Trwa ładowanie...
d47huci
31-01-2020 13:35

Kobiety nieidealne. Iza

książka
Oceń jako pierwszy:
d47huci
Kobiety nieidealne. Iza
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe

Kobiety nieidealne to cykl zrodzony ze szczerej przyjaźni dwóch świetnych pisarek. I to się czuje w każdym zdaniu!

Ich bohaterki są nieszablonowe, barwne, z krwi i kości, i nie ma czytelniczki, ba, czytelnika, który nie chciałby im towarzyszyć w cyklicznych spotkaniach przy winie, kiedy najtrudniejsza nawet codzienność, obśmiana i obejrzana pod innym kątem, staje się znośna. Daleko im do perfekcyjnych pań domu, dam, którym nie zdarzają się gafy, idealnych matek doskonałych dzieci, ale za to mają dystans i potrafią się z siebie śmiać. Na tym polega ich supermoc.

Główna bohaterka tego tomu, Iza, lubi mieć wszystko pod kontrolą. Ma nienaganną figurę, jeszcze lepsze CV, a gdy potrzebuje pomocy mężczyzny, po prostu za nią płaci. Gdy na jaw wychodzi pewna rodzinna tajemnica, okazuje się, że nie nad wszystkim da się zapanować, nie za wszystko da się zapłacić, a życie lubi płatać figle...

Kobiety nieidealne to opowieść, w której każda z nas znajdzie cząstkę siebie. Historia napisana lekko i z poczuciem humoru, jednak niestroniąca od trudnych tematów. To książka o trudach codzienności, rozczarowaniach, ale też nadziei. Po prostu o życiu, jakie doskonale znamy. Kobiety nieidealne bawią i wzruszają, to świetna propozycja na długie wieczory.

Marta Mrowiec

blog Na regale u Marty Mrowiec

Kontynuacja Kobiet nieidealnych to historia przekornej codzienności, w której naturalna potrzeba bliskości często gryzie się z nieprzewidywalną prozą życia. Magdalena Kawka oraz Małgorzata Hayles w sposób wyjątkowy obrazują siłę kobiecej przyjaźni i pokazują, jak bardzo zachłanne potrafi być ludzkie serce w obliczu najważniejszego z uczuć. Trudno o bardziej realistyczny przekaz!

Miłka Kołakowska,

blog Mozaika Literacka

Kobiety nieidealne. Iza
Numer ISBN

978-83-7674-736-1

Wymiary

130x200

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

400

Język

polski

Fragment

– Kur… mać – zmęłłam w ustach przekleństwo, gdy tylko spojrzałam w okienko wideodomofonu.

Takie fanaberie zainstalował w naszym apartamen­towcu na początku marca pan Jarek, który odpowiadał za ochronę kilku budynków zbitych w – zdawało się – przerażoną kupkę, podczas gdy dookoła hulał nadwar­ciański wiatr. Pan Jarek najwyraźniej uwielbiał, gdy czuliśmy ulubioną emocję z jego zawodowego słow­nika: POCZUCIE ZAGROŻENIA. Gdyby to od niego zależało, nasze niewielkie osiedle, szumnie zwane na plakatach reklamowych dewelopera „enklawą spoko­ju”, a odkąd się wprowadziliśmy „Apartamentowcami nad Wartą”, zmieniłoby nazwę na „Nie zbliżać się. Ja tu pilnuję”.

Swoją drogą kto wie, jak długo będzie mnie stać na mieszkanie tu i spłacanie rat, które wcześniej po prostu z jednego konta na inne zasysał sobie bank, dyskret­nie, jakby bez mojego udziału. Obecnie zlikwidowa­łam wszelkie polecenia zapłaty, aby każdy wydatek mieć pod kontrolą. Owszem, miałam trochę oszczęd­ności, ale poczyniłam kilka długoterminowych, czytaj dupnych, inwestycji na giełdzie, a półroczna odprawa, którą dostałam od firmy, musiała wystarczyć na czas mojego bezrobocia. Wróć. Zanim nie znajdę nowej pracy. To brzmiało dużo lepiej.

– Wisisz mi pięć złotych! – Z dawno niewietrzo­nych czeluści swojego pokoju wykuśtykał blady Haru­mi, który coraz lepiej radził sobie z kulami. W prawej ręce trzymał słoik, który teraz wyciągnął w moim kie­runku, jedną z kul wkładając sobie pod pachę.

– Jakie pięć? Umawialiśmy się na złotówkę.

– Kurwa mać – zaczął mój przewrotny synek z uda­waną powagą – jest wyjątkowo okropnym przekleń­stwem, bo obraża honor mojej matki. Znaczy twój ho­nor. Dobrze o tym wiesz. Dlatego razy pięć. Jak to się mówi? Patrz i płać.

– Płacz i płać. – Jego potyczki z językiem polskim nie przestawały mnie bawić. Dzięki Bogu za korepety­tora, który przychodził do nas kilka razy w tygodniu. Jego zadaniem było tak zwane wyrównanie poziomu i przygotowanie Harumiego do rozpoczęcia od września nauki z Tolkiem w siódmej klasie. Uparli się, że będą chodzić do jednej klasy, i obie z Magdą już współczu­łyśmy wychowawczyni, a tymczasem Harumi mocno odstawał na plus z matematyki i angielskiego, ale miał sporo do nadrobienia z historii, polskiego i przyrody.

– Sam popatrz. – Przy postaci widocznej w okienku wideofonu przybywało właśnie walizek, które z za­pałem dostawiał brodaty kierowca taksówki. Najwy­raźniej liczył na wysoki napiwek. Matka zaczęła ener­gicznie machać do kamerki. To nie był sen.

– Babcia! – krzyknął Harumi i wcisnął przycisk, by wpuścić moją matkę do środka. Pohamowałam im­puls, by trzepnąć go po ręce. Może jakby tam jeszcze chwilę postała, to by jej się znudziło?

– Niespodzianka! – Rozentuzjazmowana matka przycisnęła na chwilę umalowane usta do powietrza na centymetr od mojego policzka i owiał mnie słod­ki zapach jej perfum. Odsunęła się, by kierowca mógł wnieść do środka cztery walizki w różnych rozmiarach i kolorze landrynkowego różu.

Podobny komplet cieszył dziewczynki z domu dziecka, gdzie go odwiozłam, gdy tylko odsłużył obo­wiązkowe trzy lata w czeluściach piwnicy. Wyprze­dawałam, oddawałam, wyrzucałam wszystko, co nie­używane dłużej niż trzy lata, choć ten akurat zestaw mogłam wydać już pierwszego dnia. Cóż, liczą się po­dobno intencje…

– Solidne walizki, twoje też nadal ci służą? Ale ty wyrosłeś i całe szczęście nie jesteś podobny do swoje­go ojca. Przystojny chłopak z ciebie rośnie. – Można było na nią liczyć. Potrafiła obrazić i skomplemento­wać na jednym wdechu. Obrzuciłam syna uważnym spojrzeniem. Nadal był drobny, ale faktycznie, przez ostatnie tygodnie wyrósł. Jego egzotyczne, lekko azja­tyckie rysy wydelikatniały. Na kościach policzkowych Harumiego, których pozazdrościłaby mu niejedna mo­delka, wykwitły dwa ślady po babcinej różowej szmin­ce. Cóż, on od małego miał u niej specjalne względy.

– Cześć, babciu. – Harumi odstawił kule i rzucił jej się z impetem na szyję.

– Jaka babciu, jaka babciu. Ile razy prosiłam, żebyś mi mówił po imieniu? Po prostu Kate. – Zarumieni­ła się, wkładając banknot w rękę kierowcy i macha­jąc w jego kierunku rzęsami, które, jak znam życie, zdopingowała do nadmiernego wzrostu jakąś bardzo drogą i nowatorską kuracją. Ze zdumieniem zauwa­żyłam stówę. Jezu, zważywszy obecną sytuację, sama bym jej te walizy wniosła na górę. Zaraz zbeształam się w głowie za tę myśl. Czy to nie ja jestem… jak to mnie ostatnio nazwały dziewczyny? Wykształconą, korporacyjną suką, która zna milion języków? Prze­cież za chwilę coś znajdę. Headhunterzy rzucą się jak sępy i telefon się rozdzwoni.

Gdy tylko za kierowcą zamknęły się drzwi, matka zrzuciła wrzosowe szpilki i ciężko usiadła w fotelu, masując sobie stopy. Musiała traktować Harumiego jak swojego wnuka, choć nie znosiła tych postarza­jących ją określeń, bo najwyraźniej nie dotyczyła go Wielka Przemiana. Moja matka była największą ko­kietką, jaką znałam, i gdy tylko w promieniu kilku me­trów pojawiał się jakikolwiek mężczyzna, wchodziła w rolę najbardziej uwodzicielskiej z kobiet. Przemiana była niemal fizyczna, trudno było podrobić czy nama­lować ten błysk w oku, zaróżowienie policzka, niższy, zmysłowy tembr głosu, żwawszy krok. Gdy mężczy­zna wychodził, matka jakby rozpinała kostium. Nie­mal dosłownie schodziło z niej powietrze.

– Pomyślałam sobie, że ci trochę pomogę, skoro Harumi postanowił tak nawywijać z tą nogą. Mogę prosić o filiżankę herbaty? I jeszcze szklankę wody z cytryną. Tylko błagam, niech będzie zimna. A tu masz moje żelowe okulary, wstaw je, proszę, do lodówki, muszę sobie zrobić okład, bo po tym dłu­gim locie mam tak zmęczone oczy, że nie mogę na siebie patrzeć. A to maseczka. Też włóż do lodów­ki. Mam tak poszarzałą skórę, klimatyzacja w sa­molotach to zabójstwo dla cery. – Szybko oceniła stan swojej twarzy w ręcznym lusterku i najwyraź­niej nie była zadowolona, bo szybko zamknęła je z charakterystycznym dźwiękiem, który wyrwał mnie z chwilowego osłupienia.

– Już ja się tu wami wszystkimi zajmę.

Dobrze, że niczego akurat nie piłam, bo trysnęła­bym niczym zraszacz montowany wcześniej na traw­niku przed naszym blokiem pod nieufnym spojrze­niem pana Jarka. Podejrzewał chyba jakiś złodziejski fortel. Nie byłam złym człowiekiem, kochałam moją matkę, ale była to osoba zagarniająca sobie każdy wolny fragment przestrzeni, poświęcająca większość czasu i energii sobie, swojemu wyglądowi i swoim romantycznym, wydumanym wizjom. Jednym sło­wem, była ostatnią osobą, do której zwróciłabym się w obecnej sytuacji po pomoc. Poza tym nie potrze­bowałam pomocy. Wszystko miałam jak zawsze pod kontrolą.

– Harumi, podaj mi, proszę… – Całe szczęście ob­rzuciła wzrokiem jego kule – To znaczy ty, Iza, mi podaj tę różową walizkę. Tę najmniejszą. Tak, tę. – Z westchnieniem wyjęła z niej błyszczącą kosmetycz­kę przeznaczoną, zdaje się, tylko do pielęgnacji pa­znokci. – Dwa paznokcie straciłam od taszczenia tych piekielnych walizek, całe szczęściem mam tu taki spe­cjalny fix. Pokaż swoje paznokcie. No tak, oczywiście króciutkie. Może to i praktyczne, ale powiem ci: mało kobiece. Trochę byś zapuściła i pomalowała jakimś ładnym kobiecym kolorem, na przykład lila róż, i od razu inaczej. Okno otwórz, bo to tak sobie pachnie. – Było to niedopowiedzenie roku. Gdy tylko odkręciła buteleczkę, powiało czymś w rodzaju butaprenu zmie­szanego z sikami kota.

– Kiedy taszczyłaś walizki? – Jakoś sobie tego nie wyobrażałam. Matka miała całe życie wyjątkowy ta­lent do wynajdywania mężczyzn, którzy ochoczo ją wyręczali w każdej ciężkiej pracy. Nawet z nastawia­nia pralki potrafiła zrobić obsługę skomplikowanego, męskiego urządzenia. Z pewnością przed taksów­karzem znalazł się usłużny pan w samolocie czy na lotnisku.

– Jak to kiedy? Ze stanowiska odbioru bagażu na lotnisku do taksówki. Myślałam, że pomoże mi sąsiad z lotu, taki miły młody facet, Anglik co prawda, nie Włoch, ale przecież mężczyzna, ale wy już nawywra­całyście tym młodym w głowach całym tym równo­uprawnieniem. Pewnie uznał w swojej głupocie, że bym się obraziła.

Przyjrzała mi się bliżej, gdy otworzyłam okno.

– W ogóle jakoś tak wyglądasz… No, nie wyglądasz.

W myślach przewróciłam oczami piętnasty raz, choć matka przestąpiła próg ledwie kwadrans temu.

– Schudłaś znowu, a już rok temu, jak się widzia­łyśmy w Rzymie, byłaś zbyt szczupła. Skóra i kości. Ile razy ci mówię, mężczyzna potrzebuję, żeby kobieta miała trochę ciała, trochę pupy, trochę piersi…

– Jezu, mamo, proszę cię! – Tym razem już jawnie przewróciłam oczami niczym rasowa nastolatka, którą przecież już od dość dawna nie byłam. Nie znosiłam jej męskocentrycznego ładu świata, w którym kobieta istniała tylko dla radości i potrzeb mężczyzny. W mil­czeniu zaczęłam sprzątać bałagan, który już zdążyła zrobić. W zasadzie to nawet nie był bałagan, tylko stado galopujących przedmiotów, które zawsze jej to­warzyszyły. Nigdy nie rozumiała, jak potrafię się spa­kować w jeden mały plecak czy na wyjazd służbowy w zaledwie podręczną walizkę.

– Fryzurę masz za to ładną… jak na taką chłopię­cą rzecz jasna – powiedziała w jej mniemaniu pojed­nawczo, a ja dmuchnęłam sobie nerwowo w blond grzywkę.

Harumi był młody i odporny na teksty babci, poza tym naprawdę mnie wkurzył, ładując się w „wypadek narciarski”, zanim w ogóle dotarli z Tolkiem na jaką­kolwiek górę, bez pozwolenia wybierając się na wy­cieczkę, tak więc bez wyrzutów sumienia zostawiłam go na pastwę babci Kasi, czy też Kate, jak lubiła się ostatnimi laty tytułować, i niemal pobiegłam do kuch­ni, by przyszykować kawę dla siebie i zieloną herbatę dla matki.

Podziel się opinią

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d47huci
d47huci
d47huci
d47huci