Trwa ładowanie...
d354410
d354410

Pionki. Teoria gier

książka
Oceń jako pierwszy:
Pionki. Teoria gier
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Pionki. Teoria gier
Materiały prasowe

Gra toczy się dalej. Bohaterowie Układanki powracają. Tym razem dziennikarka Julianna Różańska oraz jej brat Jakub będą musieli rozwikłać sprawę zaginięcia najbliższej osoby…
Po powrocie do Łodzi Różańscy próbują poukładać swoje życie na nowo. Jednak trudne relacje z rodzicami uniemożliwiają Juliannie rozliczenie się ze swoją przeszłością. Tymczasem Majka, od czasu ostatniego spotkania z Tomkiem, bardzo za nim tęskni. Nie może go zapomnieć, więc gdy pewnego dnia dostaje od niego wiadomość, jej radość nie zna granic. Nie przeczuwając nic złego, umawia się z chłopakiem na spotkanie i wkrótce potem przepada bez śladu.
Nikt nie przewidywał, jak potworny los był jej pisany.
Natalia Nowak-Lewandowska zabiera nas do świata, gdzie rządzi pieniądz, a człowiek jest tylko towarem na sprzedaż. Lecz jednocześnie daje odrobinę nadziei, że prawdziwa miłość jest w stanie pokonać najgorsze zło. Pionki wciągają od pierwszej strony. Koniecznie przeczytajcie!
Agnieszka Lingas-Łoniewska, pisarka
Natalia Nowak-Lewandowska jest specjalistką od gmatwania pozornie
prostych sytuacji. Jej bohaterowie zawsze są targani emocjami, a akcja
mknie z prędkością TGV. Trudne relacje z rodzicami, handel ludźmi,
mobbing – najnowsza powieść pisarki ma w sobie wszystko, co jest
niezbędne do tego, by stać się bestsellerem.
Anna Makieła, Spadło mi z regała

Pionki. Teoria gier
Numer ISBN

978-83-7674-721-7

Wymiary

130x200

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

336

Język

polski

Fragment

Julianna Różańska nie liczyła na to, że powrót do Łodzi będzie od razu okraszony pasmem sukcesów, ale oczekiwała, że będzie w miarę normalnie. Kolega ze studiów, poproszony o pomoc w znalezieniu pracy, dość szybko uporał się z zadaniem, poruszając niebo i ziemię, niemal stając na głowie. Dzięki tym zabiegom dotarł do znajomej znajomego, która była członkiem zarządu wydawnictwa, i w krótkim czasie Julianna pod­jęła pracę dziennikarza w „Twojej Łodzi”.

Początkowo myślała, że złapała Pana Boga za nogi, bo trafiła do największej gazety w regionie łódzkim, ale sądziła tak do czasu, kiedy nie poznała redaktor naczel­nej Malwiny Wachner. A raczej jej możliwości współ­pracy z pracownikami gazety.

A redaktor Wachner prezentowała cały wachlarz cech, które niebezpiecznie przybliżały jej zachowania do socjopatii. Zimna, pozbawiona empatii, wiecznie zdenerwowana, przebiegle manipulująca pracownika­mi, bez poczucia winy czy wyrzutów sumienia. Cała re­dakcja drżała na dźwięk otwieranych drzwi od pokoju naczelnej. Wprowadziła w gazecie taką atmosferę, że strach było głośniej odetchnąć.

Oczywiście miało to jeden pozytywny efekt – wszystkie artykuły były zawsze wysokiej jakości, nigdy

nie było opóźnień, a na zewnątrz redakcja „Twojej Ło­dzi” świeciła przykładem rzetelnego dziennikarstwa.

Ale w zamian, oprócz terminowo przelewanego na konta bankowe wynagrodzenia, pracownicy gazety mieli w różnym stopniu zaawansowania nerwicę, chwi­lami mord w oczach, kiedy ich spojrzenia kierowały się w stronę szefowej, oraz ogólny niesmak i niechęć do przychodzenia do pracy. Gdyby nie wysokość wynagro­dzeń, większość z nich pewnie już dawno by opuściła biuro „Twojej Łodzi”. Julianna, choć początkowo pełna zapału i dobrych chęci do pracy, dość szybko zrozu­miała, że nie będą one miały dla szefowej większego znaczenia, bowiem Malwina Wachner od początku po­stanowiła, że zrobi wszystko, aby pozbyć się dzienni­karki. Nie liczyło się, jak dobre są jej artykuły, ani to, że pierwsza dowiaduje się o ważnych sprawach, a co za tym idzie, dziennik zyskuje na popularności.

Głównym powodem niechęci do Julianny był spo­sób, w jaki została przyjęta do pracy. Ominięcie Malwi­ny w procesie rekrutacyjnym ubodło ją tak mocno, że postanowiła za wszelką cenę udowodnić, że to ona jest tu szefową, to do niej należy przyjmowanie i zwalnianie pracowników, bo to ona ma najlepszego dziennikar­skiego nosa.

Oczywiście nie mogła odmówić prośbie członkini zarządu. To był ten rodzaj prośby, który nie podlegał żadnej dyskusji, a jakakolwiek próba mogła się dla Mal­winy źle skończyć. Ale redaktor Wachner nie byłaby sobą, gdyby położyła uszy po sobie i odpuściła.

Od pierwszego dnia pracy Julianny Malwina obser­wowała bacznie podwładną, próbując wyłapać jej słabe i mocne strony. Obserwowała jej relacje z innymi pra­cownikami, aby znaleźć haczyk, który posłuży jej do pozbycia się Różańskiej.

Bardzo szybko krótkie terminy oddania przez Julian­nę artykułów skróciły się do niemal niewykonalnych, a drobiazgowość uwag płynących od redaktor naczel­nej przyprawiała kobietę o gęsią skórkę. Julianna mia­ła wrażenie, że jest traktowana przez Malwinę w inny sposób niż pozostali pracownicy. Oczywiście domyśla­ła się, że metoda jej zatrudnienia nie była akceptowana przez szefową, ale musiała gdzieś pracować, a siedziba gazety „Twoja Łódź” była miejscem idealnym, oczywi­ście poza osobą redaktor naczelnej.

Każdy poranek witała bólem głowy i grymasem na twarzy, a kończyła wściekła i milcząca, zmęczona, jakby wzięła udział w bostońskim maratonie. Wyprowadzała Falkona na krótki spacer, zjadała byle co, żeby tylko za­pełnić żołądek, i padała na łóżko nieprzytomna.

Chwilami miała tak bardzo dość, że tęskniła za Czer­stwym i „Nowinami Śląskimi”. Może ich współpraca nie zawsze była idealna, ale nigdy nie podłożył jej przy­słowiowej świni. Doceniał ją na swój zimny, pozba­wiony emocji sposób. Ale nie czuła się nie na miejscu. A w „Twojej Łodzi” miała wrażenie, że wystarczy se­kunda nieuwagi i pożegna się z pracą. Musiała być przez cały czas bardzo czujna i skupiona, a to powodowało silne zmęczenie.

Każdego dnia, wstając, zgrzytała zębami, wściekała się, ale wchodziła do biura redakcji z miną, która zu­pełnie nic nie wyrażała. Siadała przy biurku, włączała komputer i zaczynała pracę. I jak zawsze Malwina sprawdzała, kiedy Julianna przychodziła do pracy, a wie­czorem kontrolowała porę wyjścia.

Bardzo często, ćwicząc cierpliwość Julianny, Mal­wina stawała obok niej, opierała się o biurko, patrzyła na monitor komputera i milczała. Początkowo Julianna z grzeczności pytała, czy szefowa czegoś potrzebuje, ale kiedy za każdym razem słyszała tę samą odpowiedź, przestała pytać, zaciskała zęby i udawała, że w ogóle jej nie interesuje, a z pewnością wcale nie przeszkadza obecność szefowej.

Jakiekolwiek relacje z mężczyznami zeszły na odle­gły plan. Julianna nie miała czasu, aby zająć się swoim życiem prywatnym. Zresztą po ostatnich przygodach z Mateuszem i Wojtkiem w rolach głównych odeszła jej ochota na nowe znajomości.

Mateusz nie dawał znaku życia, za co była mu do­zgonnie wdzięczna. Nie zniosłaby jego błagalno-sko­mlącego tonu i próśb o danie ich związkowi kolejnej szansy. Nie, zdecydowanie to nie był mężczyzna dla niej. Za słaby, zbyt histeryczny, chyba bardziej potrze­bujący opiekunki niż kochanki. A Julianna nie chciała mieć dzieci, szczególnie w osobie mężczyzny, z którym sypiała. Nie potrafił zrozumieć, że Julianna nie chce związku na stałe, wystarcza jej regularny seks i brak zobowiązań.

Wojtek Stankiewicz był bardziej uparty. Choć po­czątkowo odpuścił, pielęgnując swoje urażone mę­skie ego, to po kilku miesiącach się odezwał, niezo­bowiązująco i bez żadnych podtekstów. Zupełnie jak nie on. Podczas rozmów telefonicznych zachowywał spokój, aż po pewnym czasie Julka zaczęła odczu­wać dziwne podenerwowanie. Porywczy charakter doktora Stankiewicza był powszechnie znany, może nie akceptowany, ale wiadomo było, że można się po nim spodziewać mniejszych lub większych wybu-chów.

Nie tęskniła za jego wybuchowością, ale jednak była znajomą, więc kiedy rozmawiał z nią spokojnie, zaczę­ła bardziej podejrzliwie traktować te rozmowy. Kiedy zaproponował spotkanie, odmówiła stanowczo, zdając sobie sprawę, że byłoby jej trudno ponownie uwolnić się od uroku mężczyzny. Przyciągał ją do siebie z jakąś niewidzialną i niezrozumiałą siłą, z którą nie potrafiła sobie poradzić, a Julianna nie lubiła sytuacji, w których traciła grunt pod nogami. Poza tym stres w pracy sku­tecznie zniechęcał ją do jakichkolwiek innych działań niż te związane z redakcją gazety.

Kiedy ktoś patrzył z boku na życie Różańskich, wy­glądało na normalne, całkiem zwyczajne, jednak od środka, przy bliższym przyjrzeniu się, toczyła je cho­roba, która nie pozwalała na prawidłowe funkcjonowa­nie. Żyli obok siebie, pochłonięci wewnętrznym umar­twianiem się, każde zajęte sobą. Jednocześnie ślepi na problemy swoich najbliższych, skupieni tylko na sobie,

mocno egoistyczni i ignorujący potrzeby innych. Prze­bywali wspólnie na sześćdziesięciu metrach kwadrato­wych, zupełnie się nie spotykając. Zawsze w biegu, ze zmęczonym wyrazem twarzy, pochłonięci własnymi, z reguły niewesołymi myślami.

Podziel się opinią

Share
d354410
d354410
d354410
d354410
d354410