Trwa ładowanie...
d3hpkp5
d3hpkp5

Tak naprawdę mam na imię Hanna

książka
Oceń jako pierwszy:
Tak naprawdę mam na imię Hanna
Tytuł oryginalny

My Real Name Is Hanna

Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Tak naprawdę mam na imię Hanna
Materiały prasowe

Inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, wielokrotnie nagradzana powieść, która porusza równie mocno, jak Chłopiec w pasiastej piżamie i Złodziejka książek.
Hanna Śliwka jest u progu czternastych urodzin, kiedy niemiecka armia przekracza granicę okupowanej przez Sowietów Ukrainy. Za nią wkracza Gestapo, mające jasno określony cel – „uwolnić od Żydów” sztetl, w którym mieszka dziewczyna.
Przed nastaniem niemieckiej okupacji Hanna wraz z młodszym rodzeństwem spędzała czas na zgłębianiu sekretów rodzinnej wsi Kwasowa, podziwianiu rysunków przystojnego Leona Stadnicka i pomocy sąsiadom w farbowaniu ozdobnych pisanek. Teraz jednak, razem z Leonem i rodziną, muszą uciekać ze sztetla. Znajdują schronienie w mrocznych jaskiniach pod falującymi łąkami, gdzie podobno zamieszkują złe duchy.
Podczas gdy na powierzchni z rąk nazistów giną ludzie, oni walczą pod ziemią z chorobami i głodem. Kiedy ojciec Hanny nagle znika, to właśnie na nią spada zadanie jego odnalezienia i odpowiedzialność za utrzymanie rodziny i przyjaciół przy życiu.
Tak naprawdę mam na imię Hanna to subtelna powieść, w której wojna widziana jest oczyma dziecka. Skierowana zarówno dla starszego, jak i młodszego czytelnika, sławi podtrzymywanie rodzinnych więzi, piękno pomocnej dłoni i nieustępliwość ludzkiego ducha nawet w najtrudniejszych czasach.

Tak naprawdę mam na imię Hanna
Numer ISBN

978-83-66481-80-0

Wymiary

130x200

Oprawa

twarda

Liczba stron

288

Język

polski

Fragment

Sztetl

Maj 1941 — Październik 1942

Dni naszej młodości upływały spokojnie i przyjemnie; to znaczy, z reguły tak było, gdyż żyliśmy dosyć daleko od toczącej się wojny. Mimo to co jakiś czas zgraje łupieżców na tyle się zbliżały, że nocami zdarzało nam się widzieć czerwone łuny na niebie, wznoszące się nad podpaloną zagrodą czy wioską. Wówczas spodziewaliśmy się, a raczej przeczuwaliśmy, że pewnego dnia nadejdzie nasza kolej.

— Przepisane przez Hannę Śliwkę z Księgi pierwszej, W Domremy: Rozdział V[1]

Leeba i ja splatamy się rękami, tulimy się do siebie, dodając sobie odwagi przed długim spacerem ze szkoły do domu. Idą za nami.

To już trzeci dzień z rzędu, jak rzucają w nas kamieniami.

— Żydówki! Żydówki! Żydówki! — skandują bez końca.

Głowy trzymamy opuszczone i staramy się nie reagować, gdy kamienie kłują naszą skórę, a świat — straszliwy świat dla Żydów — kłuje nasze serca. Ale dzisiaj, kiedy próbujemy wyminąć trzech chłopaków, słyszymy też przekleństwa, po rosyjsku i po ukraińsku. Odwracamy się i widzimy naszego brata, Symona. Trzyma w rękach procę i strzela do nich, głównie kamieniami. W ciągu kilku sekund każdego z nich trafia przynajmniej jeden raz.

Chłopacy uciekają.

Symon mówi, że poszedł za nami w tajemnicy po tym, jak wczoraj Leeba wróciła do domu z płaczem, a mnie nakrył, jak stałam przed zagrodą dla owiec i wściekle kopałam w deski drewnianego ogrodzenia, powtarzając pod nosem, co chciałabym zrobić trzem chłopakom.

Symon często się przechwala. Lubi też wsuwać kciuki pod szelki i przechadzać się po gospodarstwie z nadętą miną. Ale Leeba i ja się tym nie przejmujemy. Wiemy, że pod postacią pyszałka kryje się chłopak o dobrym sercu. Wiemy, że zawsze stanie w naszej obronie.

Y

Na samym początku moje życie bardzo małego dziecka w Kwasowej jest dobre i proste. Uwielbiamy święta w naszym małym sztetlu oraz codzienne rytuały, zadania i chwile modlitwy. Życie nas wszystkich jest ustabilizowane, jednak nie jest doskonałe.

Ale czy ludzkie życie może być doskonałe?

W Kwasowej jesteśmy częścią małomiasteczkowej społeczności żydowskiej, złożonej z ludzi, którzy przyjechali tutaj z Rosji, Polski i Ukrainy. Granice państw zmieniają się. Zmieniają się rządy. Byliśmy już obywatelami Ukrainy, potem Austrii i wreszcie Polski. A we wrześniu 1939 roku, tydzień po Rosz ha-Szana, do naszego miasta wkroczyła Armia Czerwona. Żołnierze śpiewali piosenki ludowe i mówili po ukraińsku… a my nagle zostaliśmy rosyjskimi Ukraińcami, zmuszonymi przysięgać posłuszeństwo towarzyszowi Józefowi Stalinowi!

Flaga rosyjska, krwistoczerwona z młotem, sierpem i gwiazdą, musi teraz zastępować biało-czerwoną, polską. Część sklepikarzy — ci zbyt skąpi, aby płacić za ową flagę — poodrywało białą górę z flag polskich i powywieszało na drzewcach tylko jej czerwoną, dolną część. Te marne wąskie flagi zwisają teraz żałośnie w całym miasteczku, które nagle stało się bardzo ponurym miejscem.

Mama i Tato mocno się starają, aby pomóc nam zrozumieć nowe prawo, nawet w tej części, w której dąży ono do wymazania naszego żydowskiego dziedzictwa. Starają się, abyśmy wciąż byli dumni z tego, kim jesteśmy, nawet wtedy, gdy słyszymy pod naszym adresem głośne obelgi.

Kiedy Żydzi po raz pierwszy przybyli tu z zagranicy, uciekając przed rosyjską wojną głodową, mieszkańcy Kwasowej się z nimi zaprzyjaźnili. W końcu nasi przodkowie, Aszkenazyjczycy, żyli na tych ziemiach już od prawie tysiąca lat. No i w tej małej, samotnej dolinie Żydzi na setki lat zamieszkali po sąsiedzku z wieśniakami i mieszczuchami, nawet przy tych samych ulicach. Nie ma tutaj odrębnego di Yidishe gas, wydzielonej dzielnicy żydowskiej, jakie zdarzają się w wielu miastach. Dzielimy z Ukraińcami nawet ratusz, urządzamy w nim żydowskie tańce i przyjęcia.

Jednak mała grupa Polaków i Rosjan wciąż wyzywa nas od żydków, drwiąc z nas i nas unikając, podobnie jak rumuńskich Cyganów, którzy mieszkają w rozproszeniu po obu stronach granicy. A ich chłopcy obrzucają nas wyzwiskami. Cieszymy się jednak, że Rosjanie zajęli naszą część kraju, Galicję. Słyszymy, że powstrzymują niemieckiego Führera, Adolfa Hitlera, przed najazdem na nasze miasteczko. I Rosjanie pozwalają naszym dzieciom chodzić do szkoły za darmo. Polskie dzieci, obecnie pod władzą Niemców, po drugiej stronie nowej granicy, muszą kończyć naukę na czwartej klasie, ponieważ Hitler uważa, że Polaków należy nauczyć jedynie dodawania, odejmowania i posłuszeństwa. O nas nikt tak nie mówi.

Zaczęłam zauważać, że niektórzy kwasowianie znikają z naszej doliny (na przykład polski dyrektor szkoły, polski ksiądz katolicki), ale Mama i Tato zawsze mają racjonalne wytłumaczenie absencji tych ludzi.

Jednak, chociaż życie wydaje się całkiem znośne, ciągle spoglądamy za siebie w obawie, że w każdej chwili coś może nas uderzyć.

Y

Wiosna jest moją ulubioną porą roku na niżej położonych stepach. Świat znów staje się zielony. Jest to taka nowa, jakby dziecięca zieleń, która lśni na tle czarnoziemu, bardzo czarnej ziemi, oranej pod uprawy. Dolina jest mozaiką bruzd, biegnących w różnych kierunkach, gotowych na przyjęcie nasion siewnych — pszenicy, słoneczników, buraków cukrowych, jęczmienia, żyta, prosa, gryki, ryżu, kukurydzy, kapusty — oraz sadzonek ziemniaków. Wiatry w Kwasowej wieją łagodnie. Rzeki płyną wysoko i leniwie w kierunku południowym, na spotkanie z Morzem Czarnym. Chłopi przygotowują się do wyprowadzenia bydła i owiec na zielone łąki i na zewnętrzne pasy pól.

Za polami, na których smagana wiatrem zielona pszenica kołysze się niczym fale wodne, wznoszą się w górę tereny leśne. Za nimi można z kolei dostrzec nieostre kontury błękitnych gór, do których nigdy nie dotrę. Góry posyłają w naszym kierunku gorące wiatry latem i zimne wiatry zimą.

Wiosną pomagam w dostarczaniu do domów kwasowian pisanek, czyli malowanych jaj, które przygotowuje moja sąsiadka, pani Petrovich. Na drogę układam je bezpiecznie w koszyku z witek wierzbowych i otulam je suchą trawą z łąk. Skorupki jajek są kruche, kiedy ze środka usunie się ich zawartość. Pani Petrovich z moją pomocą koloruje te wydmuszki dla swoich chrześcijańskich klientów. Stanowią niezbędny element obrzędów wielkanocnych.

Po drodze do ich odbiorców mijam ogrody rozkwitające fioletowymi liliami, zwisającymi ciężko ze swych łodyg i brzęczącymi gromadami zapracowanych pszczół. Lilie rosną także wzdłuż dróg, na zboczach rowów odpływowych. Przez całą drogę z rozkoszą wdycham powietrze. Białe bociany z czarnymi podbrzuszami budują gniazda na dachach domów, gromadzą gałęzie i trawę na szczytach ceglanych kominów.

Drzewa owocowe w naszym przydomowym ogrodzie rozkwitają białymi płatkami, cienkimi jak pergamin, a jasnoniebieskie i różowe dzikie niezapominajki rosną dosłownie wszędzie. Pierwiosnki i żółte kaczeńce oraz białe kwiaty koniczyny unoszą się znad bruzd przecinających pola uprawne. Wśród zielonej trawy małymi jaskrawymi główkami kołyszą czerwone makówki.

Wiosną budzą nas dzwony rosyjskiego Kościoła Ortodoksyjnego. Ich dźwięki, nietłumione już przez śniegi i zimno, unoszą się w przyjemnym nowym powietrzu jak ziemia długa i szeroka. Pióropusze dymu z pociągów ciągnących wagony bydlęce unoszą się prosto ku bezchmurnemu niebu. (Wtedy nie wiem jeszcze, że część wagonów bydlęcych zajmują polscy więźniowie, transportowani do gułagów na Syberii, a to dlatego, że pociągi nie zatrzymują się w Kwasowej.)

Widzę te dymy, kiedy stoję na wzniesieniu za naszym domem, które jest najwyżej położonym punktem w mieście.

Y

Wiosna jest także czasem dorocznej Parady Pasterzy. Ale ostatnia parada odbywa się w naszym sztetlu w 1941 roku. Tato musiał długo przekonywać Rosjan, żeby na nią pozwolili.

Tato jest mądrym człowiekiem, a Mama lubi to powtarzać, kiedy Tato uczyni coś, co sprawia, że jest z niego dumna. Ciągnie go za kręconą czarną brodę i nazywa go mądrą głową. Tato stara się pozostawać w przyjaznych relacjach z komisarzem Egorovem, który dowodzi małą grupą funkcjonariuszy NKWD, stacjonujących teraz w Ratuszu Miejskim. NKWD to policja rosyjska, która tropi zbuntowanych partyzantów ukrywających się w lesie oraz polskich nacjonalistów sprawiających Rosjanom kłopoty.

Tato ma dwie prace. Jest pasterzem. Kupił owce razem z ziemią, na której teraz mieszkamy, i postanowił je zachować. Symon kocha owce, masuje je po brzuchach, i uwielbia psa pasterskiego, Ovida, który ich pilnuje.

Drugą pracą Taty jest naprawianie wszystkiego, co się zepsuje. Naprawia stare, pogruchotane ciężarówki rosyjskiej armii; nikt inny tego nie potrafi. Rosjanie słuchają go, ponieważ go potrzebują. Tato przekonuje ich, że nasza doroczna parada nie jest obrzędem religijnym — takich stanowczo zakazali — ale świętem całej społeczności, organizowanym ku chwale towarzysza Stalina.

To działa.

Tato każe Leebie uszyć długi czerwony transparent z sukna, które przywozi z Rosji żona komisarza. Ponieważ na sukno musimy czekać, paradę organizujemy w czerwcu, a nie w maju, jak każe tradycja.

Y

Kiedy wreszcie nadchodzi dzień parady, jesteśmy podekscytowani. Tato wstaje wcześnie, aby udekorować swoją furmankę. Pomagam Mamie w przygotowaniu śniadania z cienkich naleśników. Rzadko już używamy do naleśników cukru i bitej śmietany. Jest to już tylko wspomnieniem z czasów sprzed wejścia Rosjan. Armia Czerwona, która wkroczyła do naszego miasta pod postacią obdartych i głodnych żołnierzy, śmierdzących alkoholem i głośno śpiewających dla dodania sobie animuszu, wyjadła większość naszych zapasów żywności i wypiła większość naszych alkoholi. Pozostawiła dla nas niewiele, a sklepikarze wciąż mają problemy z uzupełnianiem towarów na półkach.

Mama pilnuje, żeby Symon jadł więcej od innych.

— On wciąż rośnie — mówi, a moja siostra i ja drażnimy go, kopiąc go pod stołem po kostkach.

Symon nie pozostaje nam dłużny.

— Kiedy będę mógł wsiąść na paradzie do furmanki? — pyta.

Parada to oficjalny przemarsz pasterzy owiec i hodowców bydła. Aby wziąć w niej udział, trzeba osiągnąć odpowiedni wiek.

— To się okaże, na razie masz tylko dziesięć lat, mój chłopaku. Musisz jeszcze przez kilka lat chodzić do szkoły podstawowej i dopiero później puścimy cię samego na łąkę. Nie bądź w gorącej wodzie kąpany. — Mama wymachuje przed nim widelcem z nabitym kawałkiem naleśnika. — Na razie szkoła jest dla ciebie lepsza. Na łące nic nie rozwinie twoich horyzontów. Tam jest tylko wiatr, trawa i śmierdzące owce.

Tato sprzedawał owczą wełnę bezpośrednio miejscowym kapelusznikom i czasami sprzedawał też owce miejscowemu żydowskiemu rzeźnikowi. Nazywaliśmy go Osipem Rzeźnikiem. Jak już napisałam, Tato jest również lokalną złotą rączką. W swoim warsztacie w oborze naprawia wszystko, co się rusza, albo wszystko, co zatrzymało się i powinno ruszyć ponownie — takie przedmioty, jak zegarki, koła do furmanek, maselnice, broń palną i pułapki na zwierzęta. Nie mamy w domu broni, Tato jest temu przeciwny, jednak ludzie, którzy polują, potrzebują sprawnej broni palnej, żeby zdobywać żywność. Zatem Tato uważany jest w mieście za ważnego człowieka, w szczególności teraz, kiedy może swobodnie rozmawiać z komisarzem. Jest właścicielem porządnego domu z cegły, stojącego przy drodze, która prowadzi do łąk pastewnych. Przy tej drodze stoi tylko jedna chata kryta strzechą, naprzeciwko naszego domu. Należy do pani Petrovich, mojej przyjaciółki i pracodawczyni. Pani Petrovich sprzedała całą swoją ziemię Tacie, kiedy razem z Mamą przeprowadzili się do Kwasowej.

— Chcę przebywać ze śmierdzącymi owcami — mruczy Symon pod nosem.

Spacer do centrum miasta to tylko niecałe dwa kilometry. Rodziny zbierają się na rynku miejskim, ktoś gra buben i jakieś tańce kwasowskie. Dzisiaj wszyscy tańczą razem, zamiast kryć się w oddzielnych salach, świętując nowe życie. Wreszcie ktoś pociąga za sznur dzwonu kościelnego i parada rozpoczyna się dźwiękami mniejszych dzwonków, przymocowanych do końskich grzyw, uprzęży i do drewnianych powozów. Procesja podąża drogą wybrukowaną kamiennymi kocimi łbami, brzęcząc, dzwoniąc i podskakując, jakby konie znały przynajmniej z widzenia wszystkich mieszkańców, którzy je obserwują. Na powozach znajdują się najdorodniejsze owce oraz nieliczni pasterze, którzy nie zostali wygnani z miasta przez Armię Czerwoną. Krzyczą i machają do wszystkich znajomych. Koła powozów są naoliwione i oczyszczone z rdzy, żeby w czasie parady nie skrzypiały, i pięknie lśnią w jaskrawym słońcu.

Transparent Leeby trzymają z obu stron dwie śliczne dziewczynki w haftowanych rosyjskich sukienkach. Maszerują na czele parady z poważnymi minami, takimi samymi, jakie widujemy u żołnierzy rosyjskich na ich filmach propagandowych w te wieczory, kiedy jesteśmy zmuszani do ich oglądania w Ratuszu.

Mama z dumą poklepuje Leebę po głowie. Brązowe włosy dziewczynki, związane w dwa kucyki, lśnią. Jej policzki zawsze są różowiutkie. A ja zazwyczaj wiążę włosy w bezładny kok. Teraz unoszę rękę i przyklepuję go, gdyż wiatr daje się mocno we znaki.

Niektórzy chłopcy w tłumie krzyczą i przeklinają. Na głowach mają kapelusze wykonane z wielkich zielonych liści od kabaczków. Noszą je po to, aby gorące słońce nie spaliło im jasnych policzków ani nosów. Część mężczyzn wtyka w znoszone kapelusze kolorowe pióra kogutów.

Po drugiej stronie ulicy widzę Leona Stadnicka. Ma ponurą minę. Znam jego twarz bardzo dobrze. Przyglądam się jej uważnie, kiedy spotykamy się na rynku albo na tańcach. Lubię jego twarz dlatego, że często widzę na niej uśmiech, dzięki któremu powstaje śliczny dołeczek w jego lewym policzku. Teraz jednak tego dołeczka nie ma. Leon zdaje się patrzeć w odległą przestrzeń. Spogląda ponad paradą i ponad pohulanką w kierunku odległych wzgórz. Macham ręką, chcąc skierować na siebie jego uwagę. On jednak nie reaguje. Skonsternowana opuszczam ramię i zerkam na boki, chcąc się przekonać, czy ktoś zauważył moje starania. Symon głupio się uśmiecha. Uderzam go w wierzch dłoni.

— Tam jest Tato! — krzyczy Leeba i uwalnia dłoń, którą zaciskała dotąd na moim ramieniu.

Podskakuje radośnie. Tato słyszy ją i mijając Leebę, uśmiecha się do niej. Mama posyła mu całuska. Tato udaje, że go złapał i przyciska go mocno do serca. Wygląda dzisiaj bardzo przystojnie ze starannie przyciętą czarną brodą i w nowym filcowym kapeluszu. Jeszcze mruga do nas okiem i po chwili znika nam z oczu.

[1] Domrémy-la-Pucelle — miejscowość we Francji, w której urodziła się Joanna d’Arc (przyp. tłum.).

Podziel się opinią

Share
d3hpkp5
d3hpkp5
d3hpkp5
d3hpkp5
d3hpkp5