Trwa ładowanie...
dyhm9zl
dyhm9zl

Płonący świat

książka
Oceń jako pierwszy:
Płonący świat
Tytuł oryginalny

The Burning World

Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
dyhm9zl
Płonący świat
Materiały prasowe
Płonący świat

Trudno jest być żywym. Być człowiekiem − jeszcze trudniej.
R powraca z martwych. Na nowo uczy się, jak oddychać,
mówić, kochać – po jednym niezdarnym kroku na raz. Nie pamięta swojego starego życia i wcale nie chce go sobie przypominać. Buduje nowe, z Julie. Jednak przeszłość pamięta
o nim…
Pradawna zaraza ma chciwą naturę, a Umarli nie byli jej jedyną bronią… By przywrócić świat do wcześniejszego porządku, nadchodzi z czymś znacznie niebezpieczniejszym. Aby ją powstrzymać, R i Julie będą zmuszeni wyruszyć w przerażającą podróż przez surrealistyczne pustkowia Ameryki oraz poznać niechciane odpowiedzi, gnieżdżące się w zakamarkach umysłu R…

Płonący świat
Numer ISBN

978-83-7674-653-1

Wymiary

130x200

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

432

Język

polski

Fragment

Nazywam się R. Trudno to nazwać imieniem, ale nadał mi je ktoś, kogo kocham. Za każdym razem, gdy wraca do mnie minione życie i przynosi inne imiona, tylko to jedno ma znaczenie. Moje pierwsze życie uciekło bez walki i nic nie pozostawiło, wątpię zatem, by było warte żałoby. Człowiek, którego nie pamiętam, wymieszał związki chemiczne z kobietą, której nie potrafię sobie przypomnieć, i zostałem wezwany na scenę. Przepchnąłem się przez kurtynę, zmrużyłem oczy w oślepiającym świetle kanału rodnego i po krótkim i banalnym przedstawieniu umarłem.

Oto jest łuk przeciętnego życia – niezbadanego, niezauważanego, pozbawionego znaczenia – i powinien się był tam skończyć.

W prostszych czasach życie było przedstawieniem jednoaktowym, a gdy się kończyło, kłanialiśmy się, podnosiliśmy róże i cieszyliśmy się oklaskami, na które zasłużyliśmy, potem reflektory gasły, a my wycofywaliśmy się za kulisy i w poczekalni wieczności skubaliśmy krakersy.

Teraz to wszystko działa trochę inaczej.

Teraz kulimy się za kurtyną, żeby wejść na kolejną scenę. Ta jest zakurzona i zimna, okryta pajęczynami i cuchnąca gnijącym mięsem, nie ma na niej reflektorów, nie ma publiczności, tylko tłumy bezimiennych statystów wzdychających w ciemnościach. Nie wiem, ile lat snułem się tam, odgrywając koszmarne sceny ze scenariusza, którego nie potrafiłem odczytać. Wiem tylko tyle, że sześćdziesiąt siedem dni temu znalazłem wyjście. Kopniakiem otworzyłem drzwi i zataczając się, wyszedłem w słońce swojego trzeciego życia, tego, którego się nie spodziewałem i na które z pewnością nie zasłużyłem, i oto jestem, niezdarnie ucząc się, jak żyć.


Opieram się o arkusz dykty, przyciskając ją do ściany, podczas gdy w kieszeni szukam gwoździ. Wyciągam jeden i natychmiast go upuszczam. Łapię kolejny; upuszczam. Wyciągam trzeci gwóźdź i wolnymi ruchami z chirurgiczną precyzją przykładam go do drewna. Wtedy upuszczam młotek.

W gardle bulgocze mi kilka łagodnych przekleństw, wyparowujących, zanim dotrą do warg. Moje ciało nie spieszy się, żeby zaakceptować to nowe życie. Młotek w moich słabo unerwionych dłoniach jest jak bryła lodu; gwoździe to maleńkie sople. Moje serce bije, płuca rozszerzają się, krew rozkwitła z czerni do czerwieni i gna przeze mnie z rozpaczliwym pośpiechem, próbując obudzić tkanki z długiego snu, ale nie jestem normalnym człowiekiem. Nie jestem opalonym nastolatkiem gotowym na letni mecz baseballa. Jestem odgrzanym trupem.

Schylam się po młotek i unoszę go. Zamach i… pudło! Tym razem przez usta przeciska mi się kilka przekleństw, „szlag” i nawet „cholera”, nic szczególnie mocnego, ale dosyć, by nieco rozładować napięcie. Zaciskam dłoń, obserwując, jak ciemnieje skóra pod paznokciem – jeszcze jeden siniak do mojej kolekcji ran. Ból jest odległy. Mój mózg nie przypomniał sobie jeszcze, że ciało jest cenne, i ledwie się kłopocze, żeby mnie powiadomić, gdy je uszkadzam. W krainie Żywych wciąż jestem turystą, z balkonu hotelowego robię zdjęcia ich zmagań, ale pragnę do nich zejść. Odrętwienie jest luksusem, którego chętnie się wyrzeknę.

Dykta się osuwa i opada mi na stopę. Słyszę, jak trzaska jeden z moich palców. Nie mam nawet siły, żeby zakląć, jedynie z długim westchnieniem padam na kanapę i gapię się przez wypaloną, nierówną szczelinę w ścianie salonu. Jesteśmy nową parą i to jest nasz pierwszy dom; to poprawka. Trochę szpachlówki poradzi sobie z dziurami po kulach, ale zniszczenia poczynione przez granat to praca na cały dzień, a nawet jeszcze nie zabraliśmy się za ślady krwi. Przynajmniej Ochrona była tak uprzejma, że zabrała ciała – w każdym razie te normalne. Zrobiliśmy, co w naszej mocy, aby pozbyć się resztek, wciąż jednak od czasu do czasu na dywanie znajdujemy kawałki kości, paliczki kurczące się na stole kuchennym, lekko buczącą czaszkę pod łóżkiem.

Dlaczego tutaj jesteśmy? W świecie, w którym wszyscy marzą o wygodzie i bezpieczeństwie, dlaczego wybraliśmy ten nawiedzony dom w samym środku strefy wojennej? Wiem, że jest jakiś powód, dla którego odrzuciliśmy grube mury stadionu, coś wzniosłego, wielkiego i ogromnie ważnego, ale łapię się na tym, że wracam do prostszych wytłumaczeń, do małych, zwykłych ludzkich trosk, które są nawozem dla tego drzewa.

Opieram się o szorstkie poduszki i przypominam sobie pierwszy raz, gdy siedziałem na tej kanapie. Zimną noc. Długą jazdę. Julie na klatce schodowej, w mokrym, ociekającym ubraniu, zapraszającą mnie na górę.

Są przyjemniejsze miejsca do życia. Są miejsca łagodniejsze i bezpieczniejsze. Ale to miejsce jest nasze.


Słyszę, jak nadjeżdża. Głośny, dławiący się ryk z okazjonalnymi strzałami gaźnika, które odbijają się po okolicy jak strzały z broni i wywołują panikę w przerażonych mieszkańcach okolicznych domów. Stary mercedes był w doskonałym stanie, gdy go znalazłem, ale odkąd dołączył do naszej rodziny, wiele doświadczył. Teraz jego silnik grzechocze i kaszle dymem, a na jasnoczerwonym ciele widać liczne wgniecenia, ale staruszek wciąż jest na chodzie.

Julie wjeżdża w zaułek i parkuje z poślizgiem, z jednym kołem na krawężniku. Jej niebieska, kraciasta koszula poplamiona jest farbą, gipsem i kilkoma cętkami krwi zombie. Chusta na jej głowie osłoniła ją przed większością pajęczyn, ale i tak kilka wplątało się jej we włosy. Zaczyna otwierać drzwi, nagle zauważa ekipę Ochrony wybiegającą z vana stojącego na chodniku i opiera głowę o zagłówek.

– Rany, chłopaki. To nie jest konieczne.

Szef zespołu, którego imienia znowu zapomniałem, pochyla się nad nią, ściskając strzelbę.

– Wszystko w porządku? Natknęłaś się na jakichś Martwiaków?

– Nic mi nie jest.

– Rosso rozkazał objąć cię dwudziestoczterogodzinną ochroną. Dlaczego ciągle to robisz?

– Ponieważ próbujemy im przypomnieć, że są ludźmi, a banda osiłków celujących do nich z broni w tym nie pomaga. Ciągle to powtarzam Rossowi, ale on…

– Julie. – Żołnierz wsuwa głowę do samochodu, dodając mocy swojemu pytaniu. – Czy natknęłaś się na jakichś Martwiaków?

Zaczyna się na E…

Julie wysiada z wozu i zarzuca sobie na ramię torbę z rzeczami do malowania.

– Tak, majorze, natknęłam się na Martwiaków. Zatrzymałam się i rozmawiałam z nimi przez chwilę, gapili się na mnie jak zagubione dzieci, powiedziałam im, żeby nie porzucali walki, i pojechałam dalej. – Pomachała w stronę posiekanego kulami bungalowu po drugiej stronie ulicy, pozbawionego drzwi i okien. – Cześć, B!

Z cienia wewnątrz budynku poniosło się mruknięcie.

– Mam na myśli wrogich – powiedział major z wymuszoną cierpliwością. – Zupełnych Martwiaków.

– Nie, sir. Nie natknęłam się na żadnych zupełnych Martwiaków, Szkieletorów, bandytów ani podpalaczy. Pańska troska jest wzruszająca, ale nic mi nie jest.

Major zwraca się do jednego ze swoich ludzi:

– Sprawdź bagażnik. Czasami ukrywają się w bagażniku.

Julie odpuszcza, machając ręką, gdy rusza do drzwi.

– Evan, oglądasz za dużo horrorów.

Właśnie. Chwytam to imię i zamykam w skarbcu pamięci, zanim znów ucieknie. Evan Kenerly. Muskularne ramiona. Dziobata, brązowa cera. Chyba sprawia mu przyjemność udawanie, że nadal jest w armii. Evan.

– Kiedy już skończycie przekopywać ten mój biedny samochód – dodaje Julie – moglibyście mi przynieść te puszki z farbą? Aha, i uważajcie na stolik kawowy w bagażniku, może być niebezpieczny.

Odwraca się plecami do żołnierzy i wreszcie mnie dostrzega, a jej poirytowanie znika pod wpływem uśmiechu. Uwielbiam obserwować, jak przechodzi z ich świata do naszego. To zmiana tak głęboka, jak wiosenna odwilż.

– Cześć, R.

– Cześć, Julie.

– Jak idzie?

Upuszcza torbę z pędzlami i wałkami i ogląda dziurę w ścianie, potem obraca się dookoła, oceniając postęp. Nie było jej przez cały dzień, przeczesywała okolicę w poszukiwaniu zapasów i rzeczy do domu – cały świat to wyprzedaż garażowa – a ja byłem tutaj, pracowicie nie robiąc nic.

Patrzy na moją prawą dłoń i fioletowe palce. Wciąż się uśmiecha, choć teraz współczująco.

– Ciągle masz kłopoty?

Strzelam kostkami palców.

– Bez czucia.

– Dwa miesiące temu nie wiedziałeś nawet, jak się oddycha, więc powiedziałabym, że idzie ci całkiem nieźle.

Wzruszam ramionami.

– Potrzymaj tę dyktę, a ja zajmę się robotami wymagającymi precyzji. – Przebiera palcami przed moją twarzą. – Jestem słynną malarką, pamiętasz? Moje prace wiszą tuż obok Salvadora Dalí.

Podnosi młotek i garść gwoździ. Ja trzymam arkusz dykty na dziurze, podczas gdy ona mruży jedno oko i przykłada gwóźdź.

Julie przeklina lepiej niż ktokolwiek, kogo znam. Mając szeroki zasób plugawego słownictwa, potrafi zbudować złożone struktury pomysłowych inwektyw. Umie też przekazać to, co chce powiedzieć, wyłącznie za pomocą słowa „kurwa”. Jest mistrzynią wulgaryzmów i ledwo powstrzymuję się przed klaskaniem, gdy chodzi ciężko po pokoju, zaciskając pięści i wyrzucając z siebie barwne epitety. Inaczej reagujemy też na uderzenie się młotkiem w palec –mój uśmiech zawsze wtedy nieco blednie. Julie jest reflektorem, a ja świeczką. Ona płonie. Ja migoczę.

Ciska młotkiem przez dziurę i opada na kanapę.

– Pierdolony dzień.

Siadam obok niej i wpatrujemy się w zrujnowane przedmieścia, jakby ten otwór w naszej ścianie był telewizorem. Podziurawione ulice. Zryte oponami trawniki. Domy splądrowane albo wypalone do samej ziemi. Tytuły bardzo nieśmiesznego sitcomu.

Drzwi się otwierają i wchodzi Evan Kenerly, ale nie sypie żartami ani chwytliwymi powiedzonkami. W progu upuszcza puszki z farbą i odwraca się do wyjścia, ale potem zatrzymuje się w drzwiach.

– Dziękuję? – mówi Julie.

Major odwraca się.

– Julie, posłuchaj… – Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek zwrócił się do mnie czy choćby nawiązał ze mną kontakt wzrokowy. Jestem wytworem wyobraźni Julie. – Wiem, że twoja przeprowadzka tutaj to swego rodzaju deklaracja. Chcesz pokazać ludziom, że plaga się skończyła i wszystko jest w porządku…

– Tego nigdy nie twierdziliśmy. To nie jest jedyny powód, dla którego tutaj mieszkamy.

– Twój sąsiad B to zwłoki jedzące ludzkie ciało. Dzielisz tę okolicę z setkami ludożerczych trupów i nawet nie ryglujesz drzwi.

– Nie jedzą już ludzi. Zmienili się.

– Tego nie wiesz. Tylko dlatego, że są… obecnie zagubieni, nie oznacza, że nagle, gdy będziesz spała, nie przypomną sobie o swoich instynktach. – Kenerly szybko zerka na mnie, a potem na Julie. – Nie wiesz, co zrobią. Nic nie wiesz.

Twarz Julie twardnieje, a kręgosłup się prostuje.

– Evan, wierz mi lub nie, ale nie jesteś pierwszą osobą, która mówi nam, że świat nie jest bezpieczny. Wymieniano nam milion powodów, dla których powinniśmy się bać. Co jeszcze nowego możesz wymyślić?

Kenerly nie mówi nic.

– Wiemy, że tu nie jest bezpiecznie. Jesteśmy świadomi zagrożeń. I mamy to, kurwa, w dupie.

Major kręci głową. Z hukiem zamyka za sobą drzwi.

Napięcie powoli schodzi z Julie; znowu osuwa się na kanapę, z rękami skrzyżowanymi na piersi.

– Dobrze powiedziane – mówię jej.

Wzdycha i spogląda na sufit.

– Wszyscy uważają, że nam odbiło.

– Mają rację.

Ja tylko żartuję, ale jej twarz się zachmurza.

– Myślisz, że powinniśmy wrócić?

– Nie miałem na myśli…

– Nora tam jest. Chyba jej nie przeszkadza życie w grobowcu.

– Jej praca jest tam. Nasza jest… tutaj.

– Ale co my tu w sumie robimy? Czy w ogóle coś robimy?

Kontrast pomiędzy tymi niepewnymi pytaniami a jej ostrą polemiką z Kenerlym ujawnia coś, co, jak miałem nadzieję, nie było prawdą: że nie tylko mnie dręczą wątpliwości. Nie tylko ja się zastanawiam, co dalej. Ale w moim umyśle pojawia się właściwa odpowiedź i wypowiadam ją na głos.

– Rozprzestrzeniamy lekarstwo.

Julie wstaje i chodzi w kółko, nawijając włosy na palec.

– Sądziłam, że wiem, co to znaczy, ale po tej rozróbie na lotnisku… I B się nie poprawia…

– Julie. – Sięgam po jej dłoń. Przestaje chodzić i spogląda na mnie wyczekująco. – Nie ma odwrotu. – Pociągam ją na kanapę obok siebie. – Trzeba iść do przodu.

Zawsze byłem beznadziejnym kłamcą. Nigdy nie potrafiłem powiedzieć, że coś jest białe, gdy było czarne, ale widocznie umiem brodzić w szarym błocie półprawdy, bo Julie się uśmiecha i stara się dłużej nie niepokoić. Już po wszystkim. Unosi podbródek i zamyka oczy. To oznacza, że chce, żebym ją pocałował. Więc ją całuję.

Zauważa moją niepewność.

– Co jest?

– Nic. – Znowu ją całuję.

Jej wargi są miękkie i różowe; Julie wie, co robić, żeby sprawdzić mi przyjemność. Moje są sztywne i blade i dopiero niedawno dowiedziałem się, do czego służą. Przyciskam je do jej ust i poruszam nimi, próbując sobie przypomnieć, jak to działa, a ona wpija się w nie z rosnącym żarem. Kocham tę osobę. Kochałem ją, zanim jeszcze się spotkaliśmy. Lata skradzionych wspomnień rozciągających się w przeszłość, do naszego pierwszego spojrzenia w zniszczonej sali szkolnej. Julie wydobyła mnie z grobu. Bycie przy niej to największy przywilej, jaki mnie spotkał.

Dlaczego więc boję się jej dotknąć?

Przyciska się mocniej i całuje głębiej, próbując obudzić moje namiętności, i wiem, że powinienem mieć zamknięte oczy, ale zerkam na ukochaną. Z tak bliska jest tylko rozmazaną różowo-żółtą plamą, impresjonistycznym przedstawieniem pięknej dziewczyny. Na chwilę się odsuwa, żeby złapać oddech, i znów widzę wyraźnie jej twarz. Krótkie, jasne włosy, wzburzone i rozwichrzone jak zmierzwione wiatrem pióra. Jej jasna skóra poznaczona cienkimi bliznami. I jej oczy – znowu niebieskie. Ten niewiarygodny, złocisty blask zniknął.

Pamiętam szok, gdy odsunąłem się po naszym pierwszym pocałunku, w tamtej mistycznej chwili na dachu stadionu. Nieziemski, nieludzki odcień, żółty jak słońce, widoczne potwierdzenie tego czegoś, co w nas zaszło. Ani razu o tym nie rozmawialiśmy. To było zbyt dziwne, zbyt głębokie, jak prawda ze snu, która rozwiewa się, gdy ma zostać ubrana w słowa. Trzymaliśmy to w środku, ale i tak zniknęło. Obserwowaliśmy, jak przez kilka dni walczy z klątwą, stojąc razem przed lustrem i zastanawiając się, co to oznacza. Jej oczy wróciły do błękitu; moje przez jakiś czas zmieniały kolor, aż wreszcie stały się brązowe. Nie ma dowodów na istnienie magii, która mnie odmieniła, i są dni, gdy nie jestem pewny, czy w ogóle coś się zdarzyło, noce, gdy spodziewam się przebudzić z tego przyjemnego snu i dostrzec leżący koło mnie kawałek mięsa, zjeść go tak, jak jem wszystko inne, i powędrować z powrotem w ciemność.

Zwalczam nagły impuls, by odepchnąć Julie od siebie i uciec do piwnicy. Jest tam zakurzona butelka wódki, która potrafi ugasić ogień w moich myślach. Ale na to jest już za późno. Julie rozpina koszulę. Zsuwam ją z jej ramion. Słucham jej przyspieszonego oddechu i próbuję odczytać emocje z jej oczu, gdy podejmuję kolejną próbę bycia człowiekiem.

Dzwoni telefon.

Jego przenikliwy pisk wysysa z pomieszczenia żar jak otwarta śluza powietrzna. Dzwoniący telefon nie jest już, jak kiedyś, chwilową niedogodnością, nie można go zignorować. Ten telefon to interkom, podłączony bezpośrednio do biur dowodzenia stadionu, i każde wezwanie jest pilne.

Julie zeskakuje ze mnie i biegnie na górę, po drodze naciągając koszulę, a ja wlokę się za nią, starając się stłumić uczucie ulgi.

– Julie Cabernet – mówi do ogromnej słuchawki przy łóżku.

Po drugiej stronie rozpoznaję głos Lawrence’a Rosso, jego słowa są niezrozumiałe, ale słyszę w nich napięcie. Dziś wieczorem miałem się z nim spotkać na kolejną z naszych pogawędek – on wypytuje o Martwych, a ja nawet więcej o Żywych – ale coraz bardziej ponura mina Julie mówi mi, że z dzisiejszego spotkania nici.

– Co masz na myśli? – pyta, potem słucha. – Okay. Jasne. Będziemy. – Rozłącza się i patrzy w ścianę, znowu nawijając włosy na palec.

– Co się dzieje?

– Nie do końca wiadomo – mówi. – Ruch.

Unoszę brwi.

– Ruch?

– „Niepokojący ruch” wokół Kopuły Goldmana. Rosso zwołuje wiec, żeby o tym porozmawiać.

– Tylko tyle powiedział?

– Nie chciał się w to zagłębiać przez telefon.

Waham się.

– Powinniśmy się martwić?

Julie przez chwilę zastanawia się nad moim pytaniem.

– Rosy nie jest paranoikiem. Gdy byliśmy w drodze, zawsze zapraszał nieznajomych, by z nami porozmawiali, podczas gdy tata wymachiwał bronią i żądał dowodów tożsamości… – Skręca włosy w ciasny pierścień, a potem je puszcza. – Ale stał się nieco bardziej opiekuńczy, odkąd… stało się to, no wiesz. – Zmusza się do uśmiechu. – Może ten „niepokojący ruch” to tylko jakieś dzieciaki z Goldmana ścigające się po korytarzu.

Nieco zbyt pospiesznie chwyta kluczyki z toaletki i zbiega ze schodów. Nie powinienem był zadawać tego pytania. Wystarczająco się martwię o własną głowę. Gdy idziemy do samochodu, zerkam na dom i znów czuję pełną poczucia winy ulgę, że z niego wychodzę. To jest mój dom, ale także ring bokserski, miejsce wszystkich moich prób i upokorzeń na drodze do człowieczeństwa. Cokolwiek dzieje się w mieście, przynajmniej nie będzie chodziło o mnie.

– Ja poprowadzę – mówię, wychodząc przed Julie.

Spogląda na mnie z powątpiewaniem.

– Jesteś pewien?

Jej reakcja jest zrozumiała – nadal mam zwyczaj używania innych samochodów jako miejsc parkingowych – ale po tym ostatnim rozczarowaniu w sypialni czuję potrzebę podreperowania swojego poczucia męskości.

– Idzie mi coraz lepiej.

– Skoro tak mówisz, uliczny wojowniku. – Julie uśmiecha się i podaje mi kluczyki.

Uruchamiam silnik i wrzucam bieg, a po kilku podskokach, szarpnięciach i pomniejszych obtłuczeniach błotników wyjeżdżam z zaułka, ignorując śmiech żołnierzy. Zakłopotanie to tylko jedno z wielu emocji, na które się zgodziłem, gdy znowu wybrałem życie. Bycie żywym jest trudne. Bycie żywym jest bolesne. Czy spodziewałem się czegoś innego?

Dawno, dawno temu, w ponurej bajce ze szczęśliwym zakończeniem, może bym się i spodziewał. Byłem wówczas dzieckiem, noworodkiem prowadzącym mężczyznę. Ale gwałtownie dorastam, a fantazje Franka Sinatry znikają. Nie trzymam świata na wodzy, a ona nie jest moją zabawną walentynką. Nasz duet tworzą astmatyczna sierota i dochodzące do siebie zwłoki, które jadą pordzewiałym samochodem przez świat chory na wściekliznę, a Evan Kenerly miał rację: niczego nie wiemy.

dyhm9zl

Podziel się opinią

Share
dyhm9zl
dyhm9zl

dyhm9zl
dyhm9zl
dyhm9zl