Trwa ładowanie...
d1ieudd
05-06-2020 09:00

O jeden krok za daleko

książka
5.0
(1 głos)
Oceń:
d1ieudd
O jeden krok za daleko
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe

Ada jest matką dorastającej córki, zmagającą się z alkoholizmem i wypadkiem, który zdruzgotał jej karierę amazonki i prywatne życie. Egzystująca w enklawie blokowiska na odludziu, nie potrafi uzdrowić swoich relacji z matką i córką.
Robert jest „mężczyzną z przeszłością”, skrywającym bolesną tajemnicę, próbującym odkupić winy, którymi sam siebie obarczył. Usiłuje dźwignąć do dawnej świetności podupadającą stadninę.
Niegdyś oboje kochali konie... Dlaczego to się zmieniło i jak do tego doszło?
Czasami ułamek sekundy wystarczy, by czyjeś życie odwróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Agata Suchocka serwuje czytelnikom wzruszającą a zarazem napawającą optymizmem historię, która mogłaby przytrafić się każdemu z nas. Serdecznie polecam!
Edyta Świętek,
autorka m in. Grzechów młodości oraz Spaceru Aleją Róż

O jeden krok za daleko
Numer ISBN

978-83-66481-32-9

Wymiary

130x200

Oprawa

miękka

Liczba stron

288

Język

polski

Fragment

ROZDZIAŁ 1

Nieustannie towarzyszył jej ból.

Gdyby kilka lat wcześniej ktoś powiedział jej, że chodzenie może sprawiać ból, wyśmiałaby go. Pewna swojego ciała była wówczas mistrzynią kra­ju w ujeżdżaniu, szykowała się do startu na olim­piadzie. Czy można było chcieć więcej? Szczupła, filigranowa blondynka z ciemnozłotymi włosami gładko zaczesanymi pod paradnym cylinderkiem, w czerwonym fraku i białych bryczesach wyglądała jak milion dolarów, siedząc na potężnej klaczy, pięk­na i pozornie bezużyteczna jak ornament na mo­carnym zwierzęciu. To jednak ona miała kontrolę.

Publiczność ją kochała. Upajała się wiwatami, a na podium zawsze wkraczała jak królowa, jakby tylko jej należały się nagrody, puchary i medale. Przez jakiś czas tak właśnie było, gdy osiągnęła ten poziom bezkonkurencyjności, na którym można było już tylko ją kochać.

Teraz te wszystkie medale i puchary leżały w zakurzonym pudle w piwnicy. Wielokrotnie się zastanawiała, czy nie wywalić ich na śmietnik. Powstrzymywał ją przed tym tylko mdły, maso­chistyczny sentyment, choć wiedziała, że nigdy już nie umości się w siodle. Mało tego: najprawdopo­dobniej nigdy już nie będzie w stanie poruszać się bez odczuwania bólu.

Jeden niefortunny krok konia przekreślił jej karierę, jedno potknięcie cholernego, tępego zwie­rzaka, ta jedna chwila, w której na sekundę stra­ciła kontrolę i pozwoliła zadecydować za siebie. W tamtym momencie nie wiedziała jeszcze, że utraci nie tylko karierę, ale praktycznie całe dalsze życie, które po wypadku rozpadło się, a ona nawet już nie próbowała poskładać go w jakąkolwiek sensowną całość.

Leciała i leciała, nie mogąc uwierzyć, iż to naprawdę się działo. Nigdy wcześniej nie spadła z konia, nigdy, nawet jako dziewczynka. Dlatego jej zdziwienie nie zniknęło nawet wówczas, gdy z ca­łym impetem wyrzuconego przez zwierzę w górę ciała upadła na skraj parkuru, uderzając biodrem o obciążniki do przeszkód, które ktoś nieopatrznie tam zostawił. A może to była jej wina? Powinna była obejść teren, zanim wsiadła na konia. Bzdu­ra! Od tego na zawodach byli ludzie, zawodnicy w paradnych strojach nie biegali po parkurze, żeby sprawdzać, czy teren oczyszczono. Winny porzu­cenia sprzętu oczywiście się nie znalazł. To były jakieś kameralne zawody nietransmitowane przez telewizję, a może jakaś gala dobroczynna…? Nie byłaby w stanie sobie tego przypomnieć, zresztą to niczego by nie zmieniło. Została kaleką, a czasu nie dało się cofnąć, nawet gdyby znalazł się winny.

Winny był koń, który potknął się akurat w tym miejscu i spanikował, zrzucając ją.

Poczuła, jak ból ze strzaskanej panewki pro­mieniuje w górę i zdaje się wytryskiwać setkami drzazg wprost z jej oczodołów.

Potem straciła przytomność.

To uczucie wracało w koszmarach, a nieraz i na jawie, choć przecież nie miała już nawet części ciała, które wówczas tak potwornie bolały. Zastąpiono je endoprotezą. Gdy leżała tygodniami w szpitalu naszprycowana lekami tak, że nie odróżniała dnia od nocy, snuła przeróżne spiskowe teorie, podej­rzewając o sabotaż zazdrosne o jej sukcesy kon­kurentki. Baleriny wsypywały sobie nawzajem do baletek szkło i pinezki, dlaczego jakaś zazdrośnica miałaby nie podrzucić pod płot kilku betonowych bloczków w chwili, w której wszystkie oczy były skierowane na gwiazdę czworoboku?

Teraz to już nie miało najmniejszego znacze­nia. Wyrządzonej szkody nie można było naprawić; traumy, która wżarła się aż do szpiku zgruchotanych kości, nie można było usunąć. Złamanego serca nie można było zaleczyć.

Pochyliła się i odpięła karabińczyk smyczy. Nie­duża czarna suczka spojrzała na nią pytająco, jakby upewniając się, że może się oddalić.

– Biegaj, Zuzia! – szepnęła czule, patrząc za truchtającym psem.

Szła powoli. Miała wrażenie, że słyszy chrobot, jaki kość wydaje w styczności z endoprotezą przy każdym kroku, a przecież to nie było nawet moż­liwe. Kiedyś sprawdzała, co tam jej wszczepiono, jak to ustrojstwo działało, w końcu znała się na anatomii, nie tylko ludzkiej. Wymazała te obrazy z pamięci, rozmywały się w jej zwyczajnym, co­dziennym podchmieleniu, które fundowała sobie, by zapomnieć o tym, że czuje się jak cyborg. Gdyby teraz mogła biegać, robiłaby to każdego dnia, bie­gałaby z psem całymi godzinami po okolicznych le­śnych ścieżkach, biegałaby po nieodległych wałach, obserwując taniec odblasków słonecznych promieni na marszczonej zefirem leniwie płynącej wodzie, biegałaby półmaratony, maratony, pieprzone ultra­maratony! Nigdy by się nie zatrzymała!

Oczywiście poczuła w sobie to pragnienie dopie­ro wówczas, gdy okazało się, że najprawdopodobniej już nigdy nie będzie sprawna.

Parsknięcie konia wyrwało ją z zamyślenia. Przez moment miała wrażenie, że to słuchowy omam, wspomnienie z odległych czasów. Z jej po­przedniego życia.

Patrzyła pod nogi; idąc nierówną, gruntową drogą, musiała uważać na każdy krok. Podpierała się laską, zupełnie tak samo jak… Jak się nazywał ten wredny lekarz z serialu? Pogrążyła się w nie­wyraźnych, zamazanych wspomnieniach dawnej świetności prawie przekonana, iż wszystko to sobie tylko wymyśliła, wszystkie te sukcesy, wszystkie te zawody, medale i puchary, cały ten blichtr otaczają­cy wschodzącą gwiazdę ujeżdżania. Nie zwracała uwagi na otoczenie, wyłączyła się. Stawiała ostrożny krok za krokiem, nie myśląc o tym, dokąd właściwie szła. W ten sposób przedreptała wzdłuż lasu i dalej, ścieżką przez młodnik, a potem obok zaoranego poletka aż do ogrodzenia z nieociosanych belek.

Koń patrzył na nią zastygły w bezruchu. Wokół jego głowy krążyły zbudzone pierwszymi w tym sezonie słonecznymi promieniami insekty.

Był wysoki i proporcjonalnie zbudowany, ale strasznie wychudzony oraz oblepiony błotem i łaj­nem. Wyglądał żałośnie, ale nie było jej go szkoda. Nie pamiętała, kiedy ostatnio czuła sympatię do ja­kiegokolwiek żywego stworzenia, może poza swoim psem, który kochał ją ciągle tak samo, bez względu na to, czy mogła biegać, czy nie, czy była trzeźwa i w dobrym humorze, czy jędzowato podchmielona, co stało się jej stanem codziennym.

Przyjrzała się krytycznie zaniedbanemu obej­ściu. Stary Rudzki faktycznie nie miał już siły na zajmowanie się zwierzętami; jeszcze jesienią stajnia była czysta, a konie wypielęgnowane. Te­raz, po zimie, wszystko wyglądało koszmarnie, aż dziw, że jakieś towarzystwo opieki nad zwie­rzętami nie zainteresowało się całą sprawą.

W zeszłym miesiącu zabrali właściciela do szpi­tala. Czy od tego czasu ktoś w ogóle karmił ten cały przybytek? Gdzie się podziała reszta zwie­rząt? Wiedziała aż nazbyt dobrze, ale spychała tę świadomość w najmniej uczęszczane zakamarki umysłu. Wiedziała o tym, co dzieje się w okolicz­nych domach, bo wszyscy o tym wiedzieli. W tak małych, hermetycznych społecznościach nikt nie mógł mieć żadnych tajemnic. Rudzki również ich nie miał. Całe osiedle żyło jego chorobą, jego tra­gedią, jego upadkiem. Czy dla ludzi, którzy nic w życiu nie osiągnęli, mogło istnieć coś bardziej ekscytującego niż bankructwo lokalnego potentata?

Ona sama robiła wszystko, by zachować resztki prywatności, by nikt nie wiedział o tym, kim tak naprawdę jest i jaką przyszłość zaprzepaściła. Mimo tego, że konie znajdowały się na wyciągnięcie ręki, jeździectwo, szczególnie wyczynowe, było na tyle elitarnym sportem, że populacja wywodząca się od robotników z zamkniętych przed dekadą nieod­ległych zakładów przemysłowych, obecnie żyjąca głównie z zasiłków, nie interesowała. Dla nich koń nadawał się wyłącznie do ciągnięcia pługa. A spor­tem była piłka kopana. W telewizji, oczywiście.

– No i na co się tak gapisz? – powiedziała cicho; w odpowiedzi zwierzę zastrzygło uszami, po czym położyło je i prychnęło. – Wzajemnie! – warknęła i zagwizdała cicho na psa.

Z dawnej szkółki jeździeckiej – choć było to określenie nieco na wyrost… – zostało tylko kilka stojących obok siebie szop i ubity na kamień, nie­równy padok, z którego sterczały wylizane pogodą słupki po przeszkodach przypominające wybielone morską wodą kości wielorybów. Prawie wszystkie konie zniknęły. Być może został już tylko ten jeden, który sam niedługo padnie, jeśli nikt się nim nie za­opiekuje; a wyglądało na to, że został tu porzucony. Młoda trawa była wygryziona do gołej ziemi, belki oskubane z kory. Nigdzie nie dostrzegła żadnego karmnika z obrokiem ani pół ziarenka owsa czy innej paszy.

Podziel się opinią

1

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d1ieudd
d1ieudd
d1ieudd
d1ieudd