Trwa ładowanie...
d10p2ir
d10p2ir

W Trójkącie Beskidzkim. Uśpione królowe

książka
Oceń jako pierwszy:
W Trójkącie Beskidzkim. Uśpione królowe
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
d10p2ir
W Trójkącie Beskidzkim. Uśpione królowe
Materiały prasowe
W Trójkącie Beskidzkim. Uśpione królowe

W TRÓJKĄCIE BESKIDZKIM
Mroczne powieści pełne zbrodni i tajemnic
wywodzących się z ciemnej strony ludzkiej natury.
Sprzedawca Snów jest seryjnym zabójcą. Atakuje raz w roku, a jego ofiarami są młode kobiety − do tego stopnia różniące się wyglądem i osobowością, że ich wybór wydaje się zupełnie przypadkowy. Zabija je z niezwykłą brutalnością.
Nadkomisarz Konrad Procner i komisarz Marcin Cieślar próbują rozwikłać zagadkę Sprzedawcy Snów i doprowadzić do jego ujęcia. Po każdym dokonanym zabójstwie morderca zostawia na miejscu zbrodni tajemniczy list, który stanowi jedyny trop wiodący do schwytania go. Śledztwo nabiera rozpędu, gdy policjanci poznają dwie niezwykłe kobiety, Zenę i Petrę. Jak się okazuje, obie panie związane są w jakiś sposób ze sprawą Sprzedawcy Snów…
Wciągające rozpoczęcie świetnego cyklu kryminalnego. Hanna Greń wprowadzi was do twardego świata zbrodni i sprawiedliwości, gdzie każdy kolejny trop prowadzić może do zaskakujących wniosków. Z pewnością nie będziecie się w nim nudzić.
Magdalena Kawka, pisarka

W Trójkącie Beskidzkim. Uśpione królowe
Numer ISBN

978-83-66217-49-2

Wymiary

145x205

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

448

Język

polski

Fragment

Rozdział 1

11 maja 2013, Wisła

Marcin Cieślar postawił na stoliku kupioną przed chwilą kawę, usiadł i z przyzwyczajenia przyglądał się otaczającym go ludziom.

W kawiarnianym ogródku nie było tłoku, może dlatego, że maj w tym roku bardziej przypominał kwiecień. Z dnia na dzień temperatura potrafiła spaść o ponad dziesięć stopni po to tylko, by nazajutrz znów się podnieść.

Jeden ze stolików okupowała grupka nastolatków racząca się przedziwną kombinacją lodów owocowych i coli, wymieszanych w jednym pucharku i tworzących obrzydliwie prezentującą się maź. Przy kolejnym pani pretendująca do miana gorącej czter­dziestki wściekłym szeptem pouczała siedzącą obok dziewczynę:

– Nie mów do mnie „babciu”! Tyle razy cię o to prosiłam! I tak nikt nie uwierzy, że jestem tak stara, żeby być babcią dwudzie­stoletniej dziewuchy, wyglądam co najwyżej na czterdzieści lat.

Twarz kobiety zdobił wymyślny makijaż. Obcisłe spodnie rur­ki i falbaniasta, króciutka bluzeczka z dekoltem „na dwanaście osób”, odsłaniająca wałek tłuszczu nad paskiem spodni, nie były w stanie odjąć jej lat.

Od stolika z lewej doleciał stłumiony chichot. Siedziała przy nim trzydziestoletnia może kobieta z nastoletnim, uderzająco do niej podobnym chłopcem. Cieślara urzekła jej nieskazitelna, sma­gła cera i przepiękne włosy, długie, gęste i smoliście czarne, na skrętach połyskujące grafitem. Chłopiec miał identyczny kolor włosów, tyle że jego były proste. Oczu kobiety Marcin nie widział, gdyż nosiła przeciwsłoneczne okulary, ale oczy chłopaka były jak dwa węgle i mężczyzna był pewien, że ona ma takie same.

Mężczyzna usłyszał roześmiany głos kobiety:

– Rycząca czterdziestka.

Chłopiec ponownie zachichotał.

– Prędzej wyjąca pięćdziesiątka – odparł – ale bardziej mi wy­gląda na jęczącą sześćdziesiątkę!

– Historia nawigacji nie uczy o jęczących sześćdziesiątkach, mój dobry Dominiku.

– Myślę, że to dlatego, bo żaden z wielkich nawigatorów nigdy nie zawitał do Wisły, do ogródka u Szturca! Mamo, musimy iść…

Marcin zamyślił się, gdyż kobieta kogoś mu przypominała. Nawet bardzo przypominała, ale nie mógł jej dopasować ani do osoby, ani do okoliczności. Miał jedynie głębokie przeświadcze­nie, że nie było to nic przyjemnego. Dyskretnie zrobił jej zdjęcie komórką, tak na wszelki wypadek.

Bezwiednie ruszył za oddalającą się parą. Widział, jak na par­kingu wyjmują z samochodu torbę i plecak, jak ładują to do ba­gażnika stojącego nieopodal autokaru, jak żegnają się uściskami. To ostatnie go zadziwiło – chłopak był w wieku, który zazwyczaj wykluczał okazywanie uczuć rodzicom.

Autokar ruszył, kobieta wróciła do samochodu, suzuki SX4 z napędem na cztery koła. Mężczyzna zanotował w pamięci nu­mer rejestracyjny z literami PKR.

Nieznajoma zdjęła żakiet, wrzuciła go na tylne siedzenie i po­szła w stronę centrum. Ruszył za nią, wyzywając się w myślach od porąbanych stalkerów, ale zaraz wytłumaczył sobie, że przecież musi wrócić do pracy, czyli i tak idzie w tamtym kierunku. Grunt to dorobić sobie dobrą ideologię…

Na drodze kobiety stanął podstarzały lowelas, który z racji po­siadania kilku lokali gastronomicznych i tłustego konta bankowe­go uważał się za dar od Boga dla każdej osoby płci przeciwnej.

– Dzień dobry, pani Zenuniu. – Zaczął się ślinić nad jej ręką.

Cieślar zauważył na twarzy kobiety grymas niechęci i obrzy­dzenia. Widocznie dla niej Andrzej Wantulok darem bożym nie był.

– Dzień dobry – odpowiedziała lodowatym tonem – i do wi­dzenia, spieszę się.

– Do czego? – zdziwił się niemłody adonis. – Przecież wy­słała pani syneczka na wycieczkę i została sama, to do czego się tu spieszyć?

– Do pracy. Są tacy, panie Wantulok, którzy muszą zarabiać na życie.

– Pani sobie żartuje. Wszyscy wiedzą, że dostała pani taaaki spadek, to po co pracować? Poza tym pani wcale nie jeździ do pracy, tylko siedzi w domu. Męża też pani nie ma, żeby koło niego robić. Nuda! Zabiorę panią do siebie, zrobimy imprezkę…

– No to zróbcie – warknęła niezbyt uprzejmie, już wyraźnie zniecierpliwiona. – Z tym że beze mnie. Nie mam ochoty ani na takie głupoty, ani na pana towarzystwo!

– Ja dużo mogę – zaczął rozzłoszczony, lecz mu przerwała.

– Podobno wcale nie tak dużo, jakby pan chciał – odpa­rowała z wyraźną kpiną. – Niektóre panie były ponoć bardzo zawiedzione…

– Ty parszywa krowo! – wysyczał z wściekłością. – Jak cię do­rwę, to…

– To co pan zrobi, panie Wantulok? – spytał uprzejmie Mar­cin, który zafascynowany wymianą zdań zdążył podejść dość bli­sko. – Niech pan dokończy, może wyjdzie z tego całkiem zgrabna groźba karalna.

– No co pan, przecież to było tylko takie gadanie. – Wantulok nerwowo zatarł dłonie. – Do widzenia państwu…

Okręcił się na pięcie i szybko odszedł, mamrocząc coś pod nosem. Kobieta spojrzała na Cieślara z niechęcią.

– Dziękuję, ale nie byłam damą w opałach, rycerz nie był mi potrzebny.

– Zapewne, jednakowoż jestem tu, by służyć i bronić… tak chyba mówią w amerykańskich serialach, prawda?

– Pan jest policjantem? – zdziwiła się, wyraźnie zaskoczona.

– Komisarz Marcin Cieślar. – Skłonił lekko głowę, powścią­gając chęć sięgnięcia po legitymację.

– Zena Branicka. – Podała mu rękę na powitanie.

Kiedy ujął jej dłoń, poczuł się tak, jakby poraził go prąd, a cała krew popłynęła mu najpierw do nóg, potem do głowy, by wreszcie umiejscowić się w zupełnie innym, niezbyt fortunnie wybranym miejscu.

– Zena? – zapytał, chcąc oderwać myśli od niepożądanej reak­cji swojego ciała. – Od czego to?

– Nie powiem i nie wymusi pan na mnie zeznań na ten temat. – Uśmiechnęła się, zdejmując okulary.

Przeżył kolejne zaskoczenie. Był pewien, że jej oczy będą w tym samym kolorze głębokiej czerni co oczy Dominika, tym­czasem miały niespotykany odcień butelkowej zieleni, jak jezioro o zmierzchu. Chciałby zatonąć w takim jeziorze… Z wysiłkiem odsunął również tę myśl.

– Idzie pani w zaparte? Nie szkodzi, prędzej czy później ktoś panią sypnie! – oznajmił z poważną miną.

– Oprócz mnie nikt nie wie… – Zawiesiła tajemniczo głos.

– Nieprawda! Ktoś pani nadał to imię, ktoś zapisał je w urzę­dzie, dodajmy do tego szkołę, wydział meldunkowy… Jak coś wie więcej niż jedna osoba, to już żadna tajemnica.

Zrobił ponury grymas, jakby temat dotyczył co najmniej bez­pieczeństwa publicznego. Kobiecie zadrgały wargi. Próbowała powstrzymać śmiech, lecz na próżno – z ust wydobył się stłu­miony chichot.

– Teraz pan mówi jak agent specjalny – wydusiła po chwili.

Pokręcił głową z wyraźnym żalem.

– Chyba raczej niespecjalny, bo nie mam pojęcia, co mógłbym zaproponować, żeby zgodziła się pani spędzić ze mną wieczór. Wiem tylko, że imprezka na pewno nie wchodzi w grę.

Tym znów ją rozśmieszył. Stwierdziła, że podoba jej się ten komisarz agent niespecjalny i chętnie zrezygnuje dla niego z za­planowanych na wieczór zajęć.

– Może mnie pan zaprosić na kolację do Szturca – zapropo­nowała i natychmiast zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie popełnia błędu. Ale było już za późno – gdyby teraz zmieniła zdanie, wyszłaby na idiotkę. Tym bardziej że mężczyzna zdążył już z uśmiechem skinąć głową.

– Wobec tego niniejszym zapraszam. Życzy sobie pani z tańcami?

– Życzę sobie bez tańców, dla pana dobra. Mam dysrytmię.

– Dys… co? – Na moment zbaraniał.

– Dysrytmię. – Roześmiała się, rozbawiona jego miną. – Teraz wszystkie braki w edukacji tłumaczy się jakąś „dys”. Gówniarzowi nie chce się uczyć i od razu ma dysleksję, dysortografię albo dys­kalkulię… No to ja mam dysrytmię. Uważam, że to brzmi lepiej niż dwie lewe nogi.

– Zapewne! – Marcin na próżno starał się zachować powagę. – Podoba mi się to określenie i będę się go trzymał, bo sam mam podobny problem. Będziemy więc poruszać się dostojnym kro­kiem, jak moi dziadkowie.

– A ile lat liczą sobie dziadkowie?

– Dziadek ma osiemdziesiąt dwa, a babcia siedemdziesiąt cztery.

– Młódka… – westchnęła Zena z udawaną zazdrością.

– Tak. Dlatego dziadek jest zazdrosny jak Otello. Nadmie­niam, że jestem do niego podobny.

– Dobrze więc się składa, że ja nie pasuję do roli złotowłosej Desdemony. O której? – spytała rzeczowo, kończąc żartobliwe przerzucanie się słowami.

– Co o której? – Przez chwilę stracił wątek. – A, kolacja. Gdzie pani mieszka? Przyjadę po panią o szóstej, dobrze?

– Niedobrze – zaprotestowała, podejrzewając, że miałby kłopot z odnalezieniem jej domu. – Przyjadę sama. O wpół do siódmej u Szturca, okej?

Zena po raz kolejny zajrzała do szafy, przesuwając wieszaki w po­szukiwaniu czegoś odpowiedniego na wieczór z przystojnym po­licjantem. Od godziny analizowała swój stan posiadania i ciągle nie mogła się zdecydować.

– Idiotka! – poinformowała pusty pokój, uzmysłowiwszy so­bie nagle, co robi. – Od zaglądania po kilkanaście razy do szafy jeszcze nikomu w niej nic nie przybyło i nie przybędzie! Nie ma takiej opcji!

Wreszcie zdecydowała się na sukienkę z najnowszej kolekcji Zebry – szmaragdową, ze stójką. Sukienka miała przód zu­pełnie pozbawiony ozdób, za to tył zapinany był na milion malutkich guziczków.

Tak właśnie określił to Dominik: „milion guziczków na roz­bieraną randkę”.

Właściwie, dlaczego nie miałaby to być rozbierana randka? Już dawno, a w zasadzie nigdy, żaden mężczyzna nie wywarł na Zenie takiego wrażenia, poza tym pod względem czystości obyczajów wygrałaby w większości rankingów.

Z wymyślnej fryzury zrezygnowała po kilku próbach, docho­dząc po raz kolejny do wniosku, iż tego cholernego gąszczu żadna siła nie ujarzmi. Nieraz żałowała, że nie ma takiej mody, która nakazywałaby kobietom golić głowy na łyso. Upięła włosy w luź­ny kok, użyła kilku kropel Euphoria Blossom i zrobiła dyskretny makijaż. Wreszcie uznała, że lepiej nie będzie.

Dojazd zajął jej około trzydziestu minut i przez ten czas cią­gle zastanawiała się, czy aby nie popełnia błędu. Wreszcie na parkingu przed restauracją postanowiła, że nie zmieni zdania. Jest dojrzałą, poważną kobietą. Ma trzydzieści cztery lata, od lat prowadzi własną, liczącą się na rynku firmę i nie będzie wpadać w panikę z powodu randki z jakimś tam gliniarzem, którego pew­nie nigdy więcej w życiu nie spotka. Raz może pozwolić sobie na szaleństwo, tym bardziej że ten gliniarz od kilku godzin nie chciał opuścić jej myśli.

Marcina męczyła myśl o tym, by sprawdzić numer rejestracyjny samochodu Zeny. Mógłby dzięki niemu uzyskać cenne informa­cje, ale czuł, iż uznałaby to za nadużycie zaufania. Bał się, że w końcu nie wytrzyma i ją sprawdzi, więc na wszelki wypadek wyszedł z pokoju i poszwendawszy się po komisariacie, poszedł do domu. Tam też go nosiło, nie mógł się na niczym skupić. Wreszcie za piętnaście szósta wyszedł z domu. To nie był mądry pomysł – przyszedł za wcześnie i musiał czekać przy barze. Przy­pomniał sobie zdjęcie w komórce, więc żeby zabić czas, zaczął mu się przyglądać. Kiedy barman postawił przed nim colę, odłożył na moment telefon i sięgnął po portfel, po czym, uiściwszy żądaną kwotę, znów spojrzał na zdjęcie. W leżącym na barze telefonie Zena wyglądała tak, jakby też leżała, a kąt padania światła roz­mywał jej twarz, nakładając na nią różne cienie. Wtedy coś mu błysnęło w pamięci, ale jeszcze nie był pewien. Nie myśląc już o prawie Zeny do prywatności, wybrał numer kolegi wpisanego w kontakty jako Ender.

Włączyła się poczta głosowa.

– Cześć, Konrad. Zaraz wyślę ci zdjęcie, sprawdź, czy ci kogoś nie przypomina. Oddzwoń.

Wysłał zdjęcie i jednym haustem wypił colę. Miał nadzieję, że się myli.

Potem już nie myślał o zdjęciu i Enderze, bo przyszła Ze­na i całkowicie nim zawładnęła. Później ledwo mógł sobie przypomnieć, co jedli, o czym rozmawiali… Sam nie wie­dział, jak to się stało, że znaleźli się na parkiecie, że tulił ją w ramionach…

– Chodźmy stąd – powiedziała nagle. – Chcę być z tobą sama.

Całowali się, idąc do samochodu, potem w samochodzie, po­tem musiała zjechać na pobocze, żeby znów mogli się całować.

– Co za cholerną sukienkę musiałaś ubrać – marudził. – Jak­bym nie próbował, ciągle access denied. Nie dość, że przylega jak druga skóra, to jeszcze te pieprzone guziczki! Jak ty z tego wychodzisz?

– To jest sukienka na rozbieraną randkę, musisz wykazać się inwencją!

– Rozum mi się zawiesił i mogę myśleć tylko o jednym. Nawet nie wiem, dokąd mnie wieziesz. – Próbował rozeznać się w okoli­cy, lecz w światłach samochodu widział tylko drzewa rosnące po obu stronach drogi.

– Na manowce, czyli do mnie. Minęliśmy Czarne, teraz je­dziemy na Równe.

Pomyślał, że kontakt z tą niepokojącą kobietą musiał mu ode­brać rozum w większym stopniu, niż podejrzewał, skoro w mi­janych widokach nie dostrzegł nic znajomego, nie zauważył, iż jest prawie u siebie. Jeszcze trochę, a gotów nie rozpoznać rodzinnego domu.

– U kogo tam mieszkasz? – spytał, bo Zena na pewno nie była wiślanką. Uznał, że przyjechała z wizytą do kogoś z rodziny.

– U siebie. I nie na Równem, tylko obok. Nazywają to miejsce „Za krzywym skoruszniokiem”, nie pytaj mnie dlaczego.

– Wiem, gdzie to jest. Tam rośnie taka wielka krzywa jarzębi­na, czyli skoruszniok. Nie wiedziałem, że ty to kupiłaś.

– To co z ciebie za policjant?

– Otumaniony tobą.

d10p2ir

Podziel się opinią

Share
d10p2ir
d10p2ir

d10p2ir
d10p2ir
d10p2ir