale. A tym bardziej Babia

Góra.

Stach, widząc konsternację szefa, pospieszył

z tłumaczeniami.

– Powiedzmy, że Bystra jest taka w pół drogi,

i ja sam też. Moja babcia była z Milówki, to już

ci mówiłem, a dziadek z Czarnego Dunajca

d3sfstv

Podziel się opinią

Share
d3sfstv
d3sfstv

d3sfstv
d3sfstv
d3sfstv