Trwa ładowanie...
d29cius

Zakręcone narzeczona

książka
d29cius
Oceń jako pierwszy:
Zakręcone narzeczona
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Zakręcone narzeczona
Materiały prasowe

Majeczka zawsze uważała, że w prowincjonalnych, sennych miasteczkach życie jest nudne, leniwe i przewidywalne. Od zawsze marzyła o dynamicznym rytmie Warszawy, jej rozmachu, wyobraźni i nieograniczonych możliwościach. Ach, uciec z Zabrzeźna, z tej banalnej dziury zabitej dechami, gdzie nic się nie dzieje…

Nic oprócz tego, że ktoś uprowadza Pelagię, a potem przekupuje ją karmą dla papug, ktoś inny nieustępliwie próbuje się włamać do domu weterynarza, fałszywy dziennikarz zamierza odzyskać skradzione narkotyki, a fałszywy meteorolog odkrywa pod miasteczkiem złoża prastarej wody. Same nudy!

Czytanie tej książki grozi śmiechem!

Jeżeli jesteście gotowi na niekontrolowane wybuchy śmiechu, ból mięśni twarzy, łzy wywołane zabawnymi przygodami bohaterów i ich zwierząt to koniecznie sięgnijcie po tę powieść. Rozrywka idealna, poprawa humoru gwarantowana.

Justyna Leśniewicz

Kura, papuga, żółw, a nawet słoń, którego nie było - to prawdziwa komedia zoologiczna! Ta książka wprowadza w nastrój nieustającego chichotu z elementami rechotu. Koniecznie musicie poznać narzeczoną Diabła!

Dorota Lińska-Złoch

d29cius
Zakręcone narzeczona
Numer ISBN

978-83-66481-49-7

Wymiary

130x200

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

336

Język

polski

Fragment

ROZDZIAŁ I

POJAWIASZ SIĘ I ZNIKASZ, I ZNIKASZ!

MAM NA TWYM PUNKCIE BZIKA, MAM BZIKA…

Kolejny dzień lało jak z cebra. Dla mieszkańców Za­brzeźna nie było w tym nic dziwnego, bo w ich mia­steczku roczna suma opadów biła na głowę średnią krajową, a niektórzy twierdzili, że nawet światową. I nikt nie wiedział, dlaczego tak się dzieje. Co jakiś czas przyjeżdżali naukowcy, aby rozwikłać tę zagad­kę. Wpuszczali tajemnicze sondy, pobierali próbki gruntu i z nimi odjeżdżali. A po pewnym czasie poja­wiali się następni, robili to samo, co ich poprzednicy, i też znikali. Podekscytowani zabrzezianie po każdej takiej wizycie przez jakiś czas pilnie śledzili prasę oraz portale internetowe w nadziei, że gdzieś zostaną opu­blikowane wyniki badań, a oni wreszcie się dowiedzą, dlaczego u nich na okrągło leje, nawet w zimie. Ni­gdy jednak nie znajdowali choćby niewielkiej notki. Najwidoczniej naukowcy byli bezradni wobec zabrze­ziańskiego fenomenu meteorologicznego. Aczkolwiek istniała nadzieja, że zagadka zostanie rozwiązana, bo oto w lokalnych mediach zapowiedziano przyjazd ko­lejnego specjalisty.

– Może będzie odczyt w ratuszu? Zorientuj się jutro i napisz jakąś krótką informację – powiedział starszy mężczyzna, jadąc wieczorem samochodem przez zala­ne deszczem zabrzeziańskie ulice, do siedzącej obok niego młodej kobiety.

Starszym łysym mężczyzną z niewielką otyłością brzuszną był Hubert Pacyna, redaktor naczelny lokal­nego tygodnika „Głos Zabrzeźna”, zaś młodą drobną kobietą z grubym staroświeckim blond warkoczem – jego współpracownica Maja Wrotek, przez rodzinę i przyjaciół nazywana Majeczką. Wracali z uroczy­stości urodzin niejakiej Rozalii Króliczek ze wsi Mo­nidło. Uroczystość została sfinansowana i urządzona przez władze miasta w zamku kilka kilometrów od miasteczka. Udała się wspaniale, choć na początku burmistrz popełnił faux pas, bo zaintonował „Sto lat!” Na szczęście potem wszystko poszło już zgodnie z pla­nem i dziennikarze mieli materiał na pierwszą stronę kolejnego numeru swojej gazety.

Samochód skręcił na drogę prowadzącą do miej­scowości Malinówka i wpadł w kałużę wielkości oraz głębokości małego stawu. Błotnista woda się rozbry­zgnęła, pokrywając samochód czarną mazią po sam dach. Wycieraczki z największym wysiłkiem rozsma­rowywały błoto na przedniej szybie. Widoczność, i tak kiepska z powodu deszczu, spadła niemal do zera. Kierowca wytężał wzrok, usiłując dojrzeć drogę przed sobą. Nagle jakiś kształt oderwał się od pobocza i rzu­cił pod koła. Mężczyzna z całej siły nadepnął na hamu­lec. Samochód przejechał jeszcze jakieś dwa metry, po czym się zatrzymał, choć ze względu na otaczającą go wodę należałoby raczej powiedzieć, że rzucił kotwicę i zacumował.

Kierowca otworzył drzwi i wyskoczył wprost w głęboką kałużę, ale nawet tego nie zauważył. Ma­jeczka w napięciu obserwowała go przez zalaną desz­czem szybę. Jej szef obiegł samochód w poszukiwaniu człowieka lub zwierzęcia, które właśnie przed chwi­lą przejechał. Nikogo nie znalazł… Odetchnął z ulgą i już miał wsiąść z powrotem do samochodu, gdy nagle coś zakotłowało się pomiędzy przednimi kołami i spod maski wystawiła łebek kura.

– Idź sobie! – krzyknął.

Kura ani drgnęła.

– Sio! – krzyknął jeszcze głośniej. – Nastąp się!

– Tak się mówi do krowy – powiedziała dziennikar­ka, wysiadając z samochodu. – Wiem, bo oglądaliśmy ostatnio z Diabłem „Samych swoich”.

Roman Diablak, nazywany w miasteczku Diabłem, był narzeczonym Majeczki. Długoletnim narzeczo­nym. Chociaż mieli pewność, że chcą ze sobą spędzić resztę życia (jakkolwiek patetycznie i staroświecko by to nie brzmiało), jednak nie mogli się zdecydować na sformalizowanie związku. Gdy jedno chciało, drugie akurat nabierało wątpliwości. Roman był kierowni­kiem miejscowej poczty. Kiedy ktoś szedł odebrać lub nadać list czy paczkę, mówił w skrócie, że idzie do Diabła. Majeczka zaś w społeczności zabrzeziańskiej funkcjonowała jako „ta z gazety, narzeczona Diabła”. Tak naprawdę mężczyzna nie przypominał stereotypo­wego wysłannika piekła. Wprost przeciwnie, był cho­dzącą poczciwością – typowym misiem, jak go cza­sami w chwilach czułości nazywała narzeczona. Na przykład ostatniej nocy, na której wspomnienie dzien­nikarka uśmiechnęła się pod nosem.

– To jak się mówi do kury? – zapytał poirytowanym tonem szef Majeczki, przerywając jej słodkie wspo­mnienia i brutalnie sprowadzając ją z powrotem na za­laną deszczem drogę w Malinówce.

– Pojęcia bladego nie mam! W filmie o tym nie było. – Wzruszyła ramionami i się wzdrygnęła, bo wy­jątkowo zimna kropla z kołnierza kurtki spłynęła jej na szyję. – Może „taś taś”? Nie, to do kaczek. Już wiem! „Cip, cip”! To też było w jakimś filmie, ale nie pamię­tam w jakim.

Lecz kura była głucha na wszelkie wezwania i ani myślała się ruszyć spod samochodu. Mężczyzna ro­zejrzał się wokoło. Bał się, że lada moment któryś z mieszkańców okolicznych domów zainteresuje się samochodem stojącym od dłuższej chwili na środku drogi i przyjdzie zobaczyć, co się stało. A jeśli na do­datek zjawi się właściciel upartej kury i się okaże, że Hubert Pacyna jednak uszkodził zwierzę, to zostanie posądzony, iż zrobił to celowo, żeby ugotować ze swo­jej ofiary rosół. Tymczasem on nie znosił rosołu jak mało której zupy. Może dlatego że jego siostra Maryla gotowała mu go co niedzielę.

– Wyłaź stamtąd wreszcie, ty zupo, to znaczy ty kuro! – wrzasnął głośno, aż sam się przestraszył wła­snego głosu.

Na kurze jednak jego wrzaski nie robiły najmniej­szego wrażenia. Dalej siedziała w tym samym miej­scu i bezczelnie na niego łypała to jednym, to drugim okiem.

– Wyłaź albo cię wyciągnę siłą – zagroził, pochy­lając się.

Kura zagdakała, a potem wystrzeliła jak z procy wprost w deszczową ciemność.

– Chyba jednak nic jej się nie stało – stwierdziła Majeczka.

Szef odetchnął z ulgą, a potem, sapiąc potężnie, bo do szczupłych nie należał, podniósł się i wsiadł do samochodu.

– A teraz szybko do domu – powiedział. – Już nigdy nie zjem rosołu.

– Pospieszmy się, bo jeszcze wróci – stwierdziła jego współpracownica.

– Kto? – nie zrozumiał Hubert Pacyna.

– Kura przecież! – krzyknęła dziennikarka.

– Ha, ha, ha! Naprawdę bardzo śmieszne – skrzywił się i ruszył przez kałuże w stronę Zabrzeźna.

Odwiózł swoją towarzyszkę do domu, a potem po­jechał do siebie. Gdyby Majeczka wiedziała, co będzie dalej, pewnie nie dałaby się tak łatwo wysadzić. Ale nie wiedziała, więc przez resztę dnia relaksowała się z Diabłem. Hubert Pacyna również miał nadzieję na spokojny wieczór. Taka myśl wiodła go przez zala­ne deszczem ulice Zabrzeźna do kamienicy w pobli­żu dworca, gdzie mieszkał. Zaparkował na podwórku, wysiadł, po czym sięgnął po teczkę, którą zawsze zo­stawiał na tylnym siedzeniu. Otworzył drzwi i zastygł w osłupieniu. Na jego skórzanej teczce w najlepsze siedziała… kura. Ta sama, która wcześniej nie chciała wyjść spod samochodu.

Podziel się opinią

Share
d29cius
d29cius
d29cius
d29cius
d29cius