Trwa ładowanie...
d1pcawv

Wszystkie moje zmartwychwstania

książka
d1pcawv
Oceń jako pierwszy:
Wszystkie moje zmartwychwstania
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Wszystkie moje zmartwychwstania
Materiały prasowe

Powieść o miłości, o bardzo trudnych relacjach między matką, córką i ojcem. O narkomanii, gdzieś w tle; cichej i mało widocznej bez przesytu makabrycznych scen. Książka o poszukiwaniu siebie, odkrywaniu własnej kobiecości, z przynależnymi jej atrybutami: macierzyństwem, marzeniami i spełnieniem.

Po samotnym dzieciństwie i nieudanym małżeństwie Magda ponownie wychodzi za mąż. Drugi mąż, jej były szef, zapewnia jej wszystko. Małżeństwo stanowi dla obojga spokojną przystań; bez zbytniej namiętności.

Kiedy pojawia się dziecko, bohaterka nieświadomie, a zarazem trochę pod dyktando męża wycofuje się z życia. Żyje z dnia na dzień. Czasami pojawia się tęsknota do wielkiej miłości, szaleństwa, ale Magda łatwo radzi sobie z emocjami. Gdzieś w podświadomości tkwi w niej piekło, przeżyte za sprawą pierwszego męża i smutek dzieciństwa.

Któregoś dnia okazuje się, że córka jest narkomanką…

To lektura niezwykle refleksyjna, wielopłaszczyznowa i pełna głębokich uczuć. Z wielką wnikliwością opowiada o piekle uzależnienia od narkotyków, odsłania pęknięte relacje rodzicielskie i małżeńskie oraz zmusza do spojrzenia w głąb siebie, zweryfikowania swoich pragnień i lepszego poznania własnego „Ja”. Dzięki tej książce zrozumiałam, że wbrew wszelkim przeciwnościom, niekiedy wbrew nam samym − warto żyć z całych sił, a nie tylko oddychać, warto działać, a nie tylko marzyć… Polecam z całego serca!

Krystyna Meszka

d1pcawv
Wszystkie moje zmartwychwstania
Numer ISBN

978-83-7674-592-3

Wymiary

130x200

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

336

Język

polski

Fragment

Właściwie w domu od dawna było kiepsko. Troje ludzi we własnych kątach, zadowoleni, że każde z nich jest na tyle niezależne, by nie pozwolić dać sobie zmącić domo­wego spokoju.

Mnie dość szybko znużyła rola mamusi, chociaż kie­dyś wydawało mi się, że niczego bardziej w życiu nie pragnę jak owego domowego ogniska. Pierwsze sześć, może osiem lat było okej. Ciąża w końcu udana, poród taki bez komplikacji. Jak bajka. Tak się stało po tym, jak odeszłam od Adama, po tych krótkich ciążach, które nie dość, że zakończone krwotokami, szpitalem, anemią, to jeszcze okupione wszystkimi dolegliwościami, jakie tyl­ko może wywoływać. A jeszcze te oczy Adama, pełne pogardy, wyrzutu, że nawet dziecka nie potrafię urodzić. I któregoś razu skądś, nie wiem skąd, znalazłam w sobie siłę i go zostawiłam, a następnego któregoś razu zjawił się znowu z jakiegoś „skądś” twój ojciec, a zaraz potem ty. Byłam cholernie zdumiona tym, że akurat ty dostałaś się na ten świat. Nie tamte moje i Adamowe, ale ty. Moja i twojego ojca. I urodziłaś się po prostu, chociaż też nie bez jakichkolwiek komplikacji. Któregoś razu nie dosta­łam okresu, a potem długo zwracałam po jakiejś sałatce rybnej, której mi się dziwnie zachciało, i pasta miętowa stała się nie do zniesienia. Czy to było jakieś szaleństwo? Takie wyczytane z banalnych książek o miłości albo wyoglądane z melodramatów? Chyba nie. Dla mnie to było naturalne. Ot, taka konsekwencja współżycia ko­biety i mężczyzny. Twój ojciec wewnętrznie też pewnie miał tę męską potrzebę spełnienia, sprawdzenia swoich zdolności prokreacyjnych. Było więc normalnie. Po­

prawnie. Miłość rodzicielska? Ależ oczywiście! Przecież nie jestem skałą lodową! Wtapiałam się dość szczelnie w formę dobrej matki. I noce nieprzespane, i zachwyt nad pierwszym ząbkiem, kroczkiem, słowem. Ba! Trzy lata trzymałam cię przy piersi. Ojciec twój pękał z dumy, nazywał nas „swoimi kobietami”. Chyba nikt na świecie nie ma piękniejszych zdjęć w albumie rodzinnym. Ty na rękach u ojca, ty na rękach u mnie, my przytuleni, my na plaży, my na połoninach, my w lesie. I bajki ci czytałam. Nie żadne makabreski o złych macochach i strasznych wiedźmach, ale mądre i w sam raz dla małej dziewczyn­ki. Były w nich różowe elfy i pastelowe koniki, i piękne księżniczki, do których się upodobniałaś za sprawą mo­ich kosmetyków.

Ale ty rosłaś. Rosłaś niepostrzeżenie. Centymetr po centymetrze. Wyrastałaś z wieczornych bajek. Z dnia na dzień budując swój świat. Któregoś razu nie było cię rano w naszym łóżku. Tak zaczęło się twoje dorastanie. Bez dramatycznych gestów godziłam się z twoim odcho­dzeniem, poniekąd z ulgą przyjmując ten fakt, bo z cza­sem drażniły mnie pomięte przez ciebie krawędzie ma­minej spódnicy. Ja – pedantyczna perfekcjonistka, nie bardzo umiałam przywyknąć do pojawiających się plam na ubraniach, zrzuconych doniczek, pokreślonych ścian. Zresztą właśnie wtedy postanowiłam odejść z firmy SA i przyjęłam propozycję twojego ojca. Męczyła mnie świadomość wiecznej mobilności, dyspozycyjności, jak to od pewnego czasu zaczęto ładnie nazywać. Chociaż właśnie wtedy moje akcje stały wysoko. Miałam szansę na wielką karierę.


– Czy ty uważasz, że ona wygląda normalnie? – Twój ojciec mówił o tobie, jakby ciebie nie było, jednocześnie pochylał się nad tobą, obwąchiwał cię, zachodził z jednej i drugiej strony. Wyglądał śmiesznie, choć zapewne za nic nie chciałby tak wyglądać.

Patrzę na ciebie, wyrwana z łóżka, wyrwana z inne­go świata. Wlokę się, przecierając oczy. To była godzina, kiedy zapadałam się w siebie. To był mój czas. Próbuję wyszukać w tobie owe „niezwyczajne rzeczy”, ale jakoś nie wydajesz mi się inna, może trochę bardziej zmęczo­na twarz. Na wszelki wypadek powtarzam za ojcem: – Chuchnij mi! – nawet nie licząc na to, że mój niezbyt wysublimowany węch pozwoli mi wykryć cokolwiek. I faktycznie, oprócz papierosów schowanych głęboko w trzewiach za zapachem gum do żucia nie wyczuwam niczego, co nadaje się na awanturę.

– Słuchaj – mówię do twojego ojca, by go uspokoić. – Ona nic nie piła, jest w porządku – dodaję znudzona i rozdrażniona tym teatrem.

Stoimy więc nadal troje w korytarzu. On jeszcze nie wypuścił swojej monstrualnej torby biznesowej. Niespo­kojne dłonie dzierżą pęk kluczy, obok nogi postawiona foliówka z wieczornymi zakupami. Ty oparta o ścianę pa­trzysz na nas. Twoje niebieskie oczy są jakby nieobecne. Palcami stukasz we framugę drzwi. Na szyi masz zawie­szone słuchawki, z których cicho sączy się jakaś psycho­deliczna muzyka.

– Nie róbmy scen! Jest późno. – Chcę skończyć ten dziwny spektakl. Odzywasz się:

– To mogę już iść? Jest późno. – I dopiero to powielenie moich słów zabrzmiało mi nienaturalnie i obco, a twojego ojca jeszcze bardziej utwierdziło w podejrzeniu. Podniósł prawą rękę i wyciągając palec jak do pogróżki, wskazywał na ciebie.

– I co? Ty mówisz, że wszystko jest dobrze? Napraw­dę nie widzisz? Przecież ona ledwie stoi na nogach!

Stoi naprzeciw ciebie jakby zamierzał odkleić cię od tej ściany i postawić na środku przedpokoju, by spraw­dzić stan nieważkości albo raczej ważkości. Przyglądam ci się z rosnącą ciekawością i wywołanym niepokojem, który nakazuje mi włączyć czujniki. Tak, rzeczywiście, oparte o ścianę twoje plecy zdradzają jakieś rozedrganie. Tylko ja nie wiem, o co chodzi. Te znudzone oczy w isto­cie są zaczerwienione, ale jakieś takie smutne, nijakie. Jakieś takie rozmyte i mało bystre. Nie patrzysz na nas, ale gdzieś. Jakby spojrzenie przechodziło przez nasze ciała, które stały się dla ciebie transparentne, nie zatrzy­mywało się nawet przez chwilę, tylko szło ku nieznanej przestrzeni. Mrugasz kilkakrotnie, zacierasz wargi, bo to pozwoliło ci wyprodukować trochę śliny. Pytasz, staran­nie selekcjonując wyrazy:

– To mogę już iść? – Głoski z trudem układają się w słowa, szeleszczą, zlewają się. Bulgoczą coraz bardziej niewyraźnie.

Wsłuchuję się w to, co bełkoczesz. Nie! No teraz wy­budziłam się na dobre. Zacisnęłam pasek szlafroka, bo nagle chłód zaczął szczypać mnie po ciele. W lustrze od­

bijała się twoja sylwetka jak zwiędnięty kwiat. Zwiotcza­ła. Już wiadome się stało, że wyrwana z łóżka, wyjęta ze świata nowej fascynującej książki, muszę się zachować, określić, odnaleźć się w sytuacji. Twój ojciec spoglądał raz na mnie, raz na ciebie, jakby każda z nas wymaga­ła natychmiastowego uwiarygodnienia. Ruszyłam krok w twoją stronę.

– Nigdzie nie idziesz! Stój tu! – nakazałam. Ty przele­ciałaś po mnie nieobecnym, beznamiętnym wzrokiem. – Je-zu! Ty jes-teś na-bra-na! Jak dżinks! – mówię, skan­dując, i nagle dociera do mnie, że skoro nie piłaś nic, bo nie czuć, to musiałaś coś wziąć. Wziąć?! Bzdura! Tak się mówi o narkotykach! Dlaczego powiedziałam, że jesteś nabrana? Przecież ja nie znam takich słów. Chyba usły­szałam je w jakimś filmie obejrzanym przelotem. Ktoś. Coś. Czort wie, skąd mi to teraz przyszło do głowy. Nie interesował mnie problem ćpunów, pijaków, dziwek. Miałam dość swojego trudnego dzieciństwa i nie tylko. Ale ty jesteś właśnie nabrana. Twój ojciec nadal patrzy raz na ciebie, raz na mnie. I po cholerę trzyma jeszcze tę ciężką torbę? Biorę mu ją z ręki, targam do sypial­ni, stawiam między szafę a okno. Zyskuję kilka sekund na ponowne zmierzenie się z twoimi oczami. Sto­isz jakoś tak niedbale, jakby ci się w ogóle nie chciało stać.

– I dlaczego ona nic nie mówi? No, zrób coś! – naka­zuje mi twój ojciec.

– Co mam zrobić? Co ja mam zrobić? – Podnoszę głos.

– Co masz nam do powiedzenia?

– Dlaczego nic nie mówisz?

– Gdzie byłaś? Z kim? – pada kolejna seria pytań.

Widzę, jak nasze pytania, spojrzenia, moje zdumienie spływają po tobie, zsuwają się. Ty strząsasz nas z palców dłoni. Dosłownie. Wykonujesz takie ruchy, jak ja, kie­dy chcę się pozbyć męczących mrówek. Potem strzelasz palcami. Słychać nieprzyjemny chrzęst kości. Patrzymy na siebie wzajem. W każdym z nas tkwi kolejne pytanie, którego jednak nikt nie werbalizuje. Twoje jest oczywi­ste: kiedy przestaniemy pieprzyć i kiedy możesz iść do siebie? Ojciec pyta, co mam zamiar z tym zrobić, a ja – czy to co jest, rzeczywiście mi się przytrafia. Wszyscy wyczuwamy owo kuriozum. Coś, co nam się zdarzyło. N a m. Pozbawieni ruchu, głosu. Tkwimy. Plecak z trza­skiem zsuwa się z twojego ramienia, metalowa sprzącz­ka uderza o ramę lustra. Usiłujesz się schylić, ale plecak spada, demaskując kategorycznie twój brak stabilności. Zataczasz się. Głowa, pochylająca się ku podłodze, nie może wrócić na swoją trzeźwą pozycję. Waciane ręce chcą odgarnąć z oczu pukle włosów, tych pięknych, krnąbrnych loków, nad którymi od zawsze wszyscy roz­pływali się w zachwytach i westchnieniach. Wciągam głęboko powietrze. Wypuszczam z sykiem. Potrzebuję jeszcze czasu, jakieś kilka minut, bo nie wiem, co zro­bić, co powiedzieć. Twój ojciec sapie, właściwie to tak jakoś pufa. Jak jego ojciec. Teraz przypomniał mi się mój teść, chociaż tak naprawdę słabo go znałam. Jest późno. Powinnam spać. Szlag trafia moją wszelką higieniczność. Już wiem, że sen, który sobie reżyseruję, tej nocy też sta­nie się niemożliwy do spełnienia. Już wiem, że zawiro­

wania małżeńskie Namy i Udiego przenoszą się na kiedy indziej. Czytanie stanowi od kilku lat odpowiedź na mo­notonię, codzienność, nudę…

Patrzę na ciebie. To otępienie nadaje ci pewnej bez­płciowości, wyglądasz niczym piękny, renesansowy androgen. Sytuacja, w jakiej tkwisz, w jakiej zdajesz się uwięziona, nad którą tracisz panowanie, czyni z ciebie niemal wzniosły przykład nudy. I nagle mija mi odrę­twienie. Krzyczę, wydzieram się, nie bacząc na porę, na języki sąsiadów, na nic:

– Jak możesz nam to robić? Co ty jeszcze wymyślisz? Co wzięłaś? – Uświadamiam sobie, że nie mam mgliste­go pojęcia o tym, co mogłaś wziąć, moja wiedza ograni­cza się do jakichś fragmentarycznych informacji.

– Nie stój jak słup, do cholery! Nie zamierzam tu kwitnąć do rana! Marta! Marta! – krzyczę coraz głośniej, zdając sobie jednocześnie sprawę z absurdalności sytu­acji. Mam ochotę strzelić cię w twarz. Twój ojciec kręci się nerwowo w miejscu. Nie wiem, co mam wykrzyki­wać. Na tobie nie robi to żadnego wrażenia.

– Nie krzycz, przecież słyszę – mamroczesz. Wię­cej nie możesz wymówić, bo słowa plączą się, nie chcą opuszczać twoich ust, nie są w pełni wybrzmiałe. Moja nieporadność każe mi szukać ratunku u twojego ojca. On patrzy na nas obie i w jego spojrzeniu jest zdumienie. Wzrusza ramionami. Góra. Dół. Góra. Dół. Jak mario­netka. Między nami błąka się pytanie: co dalej?

– Trzeba ją zabrać do szpitala! – To jedyne rozsądne, co udaje mi się wymyślić. Podrywam się z miejsca. Chwytam pasek szlafroka, by rozsupłać zakutany na szybko węzeł.

Ojciec patrzy to na ciebie, to znów na mnie. Ty go znasz i wiesz, że jego kategoryczność kończy się po oswojeniu sytuacji.

– To jedziemy – mówi, ale nie wykonuje żadnego ruchu. Od drzwi dzieli was zaledwie metr. Patrzysz na niego.

– Przestańcie! Nic się nie stało – dobywa się z ciebie ledwie rozpoznawalny bełkot. Odrywasz się od ściany, ale kołyszesz się niebezpiecznie.

– Nie! No ty jesteś niemożliwa! Ledwie się trzymasz, bełkoczesz i nic się nie stało? – krzyczę. Teraz wyraźnie widzę twoją nienaturalność, niezborność ruchów, z tru­dem przytrzymywane powieki.

– Bierz ją do szpitala – zwracam się do twojego ojca i zaraz do ciebie: – Co brałaś!? Na litość boską! Dziew­czyno, przecież i tak zaraz pojedziesz do szpitala i będzie wiadomo. Oszczędź nam tego! Mów! Wszyscy nas tu znają. Mów! Co brałaś? Boże! Jaki wstyd! No co!? Pytam jeszcze raz!

W twoich oczach coraz większe zobojętnienie. Żadne­go strachu, zażenowania, tylko zmęczenie, zblazowanie. Oczami uciekasz w stronę telewizora, dziwny przebłysk zainteresowania wiadomościami o jakiejś katastrofie. Za moment skupiasz się na idiotycznej plamce na rękawie. Miętosisz kurtkę, próbujesz wykruszyć plamę, ślinisz, trzesz z taką zaciętością, jakby od efektu tej czynności zależała twoja wielka przyszłość.

Podziel się opinią

Share
d1pcawv
d1pcawv
d1pcawv
d1pcawv
d1pcawv