Trwa ładowanie...

"Podłości nie popełniłem. Nie wysługiwałem się Niemcom"

"Chcę tylko powiedzieć, że podłości nie popełniłem, nie wysługiwałem się Niemcom. Wykorzystywałem każdą okazję, aby Żydom nieść pomoc. Trudno jest mi zebrać myśli. Zrobiono tu ze mnie zdrajcę. Robiłem błędy, ale nie popełniłem podłości" – to ostanie słowa wypowiedziane przed ogłoszeniem wyroku Żydowskiego Sądu Społecznego przez Michała Weicherta, który w czasie Holocaustu kierował organizacją dostarczającą Żydom leki i jedzenie.

Share
Michał Weichert chciał oczyścić się z zarzutów o kolaborację przed Żydowskim Sądem Społecznym. Swojej decyzji żałował do końca życiaMichał Weichert chciał oczyścić się z zarzutów o kolaborację przed Żydowskim Sądem Społecznym. Swojej decyzji żałował do końca życiaŹródło: Materiały prasowe
dxmpvrv

Plotki o tym, że kolegował się z generalnym gubernatorem Hansem Frankiem, który sam siebie nazywał "niemieckim królem Polski", najpierw obiegły Kraków, a później zataczały coraz szersze kręgi. O tym, że kradł jedzenie z darów, a pochodzące od zagranicznych organizacji leki przekazywał nie stłoczonym w gettach Żydom, ale niemieckim żołnierzom, z którymi był w świetnej komitywie, mówiono już nie tylko w Krakowie, ale i we wszystkich miastach, w których przetrwały społeczności żydowskie. Kolaborant, sprzedawczyk, działał haniebnie.

Michał Weichert miał już dość tych oskarżeń. Przez atmosferę wokół swojej osoby nie mógł pracować. Nie chciał zatrudnić go żaden teatr, znajomi, którzy przeżyli wojnę, unikali kontaktu. Na nic się zdało orzeczenie sądu, który w 1946 roku oczyścił go z zarzutu współpracy z Niemcami.

Jak najgorsze zdanie mieli o Weichercie Marek Edelman, jeden z przywódców powstania w getcie warszawskim, i Icchak Cukierman, członek Żydowskiej Organizacji Bojowej. Nie chcąc już dłużej mierzyć się z padającymi zewsząd oskarżeniami, w 1948 roku Weichert, znany przedwojenny reżyser i teatrolog, zgodził się, by Żydowski Sąd Społeczny zbadał jego sprawę i rozstrzygnął, czy w czasie wojny zachował się niegodnie i doprowadził do śmierci wielu Żydów. Żałował tego do końca życia.

dxmpvrv

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo

Amerykanka wspiera ocalałych z holokaustu

Żydzi szukali zdrajców wśród tych, którzy przeżyli wojnę

- Państwo polskie bardzo sprawnie przystąpiło do sądzenia osób oskarżonych o kolaborację z okupantem. Procesy sądowe prowadzono w oparciu o tzw. dekret sierpniowy, który został wydany w niewiele ponad miesiąc po ogłoszeniu manifestu PKWN w 1944 roku. W państwowym procesie Weichert został uniewinniony od zarzutu działania na szkodę państwa polskiego. Wiele osób, m.in. skonfliktowani z nim lewicowi działacze żydowscy z Warszawy, oburzyli się na ten wyrok i to był jeden z impulsów do stworzenia odrębnego sądu żydowskiego, który rozstrzygać miał, czy postawione przed nim osoby zachowywały się godnie, czy nie działały na niekorzyść narodu żydowskiego – mówi dziennikarz Jakub Szymczak, którego debiutancka książka "Ja łebków nie dawałem" ukazała się na początku września nakładem Wydawnictwa Czarne.

Opisał w niej działanie Żydowskiego Sądu Społecznego, który powstał przy Centralnym Komitecie Żydów w Polsce. Była to bardzo nietypowa instytucja: nie był to sąd powszechny, a co za tym idzie, nie mógł nikogo doprowadzić siłą, ukarać grzywną, wysłać do więzienia ani tym bardziej skazać na śmierć. Mógł za to potępić, wydalić ze społeczności żydowskiej, skazać na infamię. Dla niektórych było to gorsze niż śmierć. Wykluczenie ze zdziesiątkowanej przez Holocaust społeczności oznaczało ogromną samotność.

Szymczak Materiały prasowe
Debiutancka książka Jakuba Szymczaka "Ja łebków nie dawałem"Źródło: Materiały prasowe

Podejrzani: Wiera Gran, Szapsel Rotholc i Michał Weichert

W nowopowstałym sądzie Żydzi szukali sprawiedliwości, której nie mogły dać im polskie sądy. Sąd być może nie powstałby, gdyby nie trzy bulwersujące społeczność żydowską sprawy. Pierwsza dotyczyła warszawskiej śpiewaczki Wiery Gran, którą oskarżono o zbyt bliskie kontakty z gestapo.

dxmpvrv

Druga sprawa, o której z obrzydzeniem mówili ocaleni z zagłady, tyczyła się Szapsela Rotholca, przedwojennego pięściarza, który w czasie wojny został w warszawskim getcie policjantem. Przed sądem zarzekał się, że "łebków nie dawał", a więc nie przyprowadzał Żydów na Umschlagplatz, skąd następnie wywożeni byli do Treblinki. Nie przyprowadzał? Mało prawdopodobne, bo wyłapywanie Żydów było jednym z dowodów przydatności do służby i między bajki można włożyć zapewnienia Rotholca – i wszystkich pozostałych funkcjonariuszy porządkowych, którzy przetrwali wojnę - że nie skalali się takimi działaniami.

Kaliber win Michała Weicherta był jeszcze większy, bo został oskarżony nie tylko o bratanie się z nazistami i przyczynienie się do śmierci Żydów z Generalnego Gubernatorstwa, ale także wywołanie za granicą wyobrażenia, że Żydom wiedzie się tam dość dobrze.

Biorąc pod uwagę, że Weichert prowadził organizację rozprowadzającą leki i jedzenie z zagranicznych darów, bardzo trudno ten zarzut z dzisiejszego punktu widzenia zrozumieć.

dxmpvrv

Przedwojenny reżyser organizuje dostawy jedzenia dla getta

Na początku wojny Weichert został przewodniczącym Żydowskiej Samopomocy Społecznej i aby wykonywać obowiązki, przeniósł się z Warszawy do Krakowa. Organizacja otrzymywała dary od zagranicznych organizacji żydowskich i rozprowadzała je po gettach i obozach pracy. Weichert wizytował je osobiście. Widział, w jak straszne warunki tam panują i to tylko wzmacniało w nim potrzebę niesienia pomocy. Po wojnie zeznawali na jego korzyść Żydzi, którzy wspominali, że nie przeżyliby, gdyby nie zupa czy chleb zorganizowane przez Weicherta.

Rzecz w tym, że Żydowska Samopomoc Społeczna (i jej następczyni, Jüdische Unterstützungsstelle – JUS) były organizacjami koncesjonowanymi przez hitlerowców, więc Weichert na co dzień musiał współpracować z urzędnikami nazistowskimi. Takie kontakty były nieakceptowane przez część Żydów, a zwłaszcza warszawscy działacze potępiali jakiekolwiek układanie się z okupantem.

Ponadto krytycy już w czasie okupacji, a później przed sądem, oskarżali oni Weicherta, że rozsyłając do zagranicznych organizacji, m.in. Czerwonego Krzyża, listy z prośbą o pomoc materialną, tworzy iluzję, jakoby Żydom na terenie GG nie działa się wielka krzywda: są głodni, chorują, ale nikt ich masowo nie eksterminuje.

dxmpvrv

- Żydowska lewica twierdziła, że przez przyjmowanie darów JUS wysyłał sygnały, że Żydzi mają się dobrze. Ten zarzut jest bardzo nietrafiony. Wiemy dobrze z dokumentów i opracowań historycznych, że w 1943, 1944 roku Alianci wiedzieli, co dzieje się w Polsce. Prośby o leki dla obozów pracy nie mogły tego zmienić – mówi Szymczak.

Inaczej wyglądało to w oczach żydowskich bojowników, zwłaszcza warszawskich, którzy przeżyli Powstanie w Getcie i jego likwidację.

Prokurator w akcie oskarżenia, który skierowano do Żydowskiego Sądu Społecznego, napisał, że "przez swoje legalne istnienie JUS osłabiało wolę walki z okupantem, gdyż fałszywie wskazywało na możliwość przetrwania w razie biernego zachowania się" i że takie "faktyczne propagowanie (…) bierności mas żydowskich wiedzionych na zagładę, świadomie lub nieświadomie pomogło okupantowi w jego akcji wyniszczania Żydów".

Świadkowie potwierdzali, czy gdyby nie jedzenie od Weicherta, nie przeżyliby wojny

Dziś bardzo trudno zrozumieć, że krytyce podlegało samo tylko niesienie pomocy ludziom stłoczonym w obozach i gettach, a jednak. Zbierając materiały do książki, Jakub Szymczak zapoznał się z zeznaniami i wspomnieniami Żydów, którzy dziękowali Weichertowi za udzieloną pomoc, a w sądzie zaświadczali o jego uczciwości.

dxmpvrv

Gdy doszło już do procesu przed Żydowskim Sądem Społecznym, wielu byłych więźniów zeznawało na korzyść oskarżonego. "Chleb dostarczany przez JUS był wielką pomocą", powiedział przed sądem Aron Blumenkranz. "Mogę stwierdzić, że robił wszystko, co było w jego mocy, celem uzyskania od Niemców, co potrzebne było dla ludności żydowskiej (…) Nie bał się, dlatego że miał silne poczucie roli, która mu przypadła, niesienia pomocy ludności żydowskiej" – zeznał z kolei Konstanty Tchórznicki.

Mimo tylu ciepłych słów, w miarę trwania procesu Weichert czuł, że traci grunt pod nogami. Wcale nie chciał poddawać się pod ocenę Sądu Społecznego (jak już powiedziano, Żydowski Sąd Społeczny nie mógł nikogo zmusić do stawienia się w roli oskarżonego, więc rozpatrywał sprawy Żydów, którzy chcieli udowodnić, że powtarzane przeciw nim oskarżenia o współpracę z Niemcami są nieprawdziwe), ale gdy już się na to zdecydował, był pewny zwycięstwa.

Zakładał, że skoro został oczyszczony z zarzutów przez sąd państwowy w 1946 roku, to proces przed sądem społecznym będzie formalnością. Na każdego zaświadczającego o dobrym sercu Weicherta przypadał jednak co najmniej jeden świadek oskarżenia, który zarzucał byłemu reżyserowi działanie na szkodę narodu żydowskiego i te słowa miały ogromną siłę rażenia. Coraz mniej znaczyły słowa Weicherta, że z samym diabłem by się ułożył, byle tylko zdobyć chleb dla Żydów w getcie.

dxmpvrv

Proces o granice moralności w czasach, gdy zasady moralne niewiele znaczyły

- Proces Weicherta był przede wszystkim sporem etycznym o ocenę wyznaczenia granic tego, w jaki sposób można pomagać i czy te działania przynosiły skutek – mówi Jakub Szymczyk. – Spór ten nie został rozwiązany. Każdy pozostał przy swoim zdaniu. Ale czytając dokumenty nie nabrałem cienia podejrzenia, że Weichert współpracował z Niemcami przez cynizm, lepiej "ustawić się" w getcie albo, że robił to tylko dlatego, by ratować rodzinę.

Dziennikarz uważa, że bohater najgłośniejszego procesu przed Żydowskim Sądem Społecznym działał z czystych pobudek.

- Jego działalność wymagała regularnych kontaktów z nazistami, którzy byli odpowiedzialni za mordowanie Żydów, więc trudno się dziwić, że spotkało się to z dezaprobatą wielu Żydów. Nie odbieram Edelmanowi prawa do negatywnej oceny, bo atakując Weicherta, opierał się na doświadczeniach, jakich my nie mamy. Musimy zrozumieć, że to były tak trudne czasy, że trzeba było podejmować decyzje, których my sobie nie wyobrażamy – dodał.

150 teczek z pytaniami o granice przyzwoitości

Weichert nie przekonał Społecznego Sądu do swoich racji. W wyroku z 28 grudnia 1949 roku stwierdził on, że JUS powołany został do życia przez władze hitlerowskie i w interesie tej władzy. "Sąd Społeczny stwierdza, że dr Michał Weichert przez przyjęcie nominacji na kierownika tej organizacji kolaboracjonistycznej w samym swoim założeniu, przez działalność na tym stanowisku oraz trwanie na nim mimo wezwania organizacji podziemnych, dopuścił się współpracy z władzą hitlerowską".

Sąd Społeczny przy CKŻP przestał istnieć kilka miesięcy później. Przez kilka lat przeprowadził kilkadziesiąt spraw. Ambicje miał znacznie większe, chciał osądzić między innymi wszystkich pozostałych przy życiu policjantów z getta, ale okazało się to niemożliwe. Po wojnie wielu Żydów wyjechało za granicę. Szacuje się, że zagładę przeżyło ok. 250 tys. polskich Żydów, a na początku lat 50. został w Polsce tylko co piąty.

- Obecnie teczki z materiałami z postępowań znajdują się w archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego. W wielu z nich znajdują się zarzuty oraz informacja o tym, że osoba, której dotyczą, wyjechała za granicę i ślad po niej zaginął – mówi Jakub Szymczak.

Dzieci nie zawsze znały wojenne historie ojców

Tych teczek jest około 150. Szymczak zapoznał się ze wszystkimi, a w swojej debiutanckiej książce zrelacjonował zawartość kilku z nich. To były trudne procesy: większość świadków już nie żyła, akty oskarżenia opierały się do pewnego stopnia na pomówieniach i plotkach. Skład sędziowski oceniał postępowanie ludzi w obliczu śmiertelnego zagrożenia, gdy najważniejsze było przeżycie, a wszystko inne schodziło na dalszy plan.

Autorowi udało się dotrzeć do potomków trojga oskarżonych. Kilkoro innych nie chciało rozmawiać. – Niektórzy nie odbierali telefonów albo blokowali mnie na Facebooku, gdy dowiadywali się, o co chce pytać. Nie wszyscy wiedzieli, że ich ojcowie i dziadkowie byli oskarżeni o działanie na szkodę narodu żydowskiego, bo to nie był temat, o którym się rozmawiało w rodzinie. Marek Szpigelman o oskarżeniu jego ojca przed Żydowskim Sądem Społecznym dowiedział się ode mnie. W pierwszej chwili odmówił rozmowy, ale po kilku miesiącach zmienił zdanie, sam nawiązał kontakt i podzielił się wspomnieniami o ojcu, dzięki czemu opowieść o Chaskielu Szpigelmanie jest pełniejsza – mówi Szymczak.

Jakub Szymczak Materiały prasowe
Jakub SzymczakŹródło: Materiały prasowe, fot: Mikołaj Maluchnik

Opowieść o mało znanym epizodzie z powojennej historii Polski, jakim było działanie Żydowskiego Sądu Społecznego, to przyczynek do pochylenia się nad kilkoma postaciami, których zachowanie w czasie wojny zostało negatywnie ocenione przez część społeczności żydowskiej. To nie jest łatwa książka: od opisów okrucieństwa życia w gettach i oczekiwania na rampie na Umschlagplatz autor przechodzi do zeznań świadków, którzy opowiadali, jak od oskarżonych doznawali najgorszych upokorzeń, a później przeskakuje do złamanych przez wojnę życiorysów.

Choć Wiera Gran została uniewinniona, i tak mierzyła się z oskarżeniami o zażyłość z gestapowcami. Jej kariera była skończona, a ona sama z czasem popadła w obłęd. Weichert latami starał się o paszport, by wyjechać z Polski do Izraela, bo miał nadzieję, że rozpocznie tam nowe życie. Gdy po biurokratycznej mordędze dopiął swego, demony przeszłości dopadły go także w nowej ojczyźnie. A to tylko dwie ze 150 historii zarchiwizowanych w żydowskim instytucie.

Jakub Szymczak (ur. 1992) – dziennikarz OKO.press, absolwent wydziału historycznego na Uniwersytecie Jagiellońskim i Polskiej Szkoły Reportażu. Publikował m.in. w miesięczniku "Znak", magazynie "Kontakt" i "Res Publice Nowej".

Osobom zainteresowanym tematem polecamy trzy książki:

Rafał Węgrzyniak, "Procesy doktora Weicherta"

Agata Tuszyńska, "Oskarżona: Wiera Gran"

Katarzyna Person, "Policjanci"

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl
dxmpvrv
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
dxmpvrv
dxmpvrv