Trwa ładowanie...
dgii3hh
11-02-2021 16:00

Ślady życia (#2). Smak wiosny

książka
Oceń jako pierwszy:
dgii3hh
Ślady życia (#2). Smak wiosny
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe

Nie możesz zatrzymać żadnego dnia, ale możesz go nie stracić.
Wiosna przynosi Berenice zmiany i coraz bardziej niepokojące odkrycia. Monotonia codzienności przeplata się z nadzwyczajnymi zdarzeniami, których nie sposób pojąć racjonalnym umysłem. Powoli dociera do niej dziwna prawda o ekscentrycznym spadkodawcy. Kiedy w dodatku na horyzoncie pojawia się tajemniczy mężczyzna, który, jak wszystko na to wskazuje, jest przybyszem z przeszłości – Berenika pomału zaczyna mieć dość. Na szczęście wciąż może liczyć na Jakuba.
Końcowe wydarzenia drugiej części wywołają panikę i pozostawią bohaterkę powieści na rozdrożu.
Książka, która ubrana została w szatę typowej powieści obyczajowej, jest czymś bardziej skomplikowanym, literacko bogatym, erudycyjnym i wymagającym od czytelnika pewnego skupienia. Nie ma tu łatwych rozwiązań ani lekkiego podejścia do tematu Autorka wychodzi od schematu, ale natychmiast go odczarowuje, bo ani spadek nie załatwia sprawy, ani Bruno nie jest księciem na białym koniu, ani wioska na Podlasiu nie jest Paryżem, a sielskości w niej jak na lekarstwo.
Iwona Banach, pisarka i tłumaczka, blog „Zastroniec"

Ślady życia (#2). Smak wiosny
Numer ISBN

978-83-66790-14-8

Wymiary

205x145

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

320

Język

polski

Fragment

B

erenika nie cieszyła się z nadejścia wiosny, która zastała ją w pościeli, walczącą z bezsennością i pogrążoną w skomplikowanych rozmyślaniach. Leżała na wznak z nieruchomą twarzą, skierowanymi ku górze oczami, jak na przedstawianych w akcie bogobojnego natchnienia wizerunkach świętych. Nie martwiło jej błoto na podwórzu, przez które trzeba było brnąć już nie w kaloszach, ale woderach. Świat miał w zanadrzu niespodzianki, lecz jej było pusto, zimno i niegodziwie. Niczego nie była ciekawa. Obecne życie traktowała jak formę wygnania, przymus, którego nie potrafiła zaakceptować.

Była sama bardziej niż kiedykolwiek, w wielkim domu pośrodku swoich „posiadłości”. Od czasu do czasu zerkała na marazm za oknem, czarne konary drzew, imponujące sosny i kamienie, które woda wypłukała z roztopów. Nic jej nie cieszyło, nadciągała depresja, kuśtykając, niczym koń ze złamaną nogą. Opuszczona kobieta pośrodku majątku, który nie cieszył. Złamana ostatnimi przeżyciami. Albo litowała się nad sobą, albo dręczyła. Nie dzieliła doby na aktywność i sen, tylko płynnie wpadała z jednego stanu w drugi, bo wszystko jej zobojętniało.

Z wyjątkiem zwierzaków, którymi trzeba się zajmować bez względu na stan umysłu i duchowe rozterki. Pies był samowystarczalny. Wypuszczony do zimnego, mglistego sadu załatwiał swoją potrzebę i wracał. Wierny jak pies. Wpatrzony w nią, bo zabrakło Jakuba, który znów wyjechał. Koty urządziły sobie wypas na werandzie. Spędzały tam dużo czasu, w pobliżu kuwet, ostrożnie stawiając łapki w swoje już wytyczone na brudnym śniegu ślady. Gdy mróz zelżał i stopił wszystko, pomyła starannie kuwety, jakby ta czynność łączyła ją ze światem. Wówczas koty zrezygnowały z kuwet na rzecz krzaków i zarośli. Z dachu to kapało, to znów zamarzało, potęgując stagnację.

Z dziećmi kontaktowała się za pomocą Facebooka, na który wchodziła z laptopa. Odzywała się regularnie, choć nie miała nic do powiedzenia. Ile razy udawała wesołość? Mnóstwo sztucznie i na siłę wykombinowanych pomysłów na dobry humor. Byłoby jej łatwiej bez balastu ich ckliwej troski. Konieczność podniesienia się z posłania, zgięcia kolan, zwyczajnego podrapania się za uchem. W głowie tłukły się przebrzmiałe głosy, zwłaszcza jeden charakterystyczny tembr. Troski kołatały jak hiszpańskie kastaniety z aukcji na rzecz zwierząt, podopiecznych jej przyjaciółki – zwierzolubki Seweryny. W psychice królowały ułożone w stos odłamki natręctw i rozbitych na kawałki złudzeń. Kontynuując samotne dywagacje na temat własnego samopoczucia, wspięła się na wyżyny artystowskiego absurdu. I czuła się jak wróbel, któremu wyrosły skrzydła, tyle że niestety bocianie. Niby ów ptaszek osiągnął pełnię szczęścia, lecz nie potrafił wzlecieć! Miał wspaniałe perspektywy, ale był upośledzony ich nadmiarem! Nie mógł szczęśliwie dolecieć do nieboskłonu, gdyż tkwił w zastoju, za sprawą niedopasowania oczekiwań do możliwości.

Snuła się niczym cień w intensywnie słoneczny dzień. Konturowa, skazana na własną, jątrzącą obecność. Dni mijały w monotonnej odwilży; ochlapane, szare. Beznadziejne. Wszystko już było, poza tym na nic nie czekała i bała się cokolwiek zakładać.

Fikcji nie można ciągnąć w nieskończoność. Córka znała ją na tyle, by zauważyć.

– Taak? – Berenika stłumiła ziewanie, nim się odezwała.

– Mamo, w ogóle nie można się do ciebie dodzwonić. Co się dzieje?!

Rozejrzała się nieprzytomnie, szukając punktu zaczepienia dla wiecznie zmęczonych oczu. Zegar. Drewniana powierzchnia. Brud. Sęki. Bez znaczenia, jak wszystko.

– Nie mam ochoty na rozmowy. To tak trudno pojąć?

Po drugiej stronie zawrzało.

– Fajnie, bo się wszyscy o ciebie martwimy.

– Dasz mi spokój?

Edyta westchnęła. Taktownie odczekała, licząc, że może matka coś doda. Ale niczego więcej nie usłyszała.

– Kiedy będziesz skłonna? Wiem, że ci źle, że jesteś rozbita. Obawiam się, że masz doła.

Też mi odkrycie! Będzie jej tu stawiać diagnozy i leczyć na siłę.

– Nie męcz mnie, proszę…

– Masz klasyczne objawy. Bruno to dupek, nie warto dla niego obrażać się na cały świat i odsuwać od siebie wszystkich, którzy cię naprawdę kochają.

– Ty też jesteś klasyczna, wygłaszasz klasyczne androny.

– Ja? Nie odkładaj słuchawki!

Podziel się opinią

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
dgii3hh
dgii3hh
dgii3hh
dgii3hh