Trwa ładowanie...
d8kw9kk
d8kw9kk

Kobiety nieidealne. Baśka

książka
Oceń jako pierwszy:
Kobiety nieidealne. Baśka
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Kobiety nieidealne. Baśka
Materiały prasowe

Znane bohaterki w kolejnej odsłonie. Bo nie od dziś wiadomo, że kobiety perfekcyjne są tylko perfekcyjne, za to nieidealne są po prostu fajne.
Jedna z czterech przyjaciółek, Baśka, wreszcie została mamą. Czy kobieta, która przez całe życie skupiona była wyłącznie na sobie, będzie potrafiła odnaleźć się w nowej roli? Do tej pory los obchodził się z nią łaskawie, szczędząc jej większych trosk, ale i nad nią zaczynają się zbierać czarne chmury. Przyzwyczajona do luksusów i wygodnego życia, będzie musiała bardzo się postarać, żeby przetrwać burzę.
Na szczęście, jak zawsze ma wsparcie w przyjaciółkach, które potrafią wyciągać się wzajemnie za uszy nawet z największych tarapatów.
Kolejny raz Magdalena Kawka i Małgorzata Hayles potrafiły zaintrygować i skłonić mnie do tego, bym nieustannie przerzucała kolejne kartki książki. Dałam się wciągnąć! Kolejny raz! Późne macierzyństwo to niełatwy temat, ale autorki uporały się z nim na piątkę. Opowiedziały o problemach, o których wszyscy wiedzą, ale zazwyczaj nie chcą głośno o nich mówić. Ciekawe, ile czytelniczek po przeczytaniu tej książki powie: „Tak, jestem Baśką”. Fantastyczna robota, drogie panie!
Joanna Divina, dziennikarka radiowa, „Mała Czarna”

Kobiety nieidealne. Baśka
Numer ISBN

978-83-66217-31-7

Wymiary

130x200

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

352

Język

polski

Fragment

Macierzyństwo to nie moja bajka – ta uporczywa myśl znów zaczęła mnie prześladować, nie wiem który już raz. Zdaje się, że o dziewięć miesięcy za późno. Pe­wien rodzaj kobiet po prostu nie powinien się rozmna­żać. Nie chodzi nawet o to, że jesteśmy bardziej świa­dome niż te wszystkie egzaltowane mamuśki albo że w przeciwieństwie do nich nie mamy instynktu macie­rzyńskiego; my po prostu podskórnie czujemy to, z cze­go one nie zdają sobie sprawy: że wydawanie na świat śmiertelnych istot jest niehumanitarne i nieuczciwe.

Próbowałam podzielić się tą odkrywczą myślą z Jac­kiem, ale chyba nie bardzo mnie słuchał, zajęty cmoka­niem nad łóżeczkiem Hanki. Radośnie wtórowała mu pani Wiera, co chwilę nakręcając karuzelę z pozytywką; jej powtarzalne tony doprowadzały mnie do szału. Po­winni to dziecko mieć ze sobą, idealnie by się dogadali.

Ptaszki, cmoki i tiutania dobiegały z dziecinnego poko­ju przez prawie cały dzień, choć Hanka jego większość i tak przesypiała, nieczuła na zachwyty ojca i gosposi nad własnym istnieniem. Dawało mi to nadzieję, że mimo wszystko bardziej wdała się we mnie.

W sumie to bardzo dorosłe i odpowiedzialne posia­dać w domu dziecinny pokój, ale musiałam w końcu przyznać sama przed sobą, że jego mała rezydentka nieco mnie przeraża i zdarzały się chwile, że świtała mi myśl o ucieczce na drugi koniec świata. Najlepiej do Nowej Zelandii. Szczególnie o czwartej nad ranem, kiedy po raz kolejny bezskutecznie próbowałam ją oderwać od moich nabrzmiałych i drażliwych sutków, do których potrafiła się przyssać jak najbardziej sta­nowcza pijawka świata.

W myślach odpierałam już gadkę przyjaciółek o powinnościach kobiety i matczynej miłości. Cóż, może niektórym kobietom przychodziło to tak natu­ralnie jak ciąża czy urodzenie dziecka. Najwyraźniej do nich nie należałam. Bardzo kocham swoje dziec­ko, tak mi się zdaje, ale nic nie poradzę, że trochę się go boję i nie umiem się odnaleźć w nowej roli. Nosiłam je w sobie przez dziewięć miesięcy, a jed­nak wcale go nie znam. Nawet nie wiedziałam, czy będzie chłopcem, czy dziewczynką, więc nauczyłam się zwracać do niego bezpłciowo. Mówiłam do brzu­cha: kochanie. Zwolennicy gender zapewne by mnie pochwalili i poradzili, żebym poczekała, aż samo wy­bierze sobie kulturową płeć, ale jednak jak na dłoni było widać, że to dziewczynka.

Urodziła mi się jakimś nieznanym, nieodgadnionym bytem, z poczochraną czupryną, zmarszczonym nos-kiem i zamglonymi oczami, niebieskimi jak u wszyst­kich noworodków. Na dodatek z żółtaczką. Gdyby nie nadzieja, że jednak w końcu się bliżej poznamy i polu­bimy, chyba naprawdę dałabym stąd nogę.

Tymczasem spróbowałam odzyskać dawną siebie. Po tylu miesiącach urodowej abstynencji byłam spra­gniona mezoterapii, botoksu, kwasu hialuronowego i nici liftingujących, ale nawet nie miałam odwagi umówić się na manicure. Społecznie aprobowany był­by co najwyżej dentysta albo ginekolog, z naciskiem na tego ostatniego. Gdzieś podskórnie (nomen omen) czułam, że przestałam przynależeć do świata medycy­ny estetycznej, że wręcz nie wypada mi w nim przeby­wać. Właśnie zostałam mamuśką i powinnam raczej martwić się o stopień chłonności pieluszek i niemow­lęcą ciemieniuchę.

W akcie desperacji, żeby poprawić sobie nastrój, wyciągnęłam z szafy piaskowy sweterek z tiulową wstawką przy dekolcie, który podarował mi Jacek, kiedy pokazałam mu dwie kreski na ciążowym teście.

Sweterek był przepiękny, miał metkę bardzo znane­go projektanta i był nieprzyzwoicie drogi. Jak zwy­kle szybko ustaliłam sama ze sobą, że kosztował do­słownie grosze, żeby nie wprowadzać w zakłopotanie moich przyjaciółek, z których chyba tylko Iza mogła sobie pozwolić na podobne ekstrawagancje. I to na do­datek w czasach, gdy jeszcze pracowała w korporacji i nie była matką na pełen etat.

Z napięciem, pełna ledwie tłumionych emocji, do­tknęłam tego cudeńka. Sweterek był tak samo piękny i delikatny jak dziesięć miesięcy temu. Miałam go na sobie może ze dwa razy i jeszcze nie zdążyłam się nim nacieszyć. W ciąży się w niego nie mieściłam. Z lubo­ścią przyłożyłam policzek do mięciutkiej wełny. Przez chwilę poczułam się jak dawna Baśka. To wrażenie było orzeźwiające jak łyk najlepszego szampana. Nie­wiele myśląc, ściągnęłam przez głowę porozciąganą dresową bluzę, nie zawracając sobie nawet głowy roz­pinaniem suwaka, i już po chwili poczułam rozkoszny, otulający dotyk dzianiny, delikatnej jak łabędzi puch.

Mój wytęskniony, komfortowy świecie – oto wró­ciłam!

Z ufnością zerknęłam w wielkie lustro i omal nie ze­mdlałam. Uroczy sweterek sterczał na moim monstrual­nym biuście jak świeżo rozstawiony namiot. Na dodatek przez owo sterczenie sięgał mi zaledwie do pępka, co nie byłoby problemem dziesięć miesięcy temu, jednak dziś było dramatem. Nabrzmiałe cycki, wielki, pofałdo­wany brzuch i pryszczate czoło, bo w ciąży nie mogłam brać hormonów – oto portret zamożnej mieszkanki wielkiego miasta. Na dodatek nagle wydało mi się, że trochę wyłysiałam; włosy nie były już tak gęste jak kie­dyś. Zamiast grubej kitki na plecach smętnie zwisał mi cienki kosmyk, który wyglądał jak zmokły zagłodzony szczur, który wgryzł mi się w kark.

W głowie słyszałam szydercze głosy moich przyja­ciółek, i chociaż nie szydziły z mojego wyglądu, a je­dynie z moich myśli, pogoniłam je w cholerę. Ja wam jeszcze pokażę, obiecałam mściwie.

Podziel się opinią

Share
d8kw9kk
d8kw9kk
d8kw9kk
d8kw9kk
d8kw9kk