Trwa ładowanie...
d354410
d354410

Czołgista. Z 11 Dywizją Pancerną od bitwy w Ardenach po dzień zwycięstwa

książka
Oceń jako pierwszy:
Czołgista. Z 11 Dywizją Pancerną od bitwy w Ardenach po dzień zwycięstwa
Tytuł oryginalny

Tank Driver: With the 11th Armored from the Battle of the Bulge to VE Day

Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Czołgista. Z 11 Dywizją Pancerną od bitwy w Ardenach po dzień zwycięstwa
Materiały prasowe

Kiedy 18 maja 1943 roku J. Ted Hartman wstępował do armii amerykańskiej, z pewnością nie przypuszczał, że półtora roku później będzie kierował czołgiem w czasie jednej z największych bitew II wojny światowej.

J. Ted Hartman został wysłany na toczącą się daleko za morzem wojnę jako nastolatek. Miał kierować czołgiem M4 Sherman 11 Dywizji Pancernej, walcząc ze zdesperowanymi Niemcami podczas ofensywy w Ardenach.

W swych wspomnieniach przedstawia poruszający obraz tamtych zdarzeń. Opisuje zmienne koleje bitw aż y po ostateczne przełamanie niemieckiej kontrofensywy przez wojska alianckie.

Opowiada też o codziennych zmaganiach, o wyzwalanych obozach koncentracyjnych i o triumfach odnoszonych nad Niemcami. Wspomina dramatyczne okoliczności spotkania z żołnierzami sowieckimi na terenie Austrii – moment, który oznaczał dla niego koniec wojny.

To historia bojowej inicjacji młodego człowieka rzuconego w wir walki. Bazując na własnych listach słanych do domu, Hartman relacjonuje przebieg wydarzeń na gorąco. Szkicuje obraz wojennej rzeczywistości bez zmian, które w pamięci zwykle rodzi czas. Przekazuje żywe i bardzo osobiste spojrzenie na dramat wojny oglądanej spod pancerza – z unikatowej perspektywy amerykańskiego czołgisty.

J. Ted Hartman urodził się 13 czerwca 1925 roku w Luizjanie. Mając dziesięć lat, przeprowadził się wraz z rodziną do Iowa. Po ukończeniu szkoły średniej w 1943 roku trafił do wojska, gdzie jako mechanik czołgu Sherman walczył w 11 Dywizji Pancernej pod rozkazami gen. Pattona.

Po zakończeniu wojny wszedł w skład sił okupacyjnych w Niemczech, a następnie

we Francji. Służbę w armii zakończył w 1946 roku.

Po powrocie do USA kontynuował rozpoczęte we Francji studia. W 1952 roku otrzymał

tytuł lekarza medycyny. Praktykował w wielu miastach. W latach 80. przeniósł się do Teksasu. Od roku 1981 przez dziewięć lat zajmował także stanowisko dyrektora ogólnokrajowej Amerykańskiej Rady Chirurgów Ortopedycznych.

J. Ted Hartman zmarł 2 lutego 2018 roku.

Czołgista. Z 11 Dywizją Pancerną od bitwy w Ardenach po dzień zwycięstwa
Numer ISBN

978-83-7674-617-3

Wymiary

145x205

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

320

Język

polski

Fragment

Na froncie załoga czołgu nie tylko przez cały dzień toczyła walki, ale musiała też czuwać w nocy. Zazdrościliśmy lotnikom, którzy pod koniec dnia wracali do bazy i mieli święty spokój. O zmierzchu Niemcy przypuścili kontratak, który jednak odparliśmy bez trudu. Rozdzieliwszy między siebie dwugodzinne warty, zagrzebaliśmy się w śpiworach i „poszliśmy spać”, siedząc na swoich stanowiskach w czołgu. Pełniący wartę stał w otwartym włazie dowódcy. W nocy szkopska artyleria dała nam popalić, ale zdołaliśmy utrzymać pozycję.

Nazajutrz, 31 grudnia, znów rozgorzała zacięta bitwa, podczas której dochodziło nawet do walki wręcz. Nasza piechota, przy wsparciu czołgów, dwukrotnie zajęła wieś Chenogne i dwa razy musiała się z niej wycofać. Drugiego dnia działań bojowych pierwszy raz zobaczyłem poległego żołnierza amerykańskiego. Leżał w pobliżu naszego czołgu, zamarznięty. Patrzyłem na niego zdjęty grozą. Jak ludzie mogą zabijać się z zimną krwią? Jak mogą patrzeć na coś takiego? Oczywiście pytania te przychodziły mi do głowy, ale z czasem człowiek stał się nieczuły na straszne widoki. Pięć miesięcy później przez cały ranek siedzieliśmy przy ognisku, a kilka metrów dalej leżały dwa szkopskie trupy. Dziwne, prawda?

W noc sylwestrową 1944 roku zajmowaliśmy wzniesienie z widokiem na Chenogne. Co wieczór ciężarówki przywoziły nam benzynę w dwudziestolitrowych bańkach. Nawet w dniu, w którym przebywaliśmy tylko 10 kilometrów, silnik chodził przez dwanaście godzin, musieliśmy więc stale uzupełniać paliwo. Wymagało to około 150 litrów benzyny dziennie. Zbiorniki znajdowały się z tyłu czołgu, a benzynę nalewało się, stojąc na tylnej części kadłuba, nad silnikiem. Czynność ta należała do kierowcy i jego pomocnika. Kiedy staliśmy na kadłubie i nalewaliśmy paliwo do zbiorników, nasze sylwetki były wyraźnie widoczne na jasnym tle nieba. Szkopy dowiedziały się skądś, kiedy przyjeżdżają do nas ciężarówki, a co za tym idzie, kiedy będziemy napełniać zbiorniki. Zmasowanymi fajerwerkami artyleryjskimi zgotowali nam głośne powitanie Nowego Roku. Wszędzie wokoło wybuchały pociski. Jakimś cudem nikt z nas nie został ranny, ale strachu najedliśmy się co niemiara!

W Nowy Rok 1945 grupa bojowa złożona z piechoty i czołgów, wspierana przez artylerię i lotnictwo, przebiła się do bardzo zniszczonego Chenogne i lasu na północ od wsi. W czasie walk o Chenogne legło w gruzach dwadzieścia dziewięć z trzydziestu jeden domów oraz kościół. Zdołaliśmy utrzymać wieś i okoliczny las i posunąć się 15 kilometrów w kierunku następnego celu, Mande-Saint-Étienne. W nocy z 1 na 2 stycznia nasze pozycje znajdowały się na skraju lasu, około pięciu kilometrów od Mande.

Tej nocy znów utrzymaliśmy swoje zdobycze terenowe. Nazajutrz rano, 2 stycznia, było spokojnie i mogliśmy trochę odpocząć. Zapominając o wcześniejszych przestrogach, kilku z nas wyszło z czołgów i rozmawiało o tym i owym. Nagle w miejscu, w którym staliśmy, spadło kilka małych pocisków. A więc widzieli nas i wstrzeliwali się. Słysząc przenikliwy dźwięk nadlatujących pocisków, dałem nura do przedziału kierowcy. W samą porę – rakieta kalibru 240 mm zawadziła o bok naszego czołgu i eksplodowała.

W wybuchu zginęło dwóch żołnierzy. Przez peryskop widziałem, jak silny podmuch unosi w górę, w pozycji stojącej, jednego z ludzi, z którymi właśnie rozmawiałem, i rzuca go o ziemię. Upadł na plecy, bez życia, jak szmaciana lalka. Był to przerażający widok. W Camp Cooke mogłem nie cierpieć naszych czołgów, ale od tej pory nie raz i nie dwa dziękowałem losowi za tę starą „metalową trumnę”.

Nieco później Brygada B wszystkimi siłami przypuściła atak na Mande-Saint-Étienne. Po potężnym przygotowaniu artyleryjskim ruszyliśmy do natarcia przez polanę w gęstym lesie. Polana była szeroka na początku i na podobieństwo lejka zwężała się w kierunku Mande. Pierwszy czołg wjechał w zasypane śniegiem grzęzawisko – tą drogą czołgi nie mogły przejechać. Zwiadowcy szybko znaleźli dogodniejsze przejście po obu stronach i natarcie zostało wznowione.

Niemcy ustawili działa przeciwpancerne w kształt podkowy na skraju Mande i wycelowali je w polanę. Pierwszych kilka czołgów zostało trafi onych i unieszkodliwionych. Przez prawie godzinę trwała zacięta bitwa pancerna, lecz nasze

czołgi posuwały się naprzód. W czasie tej bitwy wiele domów w Mande stanęło w płomieniach. Kiedy Niemcy zrozumieli, że mamy nad nimi ogromną przewagę w ludziach i sprzęcie, stopniowo wycofali się z Mande-Saint-Étienne, w którym

szalało piekło. Mimo że domy płonęły i zawalały się, sporo żołnierzy niemieckich zostało, aby strzelać zza węgła i opóźniać nasze natarcie. O zmroku amerykańskie czołgi i piechota weszły do Mande, wypierając resztki nieprzyjaciela. Zburzona wieś, rozświetlona łuną pożarów, wyglądała upiornie.

Podczas bitwy o Mande-Saint-Étienne pełniący obowiązki dowódcy kompanii porucznik Williamson został ranny w głowę odłamkiem. Ewakuowano go do batalionowego punktu medycznego, a potem do Anglii na dalsze leczenie.

Strata drugiego dowódcy była jeszcze dotkliwsza, bo większość z nas uważała, że następny w hierarchii oficer nie nadaje się na dowódcę kompanii toczącej bitwę.

Fragment rozdziału Wchodzimy do walki

Podziel się opinią

Share
d354410
d354410
d354410
d354410
d354410