Trwa ładowanie...
d27dtyf

Po drugiej stronie raju

książka
Oceń jako pierwszy:
d27dtyf
Po drugiej stronie raju
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe

Jedna decyzja, która w danym momencie wydaje się właściwa, potrafi zmienić nasze życie nie do poznania, poplątać plany i zniszczyć marzenia.
Ewa i Mateusz są małżeństwem, któremu nieźle się powodzi. Luksusowy apartament w centrum miasta, dwa samochody, dobra praca. Do szczęścia brakuje im właściwie tylko… szczęścia. Kiedy pewnego dnia postanawiają zawalczyć o nieco zetlałe uczucia między nimi, okazuje się, że los trzymał dla nich w zanadrzu coś, czego woleliby nigdy nie doświadczyć.
Beata Zdziarska prowokuje do zadawania sobie trudnych pytań dotyczących wyborów moralnych i definicji człowieczeństwa. Nasycając historię Ewy i Mateusza skrajnymi emocjami, uwrażliwia czytelnika i podejmuje tym samym polemikę z jego sumieniem. Chciałabym, aby wszystkie książki z nurtu powieści społeczno-obyczajowych były takim właśnie głosem – niebanalnym, obnażającym ludzkie słabości, ale i niosącym nadzieję. Nie będziecie mogli się oderwać od tej książki!
Wioleta Sadowska, subiektywnieoksiazkach.pl

Po drugiej stronie raju
Numer ISBN

978-83-66989-10-8

Wymiary

145x205

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

288

Język

polski

Fragment

Ewa

A więc wszystko wróciło. Obrazy zaatakowały mnie na przekór woli. Zupełnie jakbym była bezwolną istotą, która nie ma wpływu na własny stan umysłu. Muszę uporządkować przeszłość. Chciałam to zrobić już dawno temu…

Podobno wszystko ma swój czas. Jest czas radości i śmiechu, czas smutku oraz płaczu, czas budowania, a także czas niszczenia. Teraz nareszcie obudziła się we mnie nadzieja, którą kiedyś bezpowrotnie straciłam.

Mam na imię Ewa. Tak samo jak kobieta, która dawno temu została powołana do wiecznej szczęśliwości, a która swoim nieroztropnym krokiem sprowadziła na ludzkość choroby, cierpienie oraz śmierć. Gdyby nie tamten tragiczny w skutkach postępek, jej potomkowie żyliby jak ptaki w swoich ciepłych, bezpiecznych gniazdach. Jedna decyzja, która w danym momencie wydaje się właściwa, potrafi przeobrazić nasze życie nie do poznania, poplątać nasze plany i marzenia. To, co znane, oswojone, przestaje istnieć. Wydeptana ścieżka ginie w mroku. Zaczynamy poruszać się po omacku i często trafiamy na drogę, która usuwa nam się spod nóg. Nie potrafimy przewidzieć, co się za chwilę stanie, niczego nie jesteśmy już pewni. Wtedy rodzi się lęk.

Jak potoczyłoby się moje życie, gdyby… Nie. Nie chcę snuć domysłów ani tworzyć alternatywnych wersji własnego losu. Pragnę opowiedzieć prawdziwą historię. Swoją historię, bo przecież każdy człowiek to indywidualna opowieść. Można ją czytać tylko w oryginale i jest nie do podrobienia.

Przełknęłam ślinę w zaschniętym gardle, usiłując powstrzymać napierającą falę bólu pomieszanego ze strachem. Zanurzyłam się w przeszłości i wróciłam do wydarzeń sprzed kilku lat. Wydarzeń, które na zawsze odmieniły moje życie. A więc…

Wrzuciłam do tabelki ostatnie dane i ponownie uważnie przejrzałam całość. Uff. Raport, nad którym pracowałam od kilku dni, był gotowy. Kiedy drukarka wyrzuciła z siebie ostatnią, siódmą stronę dokumentu i przeszła w stan uśpienia, odetchnęłam z ulgą. Na dzisiaj koniec, pomyślałam. Nareszcie mogłam przełączyć mózg w tryb offline i poszybować myślami poza przestrzeń biurka oraz komputera. Poskładałam równo kartki, włożyłam je do segregatora, a potem zalałam wrzątkiem torebkę z jeżynową herbatą. Z każdym łykiem aromatycznego napoju czułam, jak ulatuje ze mnie napięcie całego dnia.

Lubiłam swoją pracę, chociaż większość czasu spędzałam na wykonywaniu tych samych czynności i powielaniu schematycznych działań. Codziennie rano wchodziłam do szklanego biurowca, wjeżdżałam windą na czwarte piętro, otwierałam swój gabinet, po czym odpalałam komputer. Odpisywałam na maile, opracowywałam strategie, sporządzałam wykresy i tabelki, pisałam sprawozdania oraz raporty.

Jak większość ludzi, nie wyróżniałam się niczym specjalnym. Nie miałam prawdziwej pasji ani wielkiego talentu, a mimo to rozpierało mnie poczucie dumy, że wciąż tworzyłam coś nowego, zaskakując samą siebie. Wydawało mi się, iż jestem niczym potężny Atlas, podpierający glob ziemski. Tymczasem moja pozycja sprowadzała się do roli małej szpilki na ogromnej korkowej tablicy z dziesiątkami informacji i ogłoszeń. W tej prężnej korporacji, której byłam zaledwie cząsteczką, każdy miał swoje określone miejsce. Ja również.

Gdy dziesięć lat wcześniej odebrałam telefon z wiadomością, że przeszłam sito kwalifikacyjne i otrzymałam pracę w firmie, niemal popłakałam się z radości. Jednak chwilę później przyszedł moment wahania. Czy dam sobie radę w wielkiej korporacji? Przecież spośród setek ekonomistek, które co roku opuszczały mury sopockiej uczelni, nie wyróżniałam się niczym nadzwyczajnym. Wszystkie miałyśmy tytuł magistra, znałyśmy język angielski, potrafiłyśmy obsługiwać urządzenia multimedialne oraz parzyć kawę. Pełna obaw rzuciłam się w wir nowego zajęcia, skutecznie maskując wewnętrzne lęki pozorną pewnością siebie. Od pierwszego dnia pracy stała się ona moją firmową maską, dzięki której bardzo szybko zaskarbiłam sobie względy przełożonych. Zyskałam opinię sumiennej pracownicy, lojalnej i ambitnej, a moje comiesięczne pobory zaczęły przekraczać poziom średniej krajowej.

Wyjęłam z opakowania drugą torebkę herbaty i włożyłam do kubka. Po chwili woda w czajniku zawrzała. Przygotowałam napój i usiadłam przy biurku. Zerknęłam na podkładkę pod mysz i przeczytałam półgłosem napis reklamowy. Strategie komunikacyjne, uśmiechnęłam się w duchu. Strategie komunikacyjne wyzierały z każdego zakamarka mojego gabinetu. Na dużych kolorowych planszach, które wisiały na ścianach, krzyczały pod postacią marketingowych haseł. Były wątpliwą ozdobą firmowych gadżetów: kalendarza z przesuwanymi datami, brulionu z kartkami, kubka, z którego piłam herbatę, długopisów, którymi podpisywałam dokumenty.

Moi rodzice przez długi czas nie mogli uwierzyć, że zarabiałam niewiele mniej niż oni – małżeństwo wziętych gdańskich notariuszy.

– Czym ty się właściwie zajmujesz w tej firmie? – zapytał pewnego dnia ojciec.

Wzruszyłam ramionami.

– Słowem.

Mama ze zdziwienia wybałuszyła oczy.

– Przepraszam, czyżbyś zaczęła pisać książki? – zakpiła, na co ja po prostu się roześmiałam.

– Przecież wiecie, że pracuję w dziale komunikacji. Uczę ludzi poprawnego komunikowania się zarówno w kontaktach personalnych, jak i zawodowych.

Ojciec zamyślił się, spojrzał na mnie poważnie i odparł:

– Dalej nie pojmuję, o co w tym chodzi. Może wyjaśnij nam to wreszcie w sposób jasny i konkretny?

Nie kryłam zaskoczenia, ale i radości. Po raz pierwszy moi rodzice, dla których nie istniało żadne inne miejsce pracy poza kancelarią notarialną, zainteresowali się zajęciem swojej córki.

– Widzicie, przeciętny człowiek uważa, że posługiwanie się słowem jest czymś oczywistym, bo przecież uczymy się tego od dziecka. Najpierw zdobywamy umiejętność mowy, potem pisania. – Z emocji drżał mi głos, ale szybko dałam sobie z tym radę i dość gładko weszłam w rolę szkoleniowca. – Nic bardziej mylnego. Dzisiaj ludzie oddalili się od słowa. Mają problem z wymianą myśli, a często również banalnych informacji.

Zaczerpnęłam powietrza i po chwili mówiłam dalej:

– Aby tak potężna firma jak ta, w której pracuję, sprawnie funkcjonowała, trzeba wyeliminować niedomówienia.

– Niedomówienia? No dobrze… W związku z tym co? – drążył ojciec.

– Chodzi o to, żeby przekaz był prosty, zwięzły i zrozumiały dla wszystkich zatrudnionych. A przede wszystkim musi dotrzeć do każdej komórki w firmie, od parteru aż do szóstego piętra, czyli tam, gdzie znajdują się gabinety dyrektorów. I w tym właśnie moja głowa – powiedziałam nie bez satysfakcji.

Rodzice przytaknęli głowami i nic nie odpowiedzieli. Powinni być ze mnie dumni, tymczasem wydawali się całkowicie obojętni. Zawsze byli oszczędni w słowach, wyważeni oraz powściągliwi aż do przesady. Na próżno oczekiwałam od nich pochwał czy słów zachwytu.

Dopiłam herbatę, wstałam od biurka i rozciągnęłam się jak kot. W sąsiednim szklanym biurowcu niektórzy pracownicy poszli już do domu. Starszy siwy mężczyzna, którego gabinet znajdował się na wprost mojego, tak blisko, że mogliśmy się nawzajem obserwować, wyszedł jak zwykle dziesięć minut przed trzecią. Hanki, koleżanki z przyległego pokoju, też już nie było. Dzisiaj znowu szybciej skończyła pracę. Słyszałam, jak dyskretnie zamyka drzwi, a potem cichaczem przemyka się po korytarzu. Coraz częściej wychodziła przed czasem, myśląc, że nikt o tym nie wie. Z Hanką znałam się od siedmiu lat, pracowałyśmy w jednym dziale, lecz od samego początku nie przepadałyśmy za swoim towarzystwem. Na szczęście nasze miejsca pracy oddzielała od siebie solidna ściana. Zadarłam w górę głowę. Od szklanej tafli odbijały się rażące promienie słońca. Zmrużyłam oczy. Któregoś dnia pokuszę się, żeby policzyć ilość okien w wieżowcu.

Jak zawsze przed wyjściem, zmieniłam buty. Zdjęłam biurowe wygodne pantofelki na niewielkim koturnie i założyłam szpilki na dziesięciocentymetrowych obcasach, podbitych metalowymi blaszkami, które uderzając o chodnik, wydawały z siebie wyjątkowo głośny stukot. Po wyjściu z wieżowca minęłam przychodnię lekarską, Starbucksa i bagietkarnię. Na przystanku autobusowym jak zwykle stały tłumy ludzi. Z daleka ujrzałam karminową maskę mojego citroëna. Po chwili odpaliłam auto i ruszyłam w kierunku śródmieścia, gdzie trzy lata temu kupiliśmy mieszkanie, a właściwie apartament, choć tak naprawdę nie widziałam różnicy między jednym a drugim. Wjechałam do hali garażowej i zaparkowałam obok toyoty Mateusza.

W domu pachniało obiadem. Przypomniałam sobie, że od południa niczego nie jadłam.

– Cześć – rzuciłam do męża, który siedział w skupieniu nad otwartym laptopem. Kot podszedł do mnie i otarł się o moje nogi. Nachyliłam się nad zwierzęciem i pogłaskałam je po grzbiecie.

– Nie słyszałem, jak weszłaś. – Mateusz nie oderwał ani na moment wzroku od komputera. – Co tam u ciebie? – zapytał od niechcenia.

Głośno westchnęłam.

– Od dwunastej nie miałam niczego w ustach. Poza kawą, oczywiście – powiedziałam, biorąc na ręce kota. – Miałam ciężki dzień. Wyjątkowo ciężki dzień.

– Jeśli jesteś głodna, to w garnku są ziemniaki, a na patelni kotlety – odparł, przesuwając palcami po klawiaturze.

Zapadła cisza, przerywana jedynie odgłosem klawiszy i pomrukiwaniem zwierzęcia. Podeszłam do stolika i stanęłam naprzeciwko Mateusza. Wbiłam w niego spojrzenie, zaciskając zęby.

– Nawet nie zapytasz, dlaczego miałam ciężki dzień! – wyrzuciłam z siebie.

– Przecież ty codziennie masz ciężki dzień. – Mateusz wzruszył ramionami i nie odrywając oczu od laptopa, mruknął pod nosem: – No dobrze, powiedz, dlaczego miałaś ciężki dzień?

– Wiesz, ciebie to wcale tak naprawdę nie interesuje. Pytasz, aby mnie zbyć, a nie ze szczerej, autentycznej troski.

Wtuliłam głowę w ciepłe futerko zwierzęcia. Moja matka kiedyś powiedziała, że małżeństwo jest jak ziarno, które pięknie wykiełkuje, o ile o nie zadbamy. Nasze ziarenko od jakiegoś czasu rodziło jedynie zobojętnienie i z każdym rokiem wydawało coraz słabszy plon. Według statystyk po siedmiu latach trzy czwarte związków dopada poważny kryzys.

Mój mąż podniósł wreszcie wzrok.

– Ledwo wróciłaś do domu, a już wszczynasz awanturę. – Zadrżały mu policzki. Przełknął ślinę i dodał: – Zjedz lepiej obiad, dopóki jest ciepły. Kota już nakarmiłem.

– Wcale nie wszczynam awantury! Ostatnio każdą moją uwagę traktujesz jak atak na ciebie!

Mateusz nic nie odpowiedział. Przetarł ręką spocone czoło, przysunął laptopa bliżej krawędzi stołu i przewrócił kartkę dokumentu, która leżała tuż obok komputera. Po chwili stukot klawiszy stał się dla mnie nie do wytrzymania.

Cały wieczór spędziliśmy obok siebie w milczeniu. Mój mąż przełączał pilotem kanały w telewizji, a ja jadłam orzeszki, wpatrując się tępo w ekran. W końcu obejrzeliśmy jakiś film o niezrozumiałej fabule i kabaret, który wcale nas nie śmieszył. Zgasiłam telewizor. Popatrzyłam na drzemiącego w fotelu Mateusza. Miał nienaturalnie czerwone policzki, jakby ktoś oblał je wrzątkiem. Pewnie ze zmęczenia, pomyślałam. Zegar w jadalni za ścianą wybił jedenaście uderzeń. Cichutko wstałam i poszłam do łazienki wziąć prysznic. Przeczytałam parę stron książki, bez których nie mogłam zmrużyć oka, po czym zgasiłam lampkę.

W środku nocy obudziły mnie odgłosy kroków. Nie zapalając światła, Mateusz wślizgnął się pod kołdrę. Położył się na samym skraju łóżka tak, że nie czułam jego obecności ani nie słyszałam oddechu. Nie pocałował mnie przed zaśnięciem. Zresztą od dawna tego nie robił. Od dawna też żyliśmy ze sobą jak brat i siostra, tyle tylko że formalnie wciąż byliśmy mężem oraz żoną. Zwinęłam się w kłębek i w takiej pozycji dotrwałam do porannej pobudki.

d27dtyf

Podziel się opinią

Share

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d27dtyf
d27dtyf
d27dtyf
d27dtyf