Trwa ładowanie...
d32va2n
d32va2n

Lokal dla awanturnych

książka
Oceń jako pierwszy:
Lokal dla awanturnych
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Lokal dla awanturnych
Materiały prasowe

Pierwszy w dorobku znanego dziennikarza i reportera zbiór krótkich, publicystycznych migawek, w których przegląda się Polska na przestrzeni ostatnich kilku lat. Jak mówi autor: pisałem te teksty dla pełnokrwistych facetów i kobiet. Nie bawię się w kotka i myszkę z wpływowymi salonami, za nic mam fochy mniemanych wielkości. Bo w ogóle – poza prawdą – niewiele mnie już obchodzi. Nigdy z nikim się nie układałem i nie przedkładam dobrego wychowania ponad szczerość. Pamiętajcie jednak, że czytacie na własną odpowiedzialność. Jeśli po lekturze zdejmie was gniew nieoczekiwany, melancholia, kolki trzewiowe albo śmiech do rozpuku, to będzie już tylko Wasza wina. Trza było nie zaczynać. Lokal dla awanturnych nigdy nie będzie grzeczny. Nie zapraszam więc do niego pensjonarek i mężczyzn o mentalności wodnych liliji. Najczęściej snują się po nim politycy, filozofowie (stare marudy) i niewiasty z temperamentem, nie brakuje także egzotycznych typów, po krakowsku zwanych „cudokami”. Mam nadzieję, że teksty posmakują wam jak kawał krwistego befsztyka. Wcinajcie na zdrowie, a jeśli szukacie bardziej wysublimowanych klimatów, jadła z kuchni śródziemnomorskiej, to pewnie znajdziecie tu kilka smaczków, które trafią i w taki gust. Jednego możecie jednak być pewni – nie znajdziecie tu pokrętnego mendzenia, które tak charakteryzuje współczesną, rodzimą „twórczość publicystyczną”. Kraków, styczeń 2016 roku. Witold Gadowski o sobie: Jestem człowiekiem w nieustannym ruchu. Uważam się za dziennikarza, reportera opisującego rzeczywistość taką jaka ona jest. Bywam pisarzem, poetą, autorem piosenek, zajmuję się także filozofowaniem i publicystycznym opisem otaczającego mnie świata. Staram się być niezależny i prawdomówny.

Lokal dla awanturnych
Numer ISBN

978-83-7674-521-3

Wymiary

130x200

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

320

Język

polski

Fragment

W latach osiemdziesiątych zachodziłem czasem do baru Krakowskiego na ulicy Krakowskiej w Krakowie. Była to speluna pierwsza klasa. W powietrzu fruwały kufle, a obowiązkowe zakąski do alkoholu bywały star­sze niż kelnerki noszące ortopedyczne obuwie. Przy woniejącym lizolem szalecie drzemała „Pani Szefowa”, która pod stołem zawsze miała kilka butelek deficytowej wódki Vistula. Sprzedawała je po uczciwej, meliniarskiej cenie. Pewnego wieczoru naszła mnie taka duszy ochota, aby wypić sobie kufelek w Krakowskim. W czasie samotnego sączenia cierpkiego – jak ówcze­sny żywot – piwa Barbakan (zwanego wtedy „Barbie morderca”) dosiadł się do mnie – towarzysko i gratis – pewien jegomość w śnieżnobiałych chodakach. Nawią­zaliśmy uprzejmą, serdeczną nić porozumienia, która słodko narastała wraz z każdym wysączonym kufel­kiem. W pewnej chwili nasz towarzyski, bukoliczny na­strój przerwał wielki, zarośnięty drab, który – niezbyt grzecznie – zażądał, abyśmy opuścili nasze miejsca, bo jemu nogi cierpną i „statuą” nie będzie, tym bardziej, że jest na smaku. Wywiązała się malownicza, towarzy­ska („łamas kutany” stanowił w niej najmniejszy kali­ber uprzejmości) sprzeczka, którą postanowiliśmy roz­wiązać w pobliskiej bramie. Były to jeszcze czasy, gdy „solówki” rozgrywało się jeden na jeden. Więc mogliśmy się lać jedynie po kolei. Rzuciliśmy monetą i wypadło na „chodaczka”. Mój towarzysz wysforował się przede mnie i stwier­dził, że – jako miejscowy – i tak pierwszy stanie do ręcz­nego sporu. Chwilę oczekiwałem przed bramą, po czym kazimier­ski elegant spokojnie z niej wyszedł. Jego piękne chodaczki nie były już jednak tak nieskazi­telnie białe, niewinne. Kropliły się na nich czerwone plamy. Profilaktycznie sprawdziłem w bramie, czy nasz opo­nent jeszcze dycha. Jak się bowiem okazało, mój towa­rzysz słynął na całym krakowskim Kazimierzu z mi­strzowskiego wykonywania „krakowiaczka”. Jednym słowem potrafił robić nogami to, co niewielu potrafi uczynić dłońmi. Oponent dychał, aczkolwiek jego nos przybrał nie­oczekiwany, gargantuiczny kształt. Po powrocie pan Krakowiaczek zaproponował „pan­zerfausta Goethego”: piwko, do którego wlewa się setkę spirytusu i umaja trunek pospolitym wówczas „jabol­kiem”. „Pershingi” – czyli piwko z zanurzoną wewnątrz seteczką, pijałem już Pod Figurką koło Kleparza. Kraku­sy wiedzą gdzie, a reszta też trafi… no, ale panzerfaust, i to jeszcze Goethego, który gościł w Krakowie zaledwie kilka dni? Tego rodzaju broni jeszcze nie obsługiwałem. Panzerfaust trafił… Takie oto zachowałem wspomnienia z „lokali dla awanturnych”, które onegdaj królowały w Krakowie mojej młodości. Teraz sam zapraszam was w takie miejsce. Pamiętajcie jednak, że czytacie na własną odpowiedzial­ność. Jeśli po lekturze zdejmie was gniew nieoczekiwany, melancholia, kolki trzewiowe albo śmiech do rozpuku, to będzie już tylko Wasza wina. Trza było nie zaczynać. Lokal dla awanturnych nigdy nie będzie grzeczny. Nie zapraszam więc do niego pensjonarek i mężczyzn o mentalności wodnych liliji. Najczęściej snują się po nim politycy, filozofowie (sta­re marudy) i niewiasty z temperamentem, nie brakuje także egzotycznych typów, po krakowsku zwanych „cu­dokami”. Mam nadzieję, że teksty posmakują Wam jak kawał krwistego befsztyka. Wcinajcie na zdrowie, a jeśli szuka­cie bardziej wysublimowanych klimatów, jadła z kuch­ni śródziemnomorskiej, to pewnie znajdziecie tu kilka smaczków, które trafią i w taki gust. Pisałem te teksty dla pełnokrwistych facetów i kobiet. Nie bawię się w kotka i myszkę z wpływowymi salona­mi, za nic mam fochy mniemanych wielkości. Bo w ogó­le – poza prawdą – niewiele mnie już obchodzi. Nigdy z nikim się nie układałem i nie przedkładam dobrego wychowania ponad szczerość. Jednego możecie jednak być pewni – nie znajdzie­cie tu pokrętnego mendzenia, które tak charakteryzuje współczesną, rodzimą „twórczość publicystyczną”. Lokal dla awanturnych nie jest przecież dla każdego, aby wejść w takie miejsce, trzeba mieć trochę werwy. Dla takich więc „czytelników z werwą” napisałem tę książeczkę. Niech towarzyszy Wam w momentach, gdy zdejmie Was chandra, albo nos zwiśnie Wam na kwintę. Nigdy nie jest tak fatalnie, aby rozłazić się jak stare gacie. Kiedyś, w kinie, oglądając western z Garym Coope­rem, usłyszałem takie zdanie: – Jesteś, cholera, jak rze­mień! – Dlaczego jak rzemień? – Bo twardniejesz na deszczu. Chodźcie więc do mojego Lokalu dla awanturnych. Dla dżentelmenów mam tu galaretę i lornetę, a dla wytwornych dam zrazy po nelsońsku i móżdżek po warszawsku. Szef kuchni nie bije, a nawet zupę zamieni, jak będzie zbyt radykalnie „gorąca kiedyś”. Dancing bezpłatny, figury dozwolone, po gębach okładamy się na wynos. Muzyka rżnie na okrągło. Striptiz wyszedł, ale pan Zenek sztuki pokazuje, że takich w całej Warsiawie nie uświadczysz. Krawaty niewymagane, ale wieczorowe dodatki u dam i, owszem, pochwalamy. W ogóle ę i ą pełną facjatą i kultura w byciu zagwa­rantowana. Panie proszą panów. Panowie! Na parkiecie nie zasy­piamy… * Mówiąc już zupełnie serio, z pewną nieśmiałością od­daję w Państwa dłonie pierwszy w moim żywocie zbiór krótkich, publicystycznych migawek, w których – mam nadzieję – przegląda się nasza Polska na przestrzeni ostatnich kilku lat. Jeśli spodoba Wam się styl i lekka bezceremonialność w obchodzeniu się z „wielkościami mniemanymi” na­szych czasów, które niepoprawnie serwuje autor, to pew­nie niedługo skuszę się na kolejną awanturę. Zapraszam do lektury i – na zdrowie! PS Znajomy lekarz stwierdził, że lektura Lokalu dla awanturnych dobrze działa na melancholię, zaparcia (zwłaszcza samego siebie), zmazy (szczególnie życiory­sowe) i czarnowidztwo wrodzone. Podobno można ją stosować zamiast setki wódki, tabletki prozacu i współczesnych polskich komedii ro­mantycznych. Aha i… można przedawkowywać! Kraków, styczeń 2016 roku

Podziel się opinią

Share
d32va2n
d32va2n
d32va2n
d32va2n
d32va2n