Trwa ładowanie...
dv253pn

Pierwsze zwycięstwa. Podniebne walki i wojenne losy polskiego myśliwca Władysława Gnysia

książka
Oceń jako pierwszy:
dv253pn
Pierwsze zwycięstwa. Podniebne walki i wojenne losy polskiego myśliwca Władysława Gnysia
Tytuł oryginalny

First Kills: The Illustrated Biography of Fighter Pilot Władysław Gnyś

Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe

Władysław Gnyś – pierwszy polski pilot myśliwski, który we wrześniu 1939 roku odniósł powietrzne zwycięstwo w walce z Niemcami
Jak inni polscy lotnicy, Gnyś wystartował 1 września spod Krakowa, aby powstrzymać niemiecki atak. Walka z liczniejszymi i nowocześniejszymi maszynami najeźdźców była nierówna. Uniknąwszy zestrzelenia przez sztukasy, Władek wracał na lotnisko, gdy trafił mu się niespodziewany łup – dwa bombowce typu Dornier.
Jako doświadczony pilot myśliwski, Gnyś walczył nad Polską, Francją i w bitwie o Anglię. W 1944 roku został zestrzelony nad Francją i rozbił się. Ranny, wzięty do niewoli, uciekł przy wsparciu francuskiego ruchu oporu. Po wojnie wyemigrował do Kanady.
Napisana przez syna, Stefana, barwna biografia Władysława czerpie obszernie z jego dzienników, wspomnień i dokumentów. Została ona także bardzo bogato zilustrowana zdjęciami z rodzinnego archiwum. Opowiada historię Gnysia od dzieciństwa spędzonego na polskiej wsi, przez lata służby w alianckich siłach powietrznych podczas II wojny światowej, aż po symboliczny gest pojednania z niemieckim pilotem, z którym przyszło mu się zmierzyć owego pamiętnego 1 września…

Pierwsze zwycięstwa. Podniebne walki i wojenne losy polskiego myśliwca Władysława Gnysia
Numer ISBN

978-83-66790-97-1

Wymiary

145x205

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

408

Język

polski

Fragment

Podczas patrolu nad linią frontu tego samego dnia – kiedy los Chciuka był jeszcze nieznany – eskadra napotkała formację He 111 ukrytą wcześniej w chmurach. Władek krzyknął, chcąc ostrzec pozostałych, ale Francuzi nie zareagowali, toteż postanowił zaatakować samodzielnie. Puścił się w pogoń za ostatnim bombowcem w szyku. Zbliżył się doń, stając twarzą w twarz ze strzelcem tylnym, który strzelał doń wściekle. Władek odpowiedział ogniem, zachodząc Heinkla z prawej strony. Z bliska poczęstował go dwiema krótkimi seriami. Widział, jak pociski rozrywają bombowiec, ale ni stąd, ni zowąd potężny wstrząs wyrwał mu z ręki drążek sterowy. Gnyś chwycił go z powrotem i strzelał dalej. W końcu Heinkel pokazał brzuch i runął nosem w dół. Władek nie mógł podążyć za nim, bo w oddali dostrzegł eskadrę Messerschmittów wyłaniającą się z chmur i kierującą w jego stronę. Nie miałby z nimi szansy. Natychmiast położył więc maszynę w zakręt o sto osiemdziesiąt stopni, z dala od Heinkla. Poszczęściło mu się: zobaczył przed nosem gęste chmury, w których mógł się schować przed nadciągającymi Niemcami. Prowadzący Messerschmitt już otworzył ogień. Władek z powodzeniem zniknął w białych „poduszkach” i wrócił do bazy.

Wylądowawszy, zobaczył, że jeden z niemieckich pocisków wdarł się do wnętrza jego MS.406 i trafił w stalowy drążek sterowy, a następnie odbił rykoszetem na drugą stronę kabiny. Gruby pręt uratował mu życie. Czyżby Bóg znów nad nim czuwał? Dokonując oględzin samolotu z zewnątrz, zobaczył wiele dziur po kulach wystrzelonych z Heinkla i zdumiał się, że jego samolot nie spadł. A jako że nie widział, żeby Niemiec się rozbił, zaliczono mu jedynie uszkodzenie.

Tymczasem Chciuk, który 16 maja przeżył rozbicie na południowy wschód od Brukseli, usiłował wrócić na lotnisko Auchy-au-Bois i do swojej jednostki. Cały dzień czekał, aż ktoś go podwiezie, ale ponieważ się nie doczekał, postanowił iść piechotą. Po trzech męczących dniach dotarł na miejsce, ale eskadra zdążyła już przenieść się do innej bazy – Le Plessis-Belleville.

Jak więc się tam dostać? Dla Władysława Chciuka odpowiedź była oczywista: wziąć któregoś uszkodzonego Morane’a i polecieć. Na szczęście w bazie wciąż jeszcze było paru mechaników. Mieli oni spalić przed ewakuacją samoloty niezdatne do lotu. Sięgając po części z innych maszyn, mechanicy sklecili jako tako sprawnego Morane’a. Wiele rzeczy w nim nie działało, a gdyby stał się celem ataku Luftwaffe, byłby ugotowany. Chciuk nie miał spadochronu, hełmu ani karabinów, ale wystartował. Leciał tuż nad drzewami. Co gorsza, kiedy przelatywał nad liniami nieprzyjaciela, niemieccy żołnierze ostrzelali jego maszynę.

Ponad dwieście pięćdziesiąt kilometrów dalej, po locie via Paryż,
21 maja w końcu dotarł na lotnisko Le Plessis-Belleville. Z ulgą dołączył do kolegów, zachwyconych ponownym spotkaniem. Eskadra stacjonowała tam od 17 maja.

Chciuk nie miał czasu na odpoczynek. Jeszcze tego samego dnia wystartował do lotu w kluczu francuskim na patrol na północ od Paryża. Trzej piloci spotkali i zaatakowali sześć Do 17. Kiedy jednak Chciuk przystępował do ataku, rozejrzał się i spostrzegł, że został sam – bez francuskich towarzyszy. Tymczasem strzelcy z Dornierów strzelali celnie i wielokrotnie trafili jego MS.406. Na szczęście zdołał wylądować swoim poważnie uszkodzonym myśliwcem opodal Clermont. Francuscy piloci nie mieli o tym pojęcia, wobec czego zameldowali, że poległ. W oczach eskadry był więc zaginiony i uznany za prawdopodobnie zmarłego.

A jednak nazajutrz Władek Chciuk przyjechał do jednostki rowerem. Nastąpiło kolejne powitanie pełne wzruszeń. Niestety, Bursztyn, prowadzący klucza, wciąż był nieobecny. Przynajmniej jednak było wiadomo, że żyje i leczy kolano w szpitalu.

25 maja Kazek Bursztyn wrócił ze szpitala do Le Plessis-Belleville i swojej jednostki, niecierpliwie go wyczekującej. „Trzej Muszkieterowie” znów byli razem. Uściskali się niczym bracia. Ta cudowna chwila nie trwała jednak długo, zwłaszcza dla Bursztyna. Wciąż miał opuchnięte kolano i wyraźnie utykał, uparł się jednak, że może wrócić do latania jeszcze tego samego dnia. Władek nalegał, aby nie ryzykował tak szybko, bo sztywna prawa noga może utrudnić mu poruszanie się w kabinie, gdyby wpadł w tarapaty. Kazek był jednak nieprzejednany i zbył te rady wzruszeniem ramion. Oświadczył kategorycznie, że będzie latał i znów prowadził swój klucz.

Później tego samego dnia GC III/1 (dwanaście Morane’ów – dziewięć francuskich i trzy polskie) wystartowała do lotu na eskortę pary Potezów 63 wykonujących lot na rozpoznanie. Opodal Bapaume, kawałek na zachód od Cambrai w północnej Francji i siedemdziesiąt kilometrów od granicy belgijskiej, zaatakowało ich czternaście Messerschmittów Bf 109. Tam właśnie przebiegały wówczas linie niemieckie. Polacy lecący w górnym kluczu natychmiast podjęli walkę, ale w tej samej chwili kolejne sześć niemieckich myśliwców zaskoczyło ich z góry. Francuscy myśliwcy uświadomili sobie, że wróg ma przewagę liczebną, i uciekli wraz z Potezami. Teraz Polacy musieli sami doprowadzić do jak najpomyślniejszego rozstrzygnięcia bitwy.

Fragment rozdziału piątego: Bitwa o Francję

dv253pn

Podziel się opinią

Share

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
dv253pn
dv253pn
dv253pn
dv253pn