Trwa ładowanie...
d4kjjfc
d4kjjfc

Jesienny bluszcz

książka
Oceń jako pierwszy:
Jesienny bluszcz
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Wydawnictwo
d4kjjfc
Jesienny bluszcz
Materiały prasowe
Jesienny bluszcz

Małżeństwo Kariny, które nieomal rozbił romans Michała, przetrwało kryzys, w dużej mierze za sprawą niespodziewanej ciąży. Wymarzony syn utrzymał przy Karinie męża, przeszła zdrada jednak do tej pory kładzie się cieniem na związku Bluszczów. Karina, niegdyś całkowicie uzależniona od małżonka, usiłuje powoli zmienić swoje życie: podjęła dorywczą pracę, stara się dbać o utrzymanie nici koleżeństwa z Kaśką oraz walczyć ze skłonnościami do zazdrości. Jest jednak zmęczona opieką nad dziećmi, co gorsza swoją wieczną pogoń za perfekcją przelała także na córki, stawiając im wymagania, którym nie zawsze potrafią sprostać.
Kaśka znalazła się na życiowym rozdrożu. Z hukiem zakończyła kolejny związek, czego pośrednim efektem stała się także utrata pracy i dachu nad głową. Nie jest pewna, co chce dalej zrobić ze swoim życiem – na pewno jednak nie pragnie wpasowywać się w oczekiwania, jakie rodziny i świat mają wobec dwudziestosiedmioletniej kobiety. Jakby nie wystarczyło jej własnych kłopotów, kontaktuje się z nią Wiolka, dawna współlokatorka, która pobita przez narzeczonego uciekła z mieszkania tak, jak stała i nie ma gdzie się podziać.
Anna ściąga te trzy różne kobiety do Bluszczowego Dworu, niegdyś domu pełnego życia, teraz świecącego pustkami. Przyjeżdżają tam w ucieczce przed problemami, przytłaczającą je rzeczywistością oraz by dotrzymać towarzystwa Markowi, który po śmierci żony i wyjeździe dzieci rzucił się w wir pracy, płacąc za to pogorszeniem stanu zdrowia. Karina musi znaleźć sposób, by naprawić kontakt z córkami i zdecydować ostatecznie o przyszłości swojego małżeństwa. Wioleta - na nowo odbudować własną tożsamość i pewność siebie, zniszczone w toksycznym związku oraz pokonać obawę, zarówno przed tym, że nie poradzi sobie samodzielnie, jak i przed tym, że inni to ją będą obwiniać za zaistniałą sytuację. Kaśka zaś podjąć decyzję, co do tego, czego naprawdę chce – i co czuje do niewidomego, przybranego brata Anny, Emila.

Jesienny bluszcz
Numer ISBN

978-83-7674-718-7

Wymiary

130x200

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

336

Język

polski

Fragment

I

Szarość jesieni w szarej Warszawie

– …i wtedy chlusnęłam mu kawą prosto w twarz.

Kaśka rozsiadła się wygodniej na kremowej kanapie, wartej zapewne tyle, ile (do niedawna) zarabiała w ciągu miesiąca. Wszystkie meble w salonie Kariny Bluszcz były luksusowe, eleganckie, dopasowane kolorystycznie do ścian i podłogi. Sam salon zawsze pozostawał utrzyma­ny w nienagannym porządku i w dowolnej chwili można by zorganizować w nim pokazową sesję zdjęciową do magazynów o wystroju wnętrz. Ilekroć Kaśka tu przy­chodziła, miała ochotę coś zniszczyć albo przynajmniej nabałaganić. Mieszkanie, myślała, nie powinno wyglądać jak od linijki. Zwłaszcza mieszkanie rodziny, w skład której wchodziła trójka dzieci.

– Zaczekaj. Czy ja dobrze rozumiem? Wpadłaś na firmowe spotkanie, wrzasnęłaś do swojego faceta, że jest wrednym draniem, i chlusnęłaś mu kawą w twarz? – Karina siedziała w fotelu, idealnie wyprostowana.

Wydawała się równie nieskazitelna jak ten salon: jasne włosy upięte w misterny kok, delikatny makijaż na pięk­nej twarzy, domowa sukienka, która niejednej, gorzej sy­tuowanej kobiecie mogłaby służyć za wyjściową kreację. Kaśka czasem imaginowała sobie, jak Karina wyglądała­by, gdyby utknęła na miesiąc na bezludnej wyspie. A ra­czej próbowała to sobie imaginować: wyobraźnia jednak nieodmiennie podsuwała wizerunek koleżanki przy­odzianej w kreację z liści, którą można by prezentować na wybiegach w Mediolanie, wciąż starannie uczesanej i umalowanej. Pewnie znalazłaby jakiś sposób, żeby na bazie lokalnych roślin samodzielnie wyprodukować ko­smetyki i odżywki do włosów.

– W twoich ustach brzmi to, jakbym zrobiła coś nie­właściwego… – mruknęła Kaśka. Zmieniła pozycję, kładąc się na kanapie i przerzucając nogę przez oparcie. Karina zacisnęła na moment usta, jakby powstrzymując się od złośliwego komentarza. Pewnie zresztą faktycznie się przed nim powstrzymywała.

Kaśka, ubrana w pstrokatą, wymiętą sukienkę i raj­stopy we wzorki, z włosami zaczesanymi w dwa kucyki, z kilkunastoma kolorowymi bransoletkami pobrzękują­cymi na nadgarstkach, nie pasowała ani do tej kanapy, ani do salonu. Ojciec wciąż jej powtarzał, że powinna przestać ubierać się – i przede wszystkim zachowywać – jak nastolatka. Może dlatego Katarzyna w dwudzie­stym siódmym roku życia nie była ani o krok bliżej do

ustatkowania się i zachowywania jak odpowiedzialny do­rosły niż w wieku lat siedemnastu.

– Na spotkaniu byli wszyscy ważniejsi pracownicy firmy. Firmy, w której pracujesz, dodajmy. Wszyscy wi­dzieli, co zrobiłaś.

– Aha.

– Twój szef też to widział.

– Ehem…

– Ehem?

– Bo widzisz, czegoś ci nie powiedziałam – westchnę­ła Kaśka, przysłaniając twarz przedramieniem. – Zdra­dziecki Tomeczek to mój szef. To znaczy były szef. Tak­że wiele nie widział, bo kawa prysnęła mu w oko.

Nie musiała widzieć twarzy Kariny, żeby wiedzieć, jaką miała minę. Gdy była zdumiona, mrugała i otwie­rała lekko usta. Później następowała chwila ciszy. Kaśka sądziła, że w tym momencie Wewnętrzna, Prawdziwa Karina chce coś powiedzieć, ale Zewnętrzna, Perfekcyj­na Karina ją powstrzymuje i słowa ostatecznie nie pada­ją. Ostatnimi czasy Prawdziwa Karina niekiedy wygrywa­ła walkę, zdarzało się to jednak wciąż dość sporadycznie.

– Wylałaś kawę na swojego szefa – powiedziała w końcu Karina.

– Który był moim facetem – uzupełniła Kaśka. – Ale jak się okazało, był też facetem Mariolki i kij wie kogo jeszcze. Nie zdziwiłabym się, gdyby umawiał się też ze sprzątaczką i z panem Stasiem z portierni.

– Ale nie tej Mariolki, od której wynajmowałaś mieszkanie?

– Tej, tej. Dlatego teraz nie mam ani faceta, ani robo­ty, ani mieszkania – skwitowała Kaśka dość beztroskim tonem jak na kogoś, kto właśnie stracił partnera, pra­cę i dach nad głową. – Mam się wyprowadzić do końca przyszłego tygodnia. Chciała wyrzucić mnie od razu, ale podsunęłam jej pod nos umowę. Dwutygodniowy okres wypowiedzenia i basta, nie dam sobie w kaszę dmuchać, za miesiąc płaciłam z góry i znając ją, już te pieniądze wydała. Nie wiem, o co się tak wścieka, przecież może tego Tomeczka sobie teraz wziąć. Ja go już nie chcę, choćby w pakiecie oferowali mi milion złotych i wakacje na Karaibach.

Karina osunęła się lekko na fotelu. Porzucenie wypro­stowanej postawy, godnej księżnej, zdarzało się jej rzadko, najwyraźniej więc rewelacje Kaśki mocno nią wstrząsnęły.

– Coś takiego mogło przydarzyć się tylko tobie – zawyrokowała. – Czy ty choć trochę się tym wszyst­kim przejmujesz?

– A pewnie! – prychnęła Kaśka, unosząc się na łok­ciach do pozycji półleżącej. – Pożyczyłam temu dranio­wi pierwszy tom „Wiedźmina” i teraz już go pewnie nie odzyskam. Mogłam, kurde, najpierw książkę odebrać, a potem chlustać mu kawą w twarz!

– Nie wrzeszcz tak. Na litość boską, Kasia, co ty teraz planujesz zrobić?

Głowa Kaśki znów opadła na zagłówek.

– W tym problem, że nie mam zielonego pojęcia.

*

Warszawa tego wieczora wydawała się Kaśce szczególnie szara, brzydka i nieprzyjemna. Siąpił deszcz, w załomach chodników i obniżeniach jezdni tworzyły się kałuże. Przy przejściu dla pieszych ochlapał ją wodą nieostrożny kie­rowca; buty i rajstopy jej przemokły, a zimny wiatr pod­wiewał płaszczyk i sukienkę, przenikając aż do szpiku kości. Ledwo wyszła na podwórko, nagły podmuch wy­wrócił parasol na drugą stronę, łamiąc przy okazji dwa druty. Gdy więc Kaśka zmierzała z przystanku w stronę bloku (w którym mieszkała i z którego miała się wynieść w ciągu dwóch tygodni), pomimo pozornej beztroski i pogody, jakie zaprezentowała Karinie, bardzo chciała się rozpłakać.

Miała dwadzieścia siedem lat, kompletnie nieprzy­datny dyplom magistra stosunków międzynarodowych i jakieś dwanaście tysięcy oszczędności. Nie miała za to pracy, narzeczonego in spe, mieszkania ani żadnego planu na życie. Nigdy zresztą nie lubiła planować: wolała pły­nąć z prądem i działać pod wpływem impulsów. Ojciec nazywał to nieodpowiedzialnością, ona – wolnością.

Prawdopodobnie oboje mieli trochę racji. W tej chwili Kaśka była jednak skłonna przyznać, że to ona się my­liła, i to w całej rozciągłości. To pod wpływem impulsu na wieść o tym, że koleżanka z pracy szuka lokatorów do kawalerki po ciotce, postanowiła tę właśnie kawalerkę

wynająć. Kompletnie zapominając, że obiecywała sobie nie łączyć za mocno życia zawodowego z prywatnym. Drugi raz zapomniała o tym niedługo potem, gdy zgo­dziła się umówić z własnym szefem. Na swoje uspra­wiedliwienie miała tylko tyle, że spotkali się czystym przypadkiem w Gdańsku. Wspólna wizyta w kawiarni wydawała się wtedy całkiem naturalna, i tak, to też był impuls. Do niedawna sądziła, że fakt, że oboje mieli urlop w tym samym okresie i trafili do tego samego pen­sjonatu w Trójmieście, był cudownym zrządzeniem losu. Palcem opatrzności.

Teraz uważała, że Ktoś Tam Na Górze bardzo jej nienawidzi.

Wreszcie pod wpływem impulsu, po tym, jak Ma­riolka wyznała, że sypia z Tomaszem (nieświadoma, że Kaśka od trzech miesięcy się z nim spotyka), Kaśka zła­pała kubek z kawą i pognała prosto na spotkanie pra­cowników wyższego szczebla. Zdecydowana teraz, już, natychmiast ukarać wredną gnidę za wszystkie kłamstwa i zawiedzione nadzieje. Zawsze była narwana i nigdy nie myślała nad konsekwencjami. W tym wypadku konse­kwencją było ośmieszenie się przed kolegami z pracy, awantura z Mariolką i utrata dobrze płatnej posady.

Nie była to sytuacja taka znowu nowa. W ciągu ostat­nich paru lat zdążyła stracić pracę dwukrotnie i dwa razy ją rzucić, przez jej życie przewinęło się też kilku mężczyzn. Trzykrotnie zmieniła mieszkanie – wiedziała,

że na własny kąt byłoby ją stać może za jakąś dekadę, wyłącznie na kredyt, ale i na razie nie marzyła o posiada­niu na własność żadnego lokum, które uwiązałoby ją na dobre w jednym miejscu. Nie znosiła stagnacji i rutyny. Szalała, wykonując w pracy te same, nudne obowiązki, irytowała się, gdy każdego dnia musiała oglądać te same twarze. Powtarzała więc sobie, że może dobrze się stało. Kolejna zmiana, a ona nigdy nie bała się zmian. Wszyst­ko jakoś się ułoży. Jak zawsze.

Tyle że to była pierwsza praca, którą Kaśka faktycznie lubiła, i pierwszy związek, o którym zaczynała myśleć poważnie. Może chodziło o to, że Tomasz był inny od jej dotychczasowych chłopaków – stonowany i odpo­wiedzialny – a może to ona się zmieniła i dojrzała do związania się na stałe? Nic jednak z tego nie wyszło.

Pochłonięta niewesołymi przemyśleniami wpadła na klatkę i zatrzasnęła za sobą drzwi, odcinając się od deszczu i wiatru. W innych okolicznościach powrót do mieszkania przyjęłaby z ulgą: zrobiłaby gorącą herbatę, zagrzebała się pod kocem i odpaliła na laptopie jakiś głupi serial. Dziś pozostawała boleśnie świadoma, że niewielką, ale przyjemnie urządzoną kawalerkę przyjdzie jej niedługo porzucić. Zamiast włączać serial, powinna przeglądać ogłoszenia o wynajmie i oferty pracy. Na samą myśl o oglądaniu pokojów wycenionych na do­bry tysiąc złotych miesięcznie, z nieszczelnymi oknami i molami w szafach, Kaśkę zaczynało mdlić. Czekało ją też dreptanie po kolejnych biurach i odpowiadanie na

niewygodne pytanie, dlaczego porzuciła poprzednią pra­cę. „Wie pani, umawiałam się z moim szefem, a potem odkryłam, że umawiał się też z moją koleżanką. Po tym, jak chlusnęłam mu kawą w twarz, nie było już dla mnie miejsca w firmie”. W dodatku Tomek miał szerokie zna­jomości, co skreślało ją na starcie w kilku miejscowych korporacjach. Może faktycznie powinna była załatwić to inaczej? Kazać mu się odpieprzyć, po cichu, bez świad­ków, niczego nie mówić Mariolce? Ba! Praktycznie na pewno powinna była załatwić to inaczej, ale ją poniosło.

Winda znów nie działała. Kaśka zaklęła, kopnęła drzwi, czując, że narastające przygnębienie zamienia się w złość. Miała wrażenie, że dziś wszystko sprzysięgło się przeciwko niej, włącznie z pogodą i rzeczami mar­twymi. Musiała się więc złościć, jeżeli nie chciała płakać. Niesiona na skrzydłach gniewu wbiegła na szóste piętro, przywołując oczyma wyobraźni widok twarzy Tomka w momencie, w którym chlusnęła na niego kawą – i po­wtarzając sobie, że ta mina była warta wszystkiego. Podły drań pewnie nie sądził, że pracownica spróbuje zrobić mu awanturę. Ile wcześniej było w firmie takich Kasiek i Mariolek? Na tę myśl wściekła się jeszcze bardziej, tro­chę na Zdradzieckiego Tomaszka, trochę na siebie. Wpa­dła do mieszkania, od progu zrzucając z rozmachem buty – jeden przeleciał przez całe pomieszczenie, by uderzyć w ścianę i zostawić na białej powierzchni ciemny ślad.

– Głupia, głupia, głupia – wymamrotała, zatrzaskując za sobą drzwi. Osunęła się na podłogę, wciąż w płaszczu

i szaliku. Szczyciła się, że posiada doskonały zmysł ob­serwacyjny, a pozostała ślepa w tak ważnej sprawie. Wie­działa przecież, że Mariolka wodzi za Tomaszem wzro­kiem, ale brała to za jednostronne zauroczenie. Zdarzało mu się nagle odwoływać spotkania albo nie odbierać te­lefonów wieczorem, gdy na pewno był już w domu. Kil­ka razy widziała, jak przysiadał na biurku Marioli i roz­mawiali przyciszonymi głosami.

– Brawo, detektyw Kasiu, gdybyś prowadziła biuro detektywistyczne zajmujące się przyłapywaniem zdra­dzających małżonków, na pewno byś splajtowała – wy­mruczała do siebie. Ściągnęła szalik i rzuciła go niedba­le na podłogę, rozpięła płaszcz. Z kieszeni wygrzebała telefon komórkowy – wyłączyła go parę godzin temu, na wypadek gdyby Zdradziecki Tomeczek chciał z nią rozmawiać. Wprawdzie obrzucenie drania inwektywa­mi mogłoby poprawić jej humor, ale była u Kariny, a za ścianą bawiły się córki Bluszczów. Pewnych słów nie na­leżało wykrzykiwać, kiedy w sąsiednim pomieszczeniu siedziały dzieci. Zwłaszcza dzieci Perfekcyjnej Kariny Bluszcz. Teraz jednak czuła przemożną chęć zadzwo­nienia do Anny, tkwiącej obecnie gdzieś w dalekim Kra­kowie. Kaśka wielokrotnie w ciągu ostatniego roku ża­łowała, że przyjaciółka się wyprowadziła, ale nigdy tak bardzo jak teraz. Gdyby Anna Motylska tu była, miałaby do kogo pójść i gdzie się podziać. To jej, nie Karinie, opowiedziałaby jako pierwszej o całej drace. Ba, gdyby

Anna tu była, może posłużyłaby za głos rozsądku i Kaś­ka w ogóle nie wpakowałaby się w tę awanturę.

Wyświetlacz powiadomił o dziewięciu nieodebra­nych połączeniach, pięciu od Tomasza, dwóch od mat­ki i dwóch od Wiolki. Próbę kontaktu ze strony dwóch pierwszych osób przyjęła z grymasem niechęci, zaś od tej ostatniej – uniesieniem brwi. Dawna współlokatorka jej i Anny rozluźniła kontakty ze studencką ekipą ponad rok wcześniej, by w końcu przed kilkoma miesiącami ze­rwać go całkowicie. Dorosłe życie wyciągało macki po nich wszystkich, rozbijając zgraną niegdyś paczkę. Pra­ca, nowe związki, przeprowadzki, niszczyły więzy, które dawniej jawiły się jako nierozerwalne. Rozum to wie­dział, serce się buntowało i Kasia nigdy nie przebaczyła do końca Wiolce, że ta zupełnie znikła z jej życia. Jeże­li ktoś chciał, mógł napisać, zadzwonić, wysłać sygnał dymny, choćby raz w miesiącu. W XXI wieku istniały SMS-y, Skype, maile – łatwe, szybkie, wygodne, dostęp­ne. Jeśli więc ktoś nie potrafił znaleźć tych paru minut raz na jakiś czas i ignorował wszelkie próby kontaktu – to znaczy, że mu nie zależy i nigdy nie zależało.

– No, no, królewno, lepiej, żebyś nie wkurwiła mnie bardziej – wymamrotała Kaśka, najpierw ustawiając au­tomatyczne przekierowanie na pocztę głosową dla po­łączeń od Tomasza, a potem wybierając z listy numer Wiolki. Jeszcze nie zdecydowała, czy na nią nakrzyczy, żeby później wybaczyć, będzie nieprzyjemna i złośliwa i szybko zakończy rozmowę, czy też zachowa się tak,

jakby ostatni raz rozmawiały parę dni temu. Takie rzeczy u Kasi zwykle wychodziły w praniu.

– A co cię tak nagle naszło na telefony do starych znajomych? – rzuciła wesołym tonem, gdy Wiolka, po siódmym sygnale, wreszcie odebrała, właśnie gdy Kaś­ka już miała się poddać. – Halo? Jesteś tam, królewno? Mowę ci odebrało na dźwięk mego wspaniałego głosu? Ej, nie wkurzaj mnie nawet, skoro wydzwaniasz, to mo­głabyś chociaż się odezwać!

Cisza. A potem do uszu Kaśki dobiegł dźwięk łkania. Złość momentalnie odeszła.

– Wiola? – spytała niepewnie. – Wiola, odezwij się, proszę.

– Przepraszam – wykrztusiła Wiolka, najwyraźniej usi­łując opanować płacz. – Nie miałam do kogo zadzwonić.

Wioleta zawsze była beksą. Potrafiła rozryczeć się z powodu oblanego kolokwium, złamanego paznokcia albo zgubionej apaszki. Samo płakanie do słuchawki nie stanowiło żadnej nowości, mimo to Kaśka poczuła się zaniepokojona. Choćby dlatego, że ciężko jej było uwie­rzyć w to, że po prawie roku milczenia Wiolka dzwoniła­by wypłakać się z powodu złamanego obcasa. Takie oso­by istniały, lecz Wiola akurat nigdy nie była bezczelna.

– Co jest, młoda? No gadaj, ale już – zażądała sta­nowczym tonem. W przypadku mało asertywnej Wiolety zwykle to działało.

– Ja… On… Ktoś mnie… pobił – wydukała Wioleta, sprawiając, że Kaśka poderwała się na równe nogi.

– Kto?! – wrzasnęła, jakby podniesienie głosu mogło spra­wić, że szybciej uzyska odpowiedź. – Dzwoniłaś na policję?!

Jedyną reakcją było łkanie. Katarzyna, coraz bardziej wściekła, po trochu na tajemniczego ktosia, po trochu na Wiolę, zgarnęła z podłogi płaszcz, by pośpiesznie narzucić go na grzbiet. Chwilowo nawet zapomniała o własnym nieszczęściu, zbyt skupiona na wyciągnięciu z koleżanki jakichś sensownych informacji.

– Kto cię pobił? – powtórzyła, już trochę ciszej, usiłu­jąc jedną ręką włożyć buty, niestety, wciąż przemoknięte. Wiolka po drugiej stronie słuchawki wybełkotała tylko coś niezrozumiałego. Niepokój i złość powoli przera­dzały się w szczerą obawę, czy przypadkiem dziewczyna właśnie nie umierała sobie gdzieś od doznanych obra­żeń. – Gdzie jesteś? Halo? Gdzie jesteś?!

Błagam, powiedz, że u lekarza, poprosiła w myślach, chociaż nie miała większej nadziei na to, że padnie wła­śnie taka odpowiedź.

– Na ławce – wymamrotała Wioleta, pociągając no­sem. – Przed naszym starym mieszkaniem – uzupełniła na szczęście, zanim Kasia wyszła z siebie i stanęła obok, ze złości na tak nieprecyzyjne informacje.

– Zaraz tam będę – rzuciła Kaśka. Przez telefon nie miała szans na uzyskanie żadnych sensownych wia­domości. Przerwała połączenie, pośpiesznie zgarnęła torebkę i chwilę później biegła w deszczu przez szare ulice Warszawy.

d4kjjfc

Podziel się opinią

Share
d4kjjfc

d4kjjfc
d4kjjfc
d4kjjfc