Trwa ładowanie...
dzliamk
dzliamk

Na krawędzi uczuć

książka
Oceń jako pierwszy:
Na krawędzi uczuć
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
dzliamk
Na krawędzi uczuć
Materiały prasowe
Na krawędzi uczuć

Każda z bohaterek ma własny bagaż doświadczeń, własne spojrzenie na życie i własną decyzję do podjęcia. Mimo jesiennej pory wszystkie w tym samym czasie trafiają do nadmorskiego kurortu. Czego poszukują?
Edyta, pomimo mierzenia się z własnymi trudnościami, spróbuje wykorzystać swoją wiedzę i doświadczenie psychologa, aby pomóc nowym przyjaciółkom odzyskać wewnętrzną równowagę. Czy jednocześnie uda jej się znaleźć własne szczęście?
Sześć kobiet stojących na krawędzi tego, co jeszcze niedawno uznawały za udane życie. Sześć dramatów, nie zawsze wiodących do szczęśliwego zakończenia. Sześć świetnie wykreowanych historii. Anna Partyka-Judge spisała się na szóstkę, tworząc tę książkę. Gorąco polecam!
Hanna Greń, pisarka

Na krawędzi uczuć
Numer ISBN

978-83-7674-750-7

Wymiary

130x200

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

320

Język

polski

Fragment

Dzień rozpoczął się koszmarnym bębnie­niem w blaszany dach przybudówki.

– Do jasnej cholery! Trzeba jednak po­kryć ten durny dach jakimś lepszym ma­teriałem, bo zwariuję od tego łomotu – wycedziła przez zęby do leżącego obok Wiktora.

– Dobrze. Jutro się tym zajmę. Teraz po­zwól mi jeszcze pospać…

I Wiktor odwrócił się na drugi bok, ściąga­jąc z żony cienką kołdrę.

Baśka szturchnęła go, ale Wiktor pogrążył się ponownie w błogim śnie i nie reagował na dotkliwą zaczepkę.

Kobieta wstała więc z łóżka, zarzuciła szlafrok na cienką koszulę i poszła do kuchni zaparzyć kawę.

Włączyła radio. Jak zwykle o tej porze w ete­rze nie miała sobie równej muzyka nadawana w popularnej Trójce. Baśka wsłuchiwała się w sensacyjną soulową melodię, której przyda­wał znaczenia ciepły, głęboki głos Seala. Przy­mknęła oczy, słuchając. Czekała na powolutku ciurkającą z maszyny kawę. Aromat świeżo zmielonych ziarenek wdzierał się błogo do mózgu. Biodra Baśki bezwiednie zaczęły się kołysać. Otworzyła oczy, wyjęła filiżankę i do­pełniła ją odrobiną gorącego mleka i płaską łyżeczką cukru. Tanecznym krokiem przeszła z pełną filiżanką do stołu. Usiadła frontem do ogromnego okna, wychodzącego na bujnie zarośnięty ogród. Pierwsze kolorowe liście spadły na trawnik, a poranny, jesienny deszcz zmoczył je i dodał magicznego połysku. Kawa, Seal, a może jej wewnętrzne słońce sprawiło, że na niebie nieoczekiwanie zaczęło się prze­jaśniać i pierwsze promienie oświetliły wspa­niały jeszcze o tej porze roku ogród. Trawnik mienił się kolorami, ostatnie kropelki deszczu spadały z wielkich liści łopianu. Cóż za wspa­niały, piękny dzień!

Basia nie mogła oprzeć się pokusie, by tym razem stopy roztańczyły się pod stołem. Muzyka Seala wybrzmiała, pokój wypełni­ły jazzowe rytmy Michaela Bublé. Otępienie wywołane wyrwaniem ze snu minęło. Kobie­ta czuła już tylko przepełniającą ją wdzięcz­ność i dziwną, łaskoczącą radość w piersiach. Ten dzień jednak nie rozpoczął się kosz-marnie.

Zmieniła bieliznę nocną na strój do ćwiczeń. Rozłożyła matę na podłodze, wyłączyła radio, a do odtwarzacza CD wrzuciła płytę z muzy­ką relaksacyjną. Tym razem miała ochotę na kojący głos Devy Premal. Już nie pamiętała, jak odkryła tę piosenkarkę, o tak klarownym i spokojnym głosie, ale ostatnio podczas ćwi­czeń dość często używała płyty z jej mantra­mi do oczyszczania ciała i ducha. Rozpoczęła swój codzienny rytuał jogi. Rozciąganie mię­śni i stawów było tylko jednym z warunków doskonałego wejścia w kolejny ciężki, jak się spodziewała, dzień. Doktor Andryszewska powiedziała jej: „Kochana, pamiętaj, że ruch zastąpi ci wszelkie lekarstwa, natomiast żaden lek nie zastąpi ci ruchu”. Anna Andryszewska podsumowała jedynie to, co instynkt mówił Basi od wielu lat. Skupienie myśli i medytacja były dla niej magiczną pigułką na wszystkie problemy. Tę prawdę odkryła na własny uży­tek już dawno.

Wiele miesięcy temu doktor Andryszewska z Poradni Zdrowia Psychicznego poleciła jej lekcje jogi na wyciszenie i ogarnięcie skoła­tanych myśli, galopujących w głowie niczym stado rozjuszonych, dzikich koni.

Basia wówczas uśmiechnęła się tylko na tę podpowiedź. Tak, muszę wrócić do mojego ci­chego świata jogi! – pomyślała. – Wyciszanie umysłu i emocji, osiąganie stanu odprężenia, wewnętrznego spokoju i harmonii pomoże mi odzyskać radość.

Basia zjawiła się w gabinecie doktor And­ryszewskiej krótko po stracie pięciomiesięcz­nej ciąży. Z Wiktorem starali się o dziecko od długiego czasu. Po tragedii, jaka ich spotkała, nawet ukochany mąż nie mógł poradzić sobie z koszmarami nocnymi Basi, z ciągłym chli­paniem w łazience. Z rozsypywaniem cukru na blacie w kuchni, kiedy akurat, nabiera­jąc go na łyżeczkę, pomyślała, jak by to mo­gło być, gdyby dane jej było przygotowywać butelkę z mlekiem dla bobasa. Nie poma­gało przytulanie, kiedy Basia w środku lata siedziała na sofie i drżała, zwinięta w kłębek i owinięta kocem.

Załamanie nerwowe, jakiego doświadczyła po stracie dziecka, nie ustąpiło nawet po długiej rozmowie z doskonałym ginekologiem, jakim był profesor Ordutowski, prowadzący prywatną klinikę ginekologiczną. Basia była jego długoletnią pacjentką i miała do profesora ogromne zaufanie. Profesor, wysoki, postawny mężczyzna około pięćdziesiątki, lekko łysie­jący na czubku głowy, z głęboko osadzonymi czarnymi oczami i szerokimi brwiami, spra­wiał wrażenie twardego i nieprzystępnego. W gruncie rzeczy był ciepłym, miłym, pełnym empatii dla swoich pacjentek człowiekiem, a jednocześnie prawdziwym profesjonalistą w swoim fachu. Sam stracił dziecko i pierw­szą żonę, Alicję, w wypadku samochodowym, a dochodzenie do równowagi psychicznej za­wdzięczał właśnie doktor Andryszewskiej, z którą później się zaprzyjaźnił. Przyjaźń za­owocowała miłością i kolejnym małżeństwem. Profesor Andrzej Ordutowski doczekał się z Anną Andryszewską dwóch wspaniałych sy­nów. I choć jego miłość do Anny i chłopców rosła z każdym kolejnym dniem wspólnego życia, nie zapomniał o pierwszej żonie i ma­lutkiej Zosieńce.

– Moja droga, wszystko jest w porządku. Z wyników badań, jakie przeprowadziliśmy przez ostatnie cztery tygodnie, mamy jasny wniosek, że spokojnie możesz starać się o ko­lejną ciążę. Jesteś zdrowa. Macica jest czysta, a jajowody drożne. Owulacja przebiega nor­malnie. Twoje ciało mówi, że jesteś gotowa. Tylko czy ty zaakceptowałaś fakt pierwszego niepowodzenia i mentalnie jesteś gotowa na kolejną próbę? – spokojnie tłumaczył profe­sor, patrząc młodej kobiecie głęboko w oczy. Basia nie wytrzymała spojrzenia i spuściła wzrok. – Wiem, co przeżywasz. Jeśli jeszcze nie uporałaś się ze stratą, może skorzystasz z pomocy mojej koleżanki po fachu? Doktor Andryszewska ma wiele osiągnięć w rozsu­pływaniu mentalnych problemów swoich pa­cjentów. Przywraca ich do życia! Oto jej wi­zytówka, gdybyś chciała skorzystać z pomocy psychiatry.

Profesor Ordutowski podał zdumionej Basi wizytówkę i uśmiechnął się ciepło.

Wzięła kartę, podziękowała i wyszła z ga­binetu. Natychmiast po powrocie do domu zadzwoniła do poradni pod wskazany numer i umówiła się na wizytę.

Trzy dni później telepała się ze strachu pod drzwiami gabinetu doktor Andryszewskiej.

– Barbara Zamachowska, proszę! – W drzwiach gabinetu ukazała się gustownie i na czasie ubrana kobieta w wieku około czterdziestu pięciu lat. Uśmiech odsłaniał zdrowe i białe zęby, przyjacielsko wyciągnięta dłoń zapraszała do środka.

– Proszę usiąść i tak się nie denerwować. – Jej łagodny głos i ciepły uśmiech działały uspokajająco. Jeszcze przed chwilą Basia od­dychała szybko i płytko, co skrupulatnie zano­towała pani doktor. – Nazywam się Anna An­dryszewska-Ordutowska i od tej chwili jestem do pani dyspozycji. Zamieniam się w słuch. O czym chciałaby pani ze mną porozmawiać?

– Tak naprawdę to nie mam pojęcia, od czego miałabym zacząć – drżącym głosem po­wiedziała Basia.

– Proszę mi na początek opowiedzieć o so­bie; ile ma pani lat, czym się pani zajmuje, jak wygląda pani dzień, co panią cieszy, a co ostat­nio zasmuciło, z czym nie może pani sobie po­radzić – lekarka, patrząc Basi prosto w oczy, wyraziła, co chciałaby od niej usłyszeć. W jej głosie dało się słyszeć, że że nawet zadając pa­cjentce rutynowe pytania, zastanawia się nad każdym słowem.

Kwadratowy gabinet urządzono przyjaźnie, z wyczuciem i bez stylowego zadęcia czy roz­praszającej przesady. Duże, ciemne, dębowe biurko z obłymi zdobieniami po lewej stronie, przy nim wysoki skórzany fotel, wyglądający na bardzo wygodny, i drugi, nieco mniejszy, ale zapewne równie komfortowy, zajmowa­ły jedną trzecią pomieszczenia. Na biurku świeże kwiaty, duża owalna lampa z beżowym abażurem w delikatny koronkowy deseń, skó­rzany segregator na pisma, notes i pojemnik na ołówki. W prawym rogu pokoju ciemno­brązowa biblioteczka przepełniona książkami, niewielka sofa w beżowo-brązowe wytłacza­ne kwiaty z dużymi puchatymi poduszkami w każdym rogu i przewieszonym przez oparcie kremowym pledem. W rogu stała mała komo­da, a nad nią przepięknie oprawione owalne lustro. Lewą część pokoju zajmowały dwa skó­rzane worki sako ustawione naprzeciw siebie, a tuż przy ścianie wieża stereo. W gabinecie pachniało świeżością. Przez otwarte okno, w którym muślinowo-koronkowa firanka do­pełniała wrażenia elegancji całego wnętrza, wpadały ciepłe promienie słoneczne. Przytul­nie, bezpiecznie i przyjaźnie.

Basia ogarnęła pomieszczenie szybkim spojrzeniem, a zmysły podpowiedziały, że tutaj właśnie rozpocznie się jej transforma­cja. Rozsiadła się wygodniej na swoim fotelu i spojrzała w zielone, okrągłe oczy doktor Andryszewskiej. Wówczas to zauważyła ska­zę nad jej górną wargą. Nie taka idealna – przemknęło jej przez głowę.

– Nazywam się Barbara Zamachowska, mam trzydzieści cztery lata, pracuję we wro­cławskiej Akademii Sztuk Pieknych, gdzie prowadzę zajęcia z technik graficznych. – Ba­sia wzięła głęboki oddech. Odczekała chwilę. Doktor Andryszewska czekała cierpliwie na jej kolejne słowa. – Dwa lata temu zrobiłam doktorat, co pozwoliło mi awansować z po­zycji asystenta na stanowisko doktora-wy­kładowcy. Bardzo lubię pracę ze studentami, eksperymenty w pracowni, oczekiwanie na wyniki trawienia blachy w kwasach. To ro­dzaj cudu. – Młoda kobieta zamyśliła się, jak­by widziała przed sobą plątaninę linii, kresek i przenikających się wzorów.

– Brzmi fascynująco – odezwała się dok­tor Andryszewska, przywołując ją do rzeczy­wistości.

– Och, tak, przepraszam – zawstydziła się pacjentka.

– Ależ nie ma za co. Basiu, czy mogę się do pani zwracać po imieniu? Proszę do mnie mó­wić Anno. Łatwiej będzie się nam porozumie­wać bez tego sztucznego napuszenia. – Poło­żyła swoją dłoń na dłoni Basi, a ta poczuła się jak podczas spotkania z przyjaciółką.

– Tak, proszę, mów do mnie Basia. To bar­dzo miłe.

– Wróćmy więc do twojej opowieści, Basiu.

– Praca mnie fascynuje. Mogę się zamknąć w pracowni na całe godziny i nie widzieć resz­ty świata. Dopiero kiedy osiągnę zamierzony cel, zaczynam ponownie oddychać codzienno­ścią. Ostatnio zaczęłam uciekać do pracowni na coraz dłużej i dłużej. Nie miałam nawet ochoty widzieć męża. Nie udawało się nam… Anno, tak pragnęłam tego dziecka! Tak bar­dzo! I kiedy wreszcie się powiodło i zaszłam w ciążę, mogłam znów tańczyć i śmiać się w głos. Cieszył mnie każdy drobiazg.

Basia przerwała. Ciało napięło się ponow­nie. Twarz zesztywniała. Bezwiednie splotła palce obu rąk, aż zrobiły się białe od mocnego uścisku, i ściskała je coraz mocniej.

– Basiu! Oddychaj. Powoli nabierz powie­trza i jeszcze wolniej je wypuszczaj, proszę. – Anna nachyliła się do pacjentki, dotykając jej białych i zimnych knykci. – Teraz posta­raj się rozluźnić mięśnie… Powolutku wstań. Trzymam twoje ramiona. Nie przewrócisz się. Otwórz oczy. Popatrz, jesteśmy tu, w tym miłym pokoju. Usiądziemy teraz wygodnie na workach sako.

dzliamk

Podziel się opinią

Share
dzliamk
dzliamk

dzliamk
dzliamk
dzliamk