Trwa ładowanie...
d4arosr
04-02-2020 22:20

Łąki kwitnące purpurą. Spacer Aleją Róż t. 2

książka
Oceń jako pierwszy:
d4arosr
Łąki kwitnące purpurą. Spacer Aleją Róż t. 2
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe

Rodzina Szymczaków powraca w powieści będącej kontynuacją równie udaną, co pierwszy tom ich przygód. Edyta Świętek sprostała oczekiwaniom, jakie pojawiły się po lekturze Cienia burzowych chmur. W ręce czytelników oddaje kolejną dopracowaną i zachwycającą rozmachem opowieść z intrygującymi zagadkami w tle. Serdecznie polecam!
Magdalena Majcher, pisarka i recenzentka
Autorka poczytnych powieści w brawurowy sposób serwuje osadzoną w realiach wczesnego PRL-u historię rodzinną ze zbrodnią i zemstą w tle.
Dynamicznie wzrastająca najmłodsza dzielnica Krakowa ciągle jeszcze przypomina miasto rodem z dzikiego zachodu. Pomiędzy nowymi domami, przeludnionymi barakami i terenami budowlanymi kwitnie hazard, a sprawiedliwość bywa wymierzana na własną rękę. Za dnia wznoszone są domy, kina, szpital oraz szkoły, natomiast nocami w mrocznych zaułkach czają się przestępcy oraz prostytutki. Nad głowami mieszkańców, niczym mityczny miecz Damoklesa, wisi groźba wybuchu kolejnej wojny. Oto Nowa Huta lat 50. – siedlisko socrealistycznego absurdu, w którym rozrastająca się rodzina Szymczaków poszukuje swojego miejsca w świecie.
Bronek nie może odnaleźć szczęścia w małżeństwie i wciąż tęskni za Bogumiłą. Do miasta przyjeżdża Andrzej, aby z dala od Pawlic uporać się z rozpaczą po tragicznie zmarłej Agacie. Julia z przestrachem odkrywa, że jest obserwowana przez tajemniczego mężczyznę o podejrzanym wyglądzie. W dodatku pewnego dnia na nowohuckich łąkach robotnicy natrafiają na makabryczne znalezisko…

Łąki kwitnące purpurą. Spacer Aleją Róż t. 2
Numer ISBN

978-83-7674-599-2

Wymiary

130x200

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

384

Język

polski

Fragment

Julia rozłożyła koc na obrzeżach łąk nowohuckich. Postawiła w cieniu koszyk z przygotowanym wcze­śniej podwieczorkiem.

– Będziesz się grzecznie bawił, Karolku? – zapytała towarzyszącego jej szkraba.

– Pewnie – odparł chłopczyk, który jeszcze nie zdą­żył nacieszyć się nowym samochodem ciężarowym, prezentem od chrzestnego ojca.

Wyjęła z torebki książkę i umościła się na kocu obok dziecka. Już po chwili zatonęła w pasjonującej lekturze.

Było ciepłe, niedzielne popołudnie. Mieszkańcy Nowej Huty korzystali z ładnej pogody, relaksując się na łąkach przylegających do placu Centralnego oraz wschodnich osiedli. Dorośli wygrzewali się w słońcu, czytali prasę lub książki. Panowie grali w karty albo ga­wędzili. Panie zajmowały się szydełkowaniem lub jaki­

miś innymi drobnymi robótkami, albo po prostu cieszy­ły się piękną aurą, pilnując jednocześnie rozbrykanych potomków. Dzieciarnia goniła z latawcami i piłkami. Chłopcy strzelali z naprędce zrobionych łuków i bawili się w chowanego wśród wysokich traw. Z dala od bu­dowlanego kurzu i zgiełku doceniano uroki dnia wolne­go od pracy.

Pawłowska wybrała w miarę ustronne miejsce. Za­miast na nudnej pogadance o ryzyku wojny nuklearnej, spędzała czas na relaksie z synkiem, nie zaprzątając sobie na razie uwagi tym, w jaki sposób usprawiedliwi nieobecność.

Słuchanie wykładu na temat niebezpieczeństwa i skut­ków użycia broni masowego rażenia przez imperiali­stycznych wrogów zupełnie jej nie interesowało. Znała to wszystko na pamięć – takie szkolenia organizowa­no z dużą częstotliwością. Już dawno zdążyła opano­wać zakładanie maski przeciwgazowej, dowiedzieć się, dlaczego nie należy pić skażonej wody i co zrobić, aby uniknąć napromieniowania. Lata spędzone w Nowej Hucie nauczyły ją dystansu do propagandowej presji. Początkowo żyła w ciągłym lęku, że wybuchnie wojna. Z upływem czasu, gdy do niczego złego nie dochodzi­ło, przestała odczuwać niepokój. Jej rodzinę spotkały gorsze rzeczy ze strony komunistycznego rządu niż owych legendarnych krwiożerczych kapitalistów, którzy prawdopodobnie nie mieli pojęcia o istnieniu takiego kraju jak Polska.

– Jak mamy zginąć, to zginiemy – powiedziała kiedyś koleżankom z pracy. – Lepsza szybka śmierć od bomby niż powolne umieranie w poczuciu zagrożenia.

Tak więc teraz mogła rozkoszować się pięknym dniem, leżąc na brzuchu i machając ugiętymi w kola­nach nogami. Wcześniej zdjęła buty i rozpięła górne guziki bluzeczki.

W powietrzu brzęczały muchy, pszczoły i osy, sły­chać było także kwilenie ptaków oraz odległe poryki­wanie bydła. Od łąk dolatywał zapach kwiatów i ziół, a w trawach delikatnie szumiał lekki wiaterek.

– Prawdziwa sielanka – westchnęła, odrywając się na moment od lektury. – Jak w Pawlicach!

– Mamusia, zobacz. – Karol wyciągnął w jej stro­nę palec, po którym wędrowała spora biedronka. – Oswoiłem.

Młoda kobieta uśmiechnęła się i przytknęła dłoń do rączki syna, aby owad zszedł na nią.

– O, biedronka. Jaka duża! Policzymy kropki?

– Już liczyłem. Jest ich siedem.

– Bardzo ładnie – pochwaliła.

– A co jedzą biedronki? Chlebuś? Może ona jest głodna?

– Nie, a skąd ci to przyszło do głowy?

– Bo w przedszkolu uczyli nas takiej piosenki: „Bie­droneczko leć do nieba, przynieś mi kawałek chleba” – zanucił refren.

– Nie, kochanie, nie jadają chleba. Biedronki są bar­dzo pożyteczne, ponieważ zjadają mszyce, czyli takie wstrętne małe owady, które niszczą roślinki.

– No to są potrzebne – stwierdził chłopiec.

– Nawet bardzo. Nie wolno im robić krzywdy.

– Nie chciałem jej skrzywdzić. Sama do mnie przyle­ciała. Pewnie chciała się pobawić.

– Może. A teraz pozwólmy jej odlecieć, dobrze? Prawdopodobnie gdzieś w trawach czekają na nią jej dzieci. Byłoby im smutno, gdyby nie wróciła.

– Dobrze, niech do nich wraca. Bo może jej mąż umarł i małe biedronki mają tylko ją. Tak, jak ja mam tylko ciebie, mamusiu. I nie mógłbym bez ciebie żyć – powiedział nader poważnie.

Julka poczochrała dłonią ciemne włosy synka. W jej oczach zalśniły łzy.

– Ech, ty, mój mały królewiczu. Co ja bym bez ciebie zrobiła?

– Teraz ty opiekujesz się mną. Ale kiedyś, jak już będę duży i silny, to ja będę opiekował się tobą. Nigdy nie będziesz sama jak pani biedronkowa.

– Trzymam cię za słowo, mój dzielny mężczyzno.

– A w ogóle, to chcę, żebyś wiedziała, że jesteś naj­piękniejszą mamusią świata. I ja wezmę z tobą ślub. O!

Aby nie parsknąć śmiechem, odwróciła się na bok. Ogarnęła ją fala niewyobrażalnego szczęścia. Jeszcze ni­gdy nie czuła się równie błogo i beztrosko.

Ani Julia, ani jej synek nie zauważyli wysokiego, ciemno­włosego mężczyzny, który stał w cieniu jednego z drzew rosnących na obrzeżach łąk i przez chwilę przyglądał się oraz przysłuchiwał tej scenie.

Podziel się opinią

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d4arosr
d4arosr
d4arosr
d4arosr