Trwa ładowanie...
d2pme34
03-02-2020 08:29

Orange Is the New Black. Dziewczyny z Danbury

książka
Oceń jako pierwszy:
d2pme34
Orange Is the New Black. Dziewczyny z Danbury
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe

Na podstawie książki powstał serial produkcji Netflix, który podbił serca milionów widzów!

Przekrocz próg więzienia dla kobiet...

Piper Kerman jeszcze do niedawna miała fantastyczne mieszkanie, kochającego faceta i obiecującą karierę przed sobą. Kiedy agenci federalni zapukali do jej drzwi z aktem oskarżenia, ledwo przypominała tę lekkomyślną, młodą kobietę, którą była tuż po ukończeniu Smith College.

Teraz jednak musi rozliczyć się z konsekwencjami swojego krótkiego, beztroskiego flirtu z handlem narkotykami i trafia do więzienia dla kobiet w Danbury, w stanie Connecticut. Jeżeli myślała, że choć w drobnym stopniu mogła przewidzieć, co ją czeka... cóż, grubo się myliła.

Zaskakująca, kontrowersyjna, niezwykle zabawna i przede wszystkim – prawdziwa!

Orange Is the New Black. Dziewczyny z Danbury
Numer ISBN

978-83-7674-665-4

Wymiary

130x200

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

360

Język

polski

Fragment

Czy pójdziesz ze mną?

Na lotnisku w Brukseli hala odbioru bagażu lotów międzyna-rodowych była duża i przestronna, a jej liczne wirówki toczyły
się nieustannie. Skakałam od jednej do drugiej, desperacko próbując odnaleźć moją czarną walizkę. Była wypakowana pieniędzmi z przemytu narkotyków, więc miałam prawo być nieco bardziej zdenerwowana niż pasażerowie, którzy po prostu zgubili bagaż.

W 1993 roku miałam dwadzieścia trzy lata i wyglądem nie różniłam się z pewnością od innych, niepewnych siebie młodych kobiet. Moje martensy straciły swoją pozycję na rzecz pięknych, ręcznie robionych, czarnych, zamszowych szpilek. Miałam na sobie czarne jedwabne spodnie i beżową marynarkę – typowa jeune fille, nic antysystemowego, no chyba że ktoś zauważyłby tatuaż na szyi. Zrobiłam tak, jak mi kazano – nadałam swoją torbę w Chicago przez Paryż, gdzie przesiadłam się w samolot do Brukseli.

Po przyjeździe do Belgii szukałam swojej czarnej walizki na kółkach w punkcie odbioru bagażu, jednak nie było po niej śladu. Mierząc się z nadchodzącym atakiem paniki, zaczęłam łamaną francuszczyzną dopytywać się, co się stało z moją walizką. „Torby czasem nie trafiają do właściwych samolotów” – odparł wielki osiłek pracujący w biurze bagażowym. „Proszę poczekać na następne połączenie z Paryża – walizka jest pewnie w tamtym samolocie”.

Czy przechwycono moją torbę? Wiedziałam, że przewożenie więcej niż 10 tysięcy dolarów było nielegalne, a co dopiero, gdy pieniądze te należały do zachodnioafrykańskiego bossa narkotykowego. Czy władze deptały mi już po piętach? Może powinnam przejść przez kontrolę celną i uciekać? A może mój bagaż naprawdę był opóźniony, a ja zostawiłabym tu dużą kwotę pieniędzy należących do gościa, który mógł załatwić mi wyrok śmierci jednym telefonem? Doszłam do wniosku, że ta druga alternatywa była bardziej przerażająca. Postanowiłam czekać.

Wreszcie przybył następny lot z Paryża. Wróciłam do mojego nowego „przyjaciela” w obsłudze bagażowej, który właśnie wszyst- ko sortował. Trudno jest flirtować, gdy jesteś przerażona. Zauważyłam moją walizkę. „Mon bag!” – wykrzyknęłam w ekstazie, chwytając kufer. Podziękowałam mu wylewnie i pomachałam na odchodne, wychodząc przez jedne z nieobsadzonych przez personel drzwi wprost do terminalu. Tam zauważyłam czekającego na mnie Billy’ego. Nieświadomie przeskoczyłam kontrolę celną.

– Martwiłem się. Co się stało? – spytał Billy.

– Załatw mi taksówkę! – wysyczałam przez zęby.

Nie mogłam normalnie oddychać dopóki nie odjechaliśmy
z lotniska i nie znaleźliśmy się w połowie drogi do Brukseli.

Moja ceremonia ukończenia studiów w Smith College odbyła się w piękny, wiosenny dzień. Na zalanym nowoangielskim słońcem dziedzińcu jęczały dudy, a gubernator Teksasu Ann Richards zachęcała mnie i moje koleżanki, byśmy wyruszyły w świat i pokazały wszystkim, z jakiej gliny jesteśmy ulepione. Moja rodzina promieniała dumą, gdy odbierałam dyplom – rodzice (świeżo
w separacji) zachowywali się najlepiej, jak potrafili, a szacowni, typowo południowi dziadkowie cieszyli się na widok ich najstarszej wnuczki w pełnych studenckich regaliach, otoczonej przez WASP-ów* i studentów ligi bluszczowej. Mój młodszy brat umierał z nudy. Te lepiej zorganizowane i świadome swoich celów koleżanki wyruszyły na odyseję studiów magisterskich, praktyk
w organizacjach non-profit lub też po prostu wróciły do domów – całkiem popularne rozwiązanie w najczarniejszym okresie pierwszej recesji Busha.

Ja za to zostałam w Northampton w stanie Massachusetts. Studiowałam teatr – ku wielkiemu rozczarowaniu mojego ojca
i dziadka. Pochodzę z rodziny, w której ceniło się wykształcenie. Byliśmy klanem doktorów, prawników i nauczycieli – od czasu do czasu zdarzała się pielęgniarka, poeta albo sędzia, ot tak, żeby było ciekawiej. Po czterech latach studiów czułam się jak dyletantka, nie dość wykwalifikowana i niezmotywowana do pracy
w teatrze. Nie miałam jednak innego alternatywnego planu: ani na inne studia, ani na porządną karierę, ani też na zaczynanie wszystkiego od zera na studiach prawniczych.

Nie byłam leniwa. Zawsze ciężko pracowałam na studenckich fuchach w restauracjach, barach i klubach, zdobywając sympatię swoich szefów i współpracowników dzięki wysiłkowi, humorowi i chęci dorobienia sobie nadgodzinami. Pracując w tych miejscach, więcej czasu spędzałam z ludźmi z pracy, niż ze znajomymi z roku. Byłam zadowolona, że wybrałam Smith, szkołę pełną
inteligentnych i dynamicznych kobiet. Ale tylko odbębniłam, co było ode mnie wymagane z racji urodzenia i pochodzenia. Ledwo mieściłam się w bezpiecznych ramach Smitha i ukończyłam studia z wynikiem zaledwie uprawniającym do dyplomu. Teraz chciałam doświadczać, eksperymentować i badać. Nadszedł czas na moje własne życie.

Byłam dobrze wykształconą młodą pannicą z Bostonu, której brakowało pomysłu na życie i która bardzo chciała doświadczyć uroków bohemy. Nie miałam jednak bladego pojęcia, co zrobić z całym tym moim pragnieniem przygody lub jak uczynić produktywnym moje pragnienie ryzyka. W moim rozumowaniu nie było nawet krztyny analitycznego czy naukowego myślenia
– najbardziej ceniłam artyzm, wysiłek i emocje. Wynajęłam mieszkanie wraz z koleżanką, która też studiowała teatr, i jej stukniętą dziewczyną – artystką. Dostałam pracę jako kelnerka w mikrobrowarze. Nawiązywałam przyjaźnie z kelnerami, barmanami i muzykami – wszyscy byli równie atrakcyjni i niezmiennie
odziani w czerń. Pracowaliśmy, imprezowaliśmy, pływaliśmy lub jeździliśmy na sankach, pieprzyliśmy się, czasami zakochiwaliśmy. Zrobiliśmy sobie tatuaże.

W Northampton i otaczającej go Dolinie Pioneer podobało mi się wszystko. Biegałam bez końca po wiejskich dróżkach, uczyłam się wnosić tuzin puszek piwa na szczyt stromych schodów, oddawałam się kolejnym romantycznym przygodom z apetycznymi dziewczętami i chłopcami, a co tydzień – przez całe lato i jesień – w wolne dni robiłam sobie wycieczki na plażę
w Provincetown.

Kiedy nadeszła zima, zaczęłam się denerwować. Moi przyjaciele ze szkoły coraz częściej opowiadali o swoim życiu i pracy
w Nowym Jorku, Waszyngtonie czy San Francisco, zaczęłam się więc zastanawiać, co ja tu, do diabła, robię. Wiedziałam, że nie wrócę do Bostonu. Kochałam swoją rodzinę, ale za wszelką cenę chciałam uniknąć konsekwencji rozwodu rodziców. Patrząc wstecz, wydaje mi się, że bilet EuroRail czy wolontariat w Bang-ladeszu byłby świetnym wyborem. Ale ja nadal siedziałam w Dolinie.

W naszym dość luźnym gronie znajomych wyróżniało się klika nieznośnie modnych i cool lesbijek, wszystkie około trzydziestki. Te światowe i wysublimowane, starsze ode mnie kobiety sprawiały, że czułam się dziwnie nieśmiało, jednak prędko zostałyśmy przyjaciółkami po tym, jak kilka z nich wprowadziło się do mieszkania obok. Wśród nich wyróżniała się obdarzona głębokim głosem i grzywą kręconych, brązowo-piaskowych włosów, pochodząca ze środkowego zachodu Nora Jansen. Nora była niska i wyglądała jak coś pomiędzy francuskim buldogiem a białą Earthą Kitt. Wszystko w niej było urocze – jej głęboki, przepełniony mądrością głos, sposób, w jaki przechylała gło-
wę, by przyjrzeć się tobie jasnymi, brązowymi oczyma spod
swej grzywy, a nawet to, jak trzymała nieodłącznego papierosa
– przeginając nadgarstek w pozycji gotowej do żywej gestykulacji. Potrafiła zwrócić uwagę na kogoś spośród otoczenia w tak intrygujący sposób, że kiedy już to robiła, odnosiło się wrażenie, jakby zostało się dopuszczonym do jakiegoś sekretu. Nie można powiedzieć, że była to miłość od pierwszego wejrzenia, ale
z punktu widzenia dwudziestodwuletniej dziewczyny, w Northampton Nora była intrygująca.

I nagle, jesienią 1992 roku, zniknęła.

Wróciła po świętach. Wynajęła własne, duże mieszkanie, zapełnione nowiutkimi meblami w stylu Arts and Crafts i wyposażone w obłędną wieżę stereo. Każdy, kogo znałam, siadał razem ze swymi współlokatorami na kanapach z drugiej ręki,
a ona szastała pieniędzmi w sposób, który budził wątpliwości.

Zaprosiła mnie na drinka, pierwszy raz tylko we dwie. Czy
to była randka? Być może, gdyż zabrała mnie do baru Hotelu Northampton, najbliższego w okolicy odpowiednika pozerskiej hotelowej restauracji, pomalowanego na kolor jasnozielony i wy- pakowanego treliażem. Nerwowo zamówiłam margaritę z solą, na co Nora, lekko zdziwiona, uniosła brew.

– Nie za zimno na to? – spytała i sama zamówiła szkocką.

Prawda. Styczniowe wiatry nie czyniły z Massachusetts najprzyjemniejszego miejsca na ziemi. Powinnam była zamówić coś ciemniejszego, w mniejszym kieliszku – moja zmrożona margarita wydawała się teraz strasznie dziecinnym wyborem.

– Co to? – spytała, wskazując na małe, metalowe pudełko, które położyłam na stole.

Pudełko było żółto-zielone i początkowo mieściło w sobie kwaśne landrynki. Napoleon, rozpoznawalny dzięki swemu kapeluszowi i złotym epoletom, spoglądał z wieczka na zachód. Pudełko służyło pewnej kobiecie z wyższych sfer ze Smith College jako portfel – była najwspanialszą osobą, jaką znałam. Poszła na sztuki piękne, żyła poza kampusem, była zadziorna, ciekawa, miła i niezwykle modna. Pewnego dnia, gdy podziwiałam pudełko, po prostu mi je dała. Miało idealną wielkość, by pomieścić paczkę papierosów, prawko i dwadzieścia dolców. Kiedy próbowałam wydobyć trochę pieniędzy z mojego kochanego blaszanego portfela, by zapłacić za kolejkę, Nora machnęła odmownie ręką.

Spytałam, gdzie była przez te wszystkie miesiące. Nora rzuciła na mnie okiem, po czym zaczęła opowiadać. Spokojnie wyjaśniła, że przyjaciel jej siostry, który miał „znajomości”, wpro- wadził ją do światka przemytu narkotyków. Wyjechała do Europy, gdzie otrzymała profesjonalne szkolenie przemytnicze
z rąk amerykańskiego handlarza sztuką, który również miał „znajomości”. Przeszmuglowała narkotyki do USA i została za to sowicie wynagrodzona.

Rozłożyło mnie to. Dlaczego Nora opowiadała mi te wszystkie rzeczy? Co, jeśli pójdę na policję? Zamówiłam następnego drinka, prawie pewna, że Nora wszystko to zmyśliła i był to po prostu najgłupszy patent na podryw, o jakim kiedykolwiek słyszałam.

Spotkałam już wcześniej siostrę Nory, gdy przyjechała z wizytą. Miała na imię Hester i była okultystką. Po jej obecności pozostawał szlak amuletów i talizmanów wykonanych z kurzych kości. Myślałam wtedy, że była po prostu heteroseksualną kopią swojej siostry w wersji Wicca. Jednak, jak się okazało, w rzeczywistości była kochanką jednego z ważniejszych zachodnioafrykańskich bossów narkotykowych. Nora opisała, jak wraz z Hester pojechały do Beninu, gdzie spotkały samego szefa, który zwał się Alaji i wyglądał jak żywa kopia MC Hammera. Była gościem
w jego kompleksie i przeszła przez szereg obrzędów odprawianych przez jego szamanów, po których oficjalnie uznano ją za jego bratanicę. Wszystko to brzmiało okropnie, przerażająco, tajemniczo i dziko – i jednocześnie niewyobrażalnie ekscytująco. Nie mogłam uwierzyć, że Nora, której powierzono tyle strasznych i pociągających jednocześnie tajemnic, dzieliła się nimi teraz ze mną.

Wydawało się, że zdradzając mi te sekrety, Nora związała mnie ze sobą. I tak zaczęły się potajemne zaloty. Nikt nie mógł-by nazwać Nory klasyczną pięknością, ale miała dość czaru
i dowcipu, była też mistrzem ukrywania wysiłku – wszystko
potrafiła robić od niechcenia. A ja, jak zawsze, łatwo dawałam
się złapać ludziom, którzy polowali na mnie konsekwentnie
i z pełną determinacją. Nora uwodziła mnie cierpliwie i nieustannie.

Przez następne miesiące bardzo się do siebie zbliżyliśmy i dowiedziałam się, że kilku gości w okolicy, których znałam już wcześniej, pracuje dla niej. Kusiła mnie nielegalna przygoda, której Nora była symbolem. Kiedy wyjeżdżała na dłużej do Europy lub południowo-wschodniej Azji, bez namysłu wprowadzałam się do jej mieszkania i opiekowałam jej ukochanymi kotkami, Edith
i Dum-Dum. Dzwoniła wtedy o dziwnych porach (zazwyczaj
w środku nocy) z drugiej części globu, by dopytać się, jak się mają kociaki, a w słuchawce trzeszczało i piszczało z powodu odleg-łości, jaka nas dzieliła. Wszystko to trzymałam w tajemnicy – unika-łam pytań moich – i tak już mocno zaciekawionych – przyjaciół.

Ponieważ cały proceder odbywał się gdzieś daleko, nie mia-łam pojęcia o tym, jak wygląda rzeczywistość przemytu narkotyków. Nie znałam nikogo, kto brał heroinę – nie myślałam też
o cierpieniach, jakie towarzyszą uzależnieniu. Pewnego wiosennego dnia Nora wróciła do domu z nowiutką miatą cabrio i walizką pełną pieniędzy. Wywaliła całą kasę na łóżko i tarzała się
w niej, naga, chichocząc. Była to jej największa, jak dotychczas, wypłata. Wkrótce potem szalałam po okolicy w miacie z Lennym Kravitzem w głośnikach, dopytującym ciągle: „Czy pój-dziesz ze mną?”.

Pomimo (a może właśnie z powodu) dziwnej, romantycznej relacji z Norą, wiedziałam, że muszę się wydostać z Northampton i coś ze sobą zrobić. Razem z moją przyjaciółką Lisą oszczędzałyśmy napiwki i zdecydowałyśmy, że rzucimy robotę w browarze i z końcem lata wyjedziemy do San Francisco. Lisa nie miała pojęcia o ciemnych sprawkach Nory. Kiedy powiedziałam Norze o swoich planach, odparła, że bardzo by chciała mieć mieszkanie w San Francisco i zasugerowała, by polecieć tam i poszukać czegoś ładnego. Byłam zszokowana tym, jak poważnie mnie traktowała.

Zaledwie kilka miesięcy przed wyjazdem z Northampton, Nora dowiedziała się, że musi wrócić do Indonezji.

– Pojedź ze mną, dotrzymasz mi towarzystwa – zasugerowała. – Nic nie musisz robić, po prostu mi potowarzyszysz.

Nigdy w życiu nie byłam poza Stanami Zjednoczonymi.
I chociaż miałam właśnie rozpocząć nowe życie w Kalifornii, to perspektywa wyjazdu była niezwykle kusząca. Chciałam przygody i Nora mogła mi taką przygodę dać. Kurierom, którzy wyruszali z nią w podróże do egzotycznych miejsc, nigdy nic się nie stało – wracali cali i zdrowi z ekscytującymi opowieściami, które mogła usłyszeć tylko grupa wybrańców. Próbowałam sobie tłumaczyć, że nie ma nic złego w dotrzymywaniu Norze towarzystwa. Dała mi pieniądze na bilet z San Francisco do Paryża
i powiedziała, że w biurze Garuda Airna na lotnisku Charlesa de Gaulle’a będzie na mnie czekać bilet na Bali. Proste.

Przykrywką dla nielegalnych działań Nory była historyjka, że ona i jej wspólnik – obdarzony kozią bródką gość o imieniu Jack – uruchamiają magazyn literacko-artystyczny. Budziło to wiele pytań, przedsięwzięcie było zbyt mgliste, by służyć za przykrywkę. Kiedy wytłumaczyłam swoim przyjaciołom i rodzinie, że przenoszę się do San Francisco, gdzie będę pracowała i podróżowała dla magazynu, wszyscy byli zdziwieni i podejrzliwi.
Ignorowałam ich pytania, roztaczając wokół siebie atmosferę tajemniczej kobiety. Gdy wyruszałam z Northampton na zachód razem z moją kumpelą Lisą B., czułam, że wreszcie zaczynam swoje życie. Byłam gotowa na wszystko.

Jechałyśmy z Lisą bez postojów z Massachusetts do granicy Montany, na przemian śpiąc i prowadząc. W środku nocy zatrzymałyśmy się na parkingu, gdzie po przebudzeniu ujrzałyśmy niezwykły, złoty, montański świt. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek była bardziej szczęśliwa. Pokręciłyśmy się trochę po krainie wielkiego nieba, popędziłyśmy przez Wyoming i Nevadę, by wreszcie przekroczyć Bay Bridge i znaleźć się w San Francisco. Musiałam zdążyć na samolot.

Czego mogłam potrzebować w Indonezji? Nie miałam bladego pojęcia. Spakowałam małą torbę podróżną L.L. Bean,
miałam w niej parę czarnych jedwabnych spodni, sukienkę, dżinsowe szorty, trzy T-shirty, koszulę z czerwonego jedwabiu, czarną minispódniczkę, mój sprzęt do biegania i parę czarnych kowbojek. Byłam tak podekscytowana, że zapomniałam spakować strój kąpielowy.

Po przylocie do Paryża udałam się wprost do biura Garuda Air, by dostać swój bilet na Bali. W życiu o mnie nie słyszeli. Spanikowałam, usiadłam w lotniskowej restauracji, zamówiłam kawę i próbowałam zdecydować, co zrobić. Było to w czasach, gdy
e-maile i komórki wciąż jeszcze stanowiły pieśń przyszłości i nie miałam pomysłu, jak skontaktować się z Norą. Założyłam, że musiało nastąpić jakieś nieporozumienie. Wreszcie zebrałam się, poszłam do kiosku, kupiłam przewodnik po Paryżu i znalazłam tani hotel, ulokowany niedaleko centrum w szóstej dzielnicy. Moja jedyna karta kredytowa miała bardzo niski limit. Ze swojego małego pokoju mogłam oglądać dachy Paryża. Zadzwoniłam do Jacka, przyjaciela Nory, a teraz jej partnera biznesowego w Stanach. Jack był złośliwy, wyniosły i miał obsesję na punkcie prostytutek. Nie zaliczał się do moich ulubieńców.

– Utknęłam w Paryżu. Nic z tego, co mówiła Nora, się nie zgadza. Co mam robić? – spytałam go.

Jack był mocno poirytowany, ale zdecydował, że nie może mnie zostawić samej sobie.

– Znajdź przedstawicielstwo Western Union. Jutro prześlę ci pieniądze na bilet.

Przelew nie doszedł jeszcze przez kilka następnych dni, ale jakoś mi to nie przeszkadzało. Podekscytowana włóczyłam się po Paryżu, chłonąc wszystko. W porównaniu z francuskimi kobietami, wyglądałam jak nastolatka, więc kupiłam parę delikatnych i pięknych szydełkowych pończoch do moich martensów
i minispódniczki. Nie miało dla mnie znaczenia, czy kiedykolwiek opuszczę Paryż. Byłam sama i byłam w niebie.

Kiedy wysiadłam z samolotu po dusznym, trzynastogodzinnym locie z Paryża na Bali, byłam ogromnie zdziwiona, widząc czekającego na mnie kolegę z pracy w browarze, Billy’ego. Górował wzrostem nad Indonezyjczykami, z wielkim uśmiechem na tej jego piegowatej twarzy. Mógłby być moim bratem – miał blond włosy i niebieskie oczy.

– Nora czeka w hotelu. Zakochasz się w tym miejscu! – powiedział.

Gdy spotkałam się z Norą w naszym luksusowym pokoju, poczułam się z nią nagle strasznie nieswojo w tym dziwnym otoczeniu. Jednak ona zachowywała się, jakby wszystko było w zupełnym porządku.

Bali to były istne bachanalia: dnie i noce opalania się, picia
i tańczenia do późna z ekipą gejowskich chłopców Nory i pięknych miejscowych, którzy chcieli nam pomóc pozbyć się pieniędzy. Bawiliśmy się również z młodymi Europejczykami i Aus- tralijczykami, których spotykaliśmy w klubach przy plaży Kuta. Poszłam na uliczny targ, by kupić strój kąpielowy i sarong, targowałam się o rzeźbione maski i srebrną biżuterię i wracałam bocznymi uliczkami NusaDua, rozmawiając z przyjaznymi tubyl-cami. Były też i inne rozrywki – wyprawy do świątyń, przejażdżki wodną paralotnią i nurkowanie. Instruktorzy nurkowania na Bali wręcz uwielbiali moje długopłetwe, ozdobione klejnotami i eleganckie niebieskie ryby, które wytatuowałam sobie na karku
w Nowej Anglii. Sami też chętnie pokazywali mi swoje tatu-
aże. Cały ten wspaniały nastrój przerywały jednak napięte telefoniczne rozmowy między Norą i Alajim lub między Norą i Ja-ckiem.

Zasada całego interesu była całkiem prosta. Z Zachodniej Afryki Alaji dawał znać ludziom w Stanach, że miał gotowe „kontrakty” na „jednostki” narkotyków (zazwyczaj były to specjalnie przygotowywane walizki z heroiną wszytą pod podszewkę) – mogły one pojawić się w każdym miejscu na świecie. Ludzie tacy jak Nora czy Jack (najprościej mówiąc: podwykonawcy) zajmowali się transportem walizek do Stanów, gdzie były one oddawane anonimowemu odbiorcy. Sami musieli znaleźć sposób na organizację transportu – rekrutować kurierów, trenować ich w sztuce przechodzenia, tak by nie zostać zdemaskowanym przez kontrolę celną, płacić za ich „wakacje” i wypłacać wynagrodzenia.

Nora i Jack nie byli jedynymi osobami, z którymi współpracował Alaji. Nora ścigała się teraz o przejęcie biznesu Alajego
z Jonathanem Bibby, „handlarzem sztuką”, który ją trenował. Napięcie, które obserwowałam w Norze, brało się z niepewności, ile „kontraktów” będzie dostępnych, czy ona i Jack będą w stanie im sprostać, czy narkotyki rzeczywiście dojdą na czas – wszystkie te elementy zmieniały się z dnia na dzień. Robota wymagała dużej elastyczności i dużej gotówki.

Kiedy kończyły się pieniądze, byłam wysyłana po przelewy od Alajego w różnych bankach – co samo w sobie też było przestępstwem, chociaż nie zdawałam sobie z tego sprawy. Pewnego razu, gdy zostałam wysłana na jedną z takich wypraw do Dża-karty, jeden z przyszłych kurierów poprosił mnie o podwiezie-nie. Był młodym gejem z Chicago, stylizującym się mocno na gota, ale na podróż jakoś się doprowadził do normy i wyglądał jak wzorowy uczeń prywatnego liceum. Znudził go już wygodny hotel. W czasie długiej i dusznej jazdy przez ciągnące się w nieskończoność miasto fascynowały nas korki, klatki z warczącymi szczeniakami na sprzedaż, ustawione wzdłuż drogi i niezwykły przekrój społeczny, który oferuje południowoazjatycka metropolia. Na światłach napotkaliśmy żebraka, leżącego na ulicy i proszącego o jałmużnę. Jego skóra była czarna od słońca i nie miał nóg. Zaczęłam opuszczać szybę, by dać mu trochę z tych setek rupii, które miałam ze sobą.

Mój towarzysz jęknął i skulił się na swoim siedzeniu.

– Nie! – krzyknął.

Spojrzałam na niego z obrzydzeniem i zdziwieniem jednocześnie. Nasz taksówkarz wziął ode mnie pieniądze i podał przez okno żebrakowi. Dalej jechaliśmy w milczeniu.

Mieliśmy mnóstwo wolnego czasu. Relaksowaliśmy się w klubach na plażach Bali, w wojskowych salach bilardowych w Dża-karcie i klubach nocnych takich jak Tanamur, które właściwie były po prostu burdelami. Nora i ja robiłyśmy zakupy i maseczki lub podróżowałyśmy do innych części Indonezji – tylko we dwie. Nie zawsze jednak nam się układało.

W czasie wyprawy na Krakatoa wynajęłyśmy przewodnika, który miał nas poprowadzić przez góry pokryte gęstą, wilgotną dżunglą. To była gorąca i pełna potu eskapada. Zatrzymaliśmy się na lunch przy pięknym rzecznym stawie u szczytu wysokiego wodospadu. Po tym jak trochę popływałyśmy nago, Nora po-stawiła przede mną wyzwanie – to mało powiedziane – chciała, bym skoczyła z wierzchołka wodospadu, który miał dobre trzydzieści pięć stóp wysokości.

– Czy widziałeś, żeby ludzie stąd skakali? – spytałam naszego przewodnika.

– O tak, panienko – odparł z uśmiechem.

– Czy ty kiedykolwiek skakałeś?

– O nie, panienko! – odpowiedział, nadal z uśmiechem na twarzy.

No, ale wyzwanie to wzywanie. Naga zaczęłam powoli sunąć ku krawędzi skały, która wydawała się najlepszym miejscem do skoku. Wodospad huczał. Zobaczyłam pieniącą się, nieprzej-rzystą wodę w dole. Byłam przerażona i wszystko to nagle wydało się bardzo złym pomysłem. Skała była jednak śliska i gdy bezskutecznie próbowałam doczołgać się z powrotem niczym krab, zdałam sobie sprawę, że będę musiała skoczyć; nie było innego wyjścia. Zebrałam całą swoją siłę i odbiłam się od skały
w powietrze, wrzeszcząc, gdyż spadałam w głęboką, zieloną przepaść pod spodem. Wynurzyłam się przeszczęśliwa, śmiejąc się. Kilka chwil później Nora z wyciem skoczyła za mną.

Kiedy się wynurzyła, wydusiła tylko:

– Jesteś szalona!

– To znaczy, że nie skoczyłabyś pierwsza? Gdybym nie odważyła się skoczyć? – spytałam zaskoczona.

– Nie ma mowy! – odpowiedziała. Powinnam była wtedy zrozumieć, że Norze nie należy ufać.

Indonezja oferowała niekończące się doświadczenia, ale wszystkiemu towarzyszyło nieokreślone, mroczne poczucie zagrożenia. Nigdy nie widziałam takiej biedy jak w Dżakarcie ani takiego dzikiego kapitalizmu jak w wielkich fabrykach czy podczas rozmów prowadzonych z silnym teksańskim akcentem
w hotelowym lobby, gdzie swoje drinki sączyli dyrektorzy koncernów naftowych. Mogłaś spędzić całą godzinę, gawędząc sobie w barze z uroczym podtatusiałym Brytyjczykiem o urokach
San Francisco i jego medalowych chartach w Anglii, a gdy
wychodząc, brałaś jego wizytówkę, nonszalancko dodawał, że sprzedaje broń. Kiedy o zmroku wjeżdżałam windą na szczyt dżakarckiego Grand Hyattu i wychodziłam pobiegać do cichego ogrodu umiejscowionego na dachu, z torem do biegania, mogłam usłyszeć muzułmańskie wezwanie do modlitwy, niosące się przez całe miasto od meczetu do meczetu.

Po wielu tygodniach byłam jednocześnie smutna i odczuwałam ulgę, że przyszedł czas pożegnać się z Indonezją i udać się z powrotem na Zachód. Tęskniłam za domem.

Przez cztery miesiące mojego życia ciągle podróżowałam
z Norą, czasami wpadając do Stanów na kilka dni. Żyłyśmy
w ciągłym napięciu, a jednocześnie wszystko to było strasznie nudne. Poza dotrzymywaniem towarzystwa Norze, gdy ona doglądała swoich „mułów”, miałam niewiele do roboty. Włóczyłam się po ulicach tych dziwnych miast całkiem sama. Czułam się odcięta od świata, mimo tego, że go doświadczałam; byłam kimś bez celu i bez swojego miejsca. To nie była przygoda, której pragnęłam. Rodzinę okłamywałam nawet o najdrobnieszym aspekcie mojego życia, i miałam już serdecznie dość mojej „narkotykowej” ferajny.

Podczas krótkiego pobytu w Stanach, gdy odwiedzałam bardzo już podejrzliwą rodzinę, zadzwoniła do mnie Nora. Powiedziała, że muszę się z nią spotkać na lotnisku w Chicago. Lotnisko O’Hare było uważane za „bezpieczne”, cokolwiek to miało oznaczać, i tam lądowały narkotyki. Spotkałam ją w Congress Hotel na Michigan Avenue. Co za dziura, pomyślałam, przyzwyczajona już do Mandarin Oriental. Nora wytłumaczyła w krótkich, żołnierskich słowach, że mam następnego dnia polecieć do Brukseli z walizką pieniędzy. Musiała to zrobić dla Alajiego, a ja musiałam to zrobić dla niej. Nigdy mnie o nic nie poprosiła, ale teraz potrzebowała mojej pomocy. Gdzieś
w środku zdawałam sobie sprawę, że sama sobie zgotowałam ten los i nie mogłam powiedzieć „nie”. Byłam przerażona. Zgodziłam się.

d2pme34

Podziel się opinią

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d2pme34
d2pme34
d2pme34
d2pme34