Trwa ładowanie...
d1obhqr
d1obhqr

Mniemania

książka
Oceń jako pierwszy:
Mniemania
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Mniemania
Materiały prasowe

Kołobrzeg, lato 2018 roku. Mieszkańcy kamienicy w uzdrowiskowej części miasta tworzą małą, lokalną społeczność. Wojciech, starszy nauczyciel, gości na wakacjach ukochaną wnuczkę, Lidkę. Po sąsiedzku mieszkają Julia i Mateusz – rodzice malutkiego Felka, oraz Beata i Andrzej – małżeństwo przechodzące kryzys. Ich pogrążony w nieszczęśliwej miłości syn Darek jest niespełnionym pisarzem pracującym w muzeum historycznym. U dozorczyni Danuty na przepustce z więzienia przebywa syn Janek.

Sąsiedzi codziennie się mijają, rozmyślają o sobie i oceniają nawzajem. Pozostają jednak uwięzieni we własnych wyobrażeniach. Spotykają się i rozmawiają, ale prawie wszyscy są samotni. Każdy skrywa jakieś tajemnice, czegoś się wstydzi, coś kombinuje, za czymś tęskni.

Czytelnik zagłębia się w myśli, motywy działań, namiętności i lęki bohaterów. Ich barwną różnorodność odzwierciedla język. Niekiedy wulgarny i dosadny, kiedy indziej ociera się o styl naukowy.

Mniemania to powieść o samotności. Utwór błyskotliwy, wstrząsający i na pewno bardzo oryginalny.

Mniemania
Numer ISBN

978-83-66481-75-6

Wymiary

145x205

Oprawa

miękka

Liczba stron

352

Język

polski

Fragment

Ojej, mama, no nie mogłem przyjechać, krzyczał Janek do telefonu. Wstrzymano mi urlop, nie rozumiesz tego? Ile razy mam ci mówić? Dlaczego wstrzymano? No wyszła taka jedna sprawa, ustawa i już. Co ci będę teraz opowiadał! O wszyst­kim musisz wiedzieć?

Danka zachłysnęła się i zaczęła chlipać. Przestań, Janku, nie żartuj sobie z matki. Ja nawet nie wiem, czy ty prawdę mi mówisz, czy znowu kłamiesz, skarżyła się, zaś on wydarł się na całe gardło: Jak nie wiesz, to po co pytasz? Sama spraw­dzisz, jak jest naprawdę. Zawsze najłatwiej mnie oskarżyć. Kłamiesz, Jasiu, bo jesteś kłamcą od urodzenia. I koniec roz­mowy. A nawet nie wiesz, jak było, więc nie możesz mówić, że kłamię. Z jakiej niby racji? Kurwa! Najpierw trzeba znać prawdę, żeby innym zarzucać kłamstwo, mama.

No niby coś w tym jest, przyznała w duchu Górna, coś jest na rzeczy, synku, niemniej poczuła się urażona. Jasiu, jak ty ze mną rozmawiasz, jakim tonem? W ogóle z tobą nie rozma­wiam, mamo. O czym teraz mamy gadać, kiedy wszyscy na­około mnie słuchają? Za tydzień do ciebie przyjadę, obiecali, że mnie puszczą, więc przyjadę i wtedy sobie pogadamy do syta. Jak z kopyta! A na razie siedź cicho, jak jest ci dobrze – i czekaj.

Wcale nie jest mi dobrze, kto ci powiedział, że jest mi do­brze? I czy to aby prawda, że w przyszły poniedziałek na pewno przyjedziesz? Danuta Górna zlękła się nadziei, gdyż znowu ją przecież zawiedzie ta nadzieja, jak zwykle zresztą, a ona tego nie przeżyje; już nie ma siły. Tymczasem Janek rugał ją obcesowo, właściwie po chamsku. Dlaczego przekli­nasz tak paskudnie, synku? Jak znowu przeklinam, mamo? Wszyscy tak teraz mówią. A ty przesadzasz i jeszcze wy­jeżdżasz mi z jakąś pierdoloną prawdą! Ty najpierw musisz sama uwierzyć, że przyjadę, że właśnie tak będzie, żeby na­reszcie się o tym przekonać. Inaczej nie ma. Tylko że ty ni­gdy mi nie wierzyłaś i dlatego jest dzisiaj z nami to, co jest; oboje to widzimy. Dobra, mama, masz jeszcze coś? Bo muszę kończyć.

Jasiu! Zlękła się, iż zaraz ich rozłączą. To ma być wszystko, cała upragniona rozmowa? Tyle tylko dla niej? Ochłap z łaski? Jasiu, Janeczku, wołała z bólem, zaś on jęknął zniecierpliwio­ny: Chryste Panie, co znowu, mama? Coś ważnego? Jak na to odpowiedzieć? Nie, już nic, Janeczku. Coś ci miałam mówić, pytać o coś, ale już nic. Wyleciało mi teraz z głowy, zdenerwo­wałam się. Już dobrze, Janku. Trzymaj się tam.

Próbowała powiedzieć, że go kocha, jednak jakoś nie po­trafiła. Nie przeszły jej przez gardło te słowa. Łatwiej zapy­90

tać, czy czegoś mu nie potrzeba, czy coś przysłać. Na ten tydzień już nie warto, odburknął rozeźlony. No to co ja mam robić? Nic, spokojnie czekać, mama. Tydzień to niedługo, raz dwa zleci. Tak ci się tylko zdaje, powiedziała ponuro, lecz Janek już jej nie słuchał. Do zobaczyska, mama, usłyszała w komórce, trzym się zdrowo. „Trzym się”. No trzymam się, jak umiem, jaki mam wybór? Nic nie odrzekł. Czyli koniec na dzisiaj. Dwie dziurki w nosie i skończyło się. Coś w niej pękło, zawołała do telefonu z rozpaczą: Tylko przyjedź, Jasiu. Pamiętaj, przyjeżdżaj prędko. Nie okłamuj starej matki. Bo co, zadrwił, bo to by było niegodziwe? No tak, przełknęła łzy, takie właśnie by było. Okrutne i niegodziwe. No i chuj z tym, zawołał zuchwale na pożegnanie. Trzym się, mama!

Nigdy nie powie się tego, co się z góry obmyśliło, zwy­czajnie nigdy. Braknie czasu. Tego, co by się chciało, czło­wiek nie powie. Przy konfesjonale też nie. Beata Myga nie miała co do tego wątpliwości. Tego, co by się chciało, mówić nie należy, tak trzeba to ująć, bo nie wolno robić z siebie i ze swojego życia bezpłatnego widowiska[i], zamienić się w żer dla plotek. Pani Górna, kiedy ją zapytać, dlaczego syn nie przyjechał, jak zapowiadała, ledwie coś tam odburknie przez ramię, że teraz nie mógł, niby w pracy go zatrzymali, ale w przyszłym tygodniu to już raczej przyjedzie, szkoda tylko ciasta, które upiekła, bo uschnie na kamień, tak się biedna żali i zamiata schody. Do kogo ta mowa? Od razu widać, że kobieta kłamie. Nie o tym cieście, tak pewnie jest, w to nie wątpię, lecz o synu kłamie mi w żywe oczy i popija herbatą. Czy my nie wiemy, że ten jej Janek siedzi, bo okradł apte­kę? Zresztą nie tylko ją, więcej miał za uszami, z jakąś ban­dyterką się spiknął, gadano o handlu narkotykami, ale tego mu nie udowodniono, więc pozostała tylko apteka. Wszyscy w naszym domu o tym wiedzą, tylko nic się o tym nie mówi, żeby stróżce nie sprawić przykrości, bo co ona, biedaczka, temu winna? Taki człowiek delikatny, kobieta zwłaszcza, na wszystko w zasadzie pozwala, więc mężowie nas oszukują na każdym kroku, oto tego efekt. Miej sumienie, Beata, zlituj się, jeden błąd, jedno zaślepienie ma przekreślić całe nasze wspólne życie, tyle lat razem, skamle mi Andrzej. Łajdackie gadanie! Każdy chce, żeby drugi miał sumienie, honor, żeby był uczciwy i lojalny, ale sam ani myśli być taki, tylko jak mu tam wygodnie. Szkoda gadać, bo i po co? Świata nie zmienię, a mężczyzn to już na pewno. Nie ma o czym marzyć, lepiej się na plaży smażyć, tak mi onegdaj zasunął Kapica, ten są­siad z drugiego piętra, który się ponoć szykuje do obnośnego handlu na plaży, tak jego żona rozpowiada. Mało mu podob­no pracy na kortach tenisowych. Bo tacy są prawdziwi męż­czyźni – każdą okazję chwytają i wykorzystają, żeby zarobić coś ekstra dla rodziny! A Jędrek jak na ich tle wygląda? Jak pół dupy zza krzaka; oto jak!

[i] Czyli gdyby płacili, mogłabym wystawić się na widowisko, pośmiewisko – tak należy to rozumieć? Jak aktorka albo jakaś autorka. Nie, nigdy, jeszcze nie osza­lałam! Tu zwyczajnie działa instynkt samozachowawczy. Ale kiedy niszczy się swoją rodzinę, żeby uratować siebie, ten instynkt nie działa, tak to sobie wyobra­żasz? Jak najbardziej. Walczy się przecież wtedy o siebie, o swoje życie – i inni się nie liczą, muszą zejść na drugi plan. Nawet syn? Nie jest już dzieckiem, to dorosły chłop. Co to zmienia? Nadal jesteś jego matką. Zastanawiałam się nad tym onegdaj, przysiadłszy na kamiennym żółwiu, który stoi pod latarnią morską. Stara kobieta w pomiętej spódnicy na żółwiu – czy to nie śmieszne? Zapewne śmieszne, lecz żółw symbolizuje mądrość i roztropność, nie pędzi byle gdzie, spieszy się powoli, latami gromadzi doświadczenia, a mnie teraz, jak niczego innego, potrzeba rozwagi. Siedziałam na tym żółwiu niczym w łazience na kiblu, WC, z zakręconymi ogonami i zielonymi skrzydłami złożonymi przy tułowiach. Nie one jednak mnie przegnały, tylko dzieci, które przydreptały pod żółwia i spea przyglądały mi się sceptycznie dwa smoki ułożone z kwiatów, ustawione przed szone wybałuszały oczy na babę, która zajmuje ich miejsce. Zlazłam z żółwia za­wstydzona, nawet przeprosiłam; my zawsze ustępujemy dzieciom. Co to znaczy: my? Niby kto konkretnie? No kobiety, matki. Czy tak być, moje panie, powinno? Nie wiem, czy powinno. Po prostu tak jest i kwita. Nie ma co się spierać, tylko ustąpić. Ja też pewnie nie będę miała siły odejść od pochlipującego na każdym kroku Darka, który słowami niby przyznaje mi rację, wspierające mnie teorie układa i rozbudowuje, lecz całym sobą skamle: zostań, mamo, niech tata odej­dzie. Do tej kurwy Magdy Grochowiak, czy jak jej tam, do niej niby ma odejść? Ja mam na to pozwolić i zostać sama do końca życia; przegrać to życie? O to ci chodzi, synku? Taka ta twoja książkowa mądrość? Ja będę z tobą do końca życia, przysięga heroicznie Darek. Ale ja przecież nie mogę od niego wymagać takiej ofiary! To porażka matki, jeżeli dziecko kurczowo trzyma się jej spódnicy, bo nie ma śmiałości pójść i po ludzku żyć.

Fragment rozdziału 10

Podziel się opinią

Share
d1obhqr
d1obhqr
d1obhqr
d1obhqr
d1obhqr