Trwa ładowanie...
d1eg2s0
d1eg2s0

Malinowa Trufla

książka
Oceń jako pierwszy:
Malinowa Trufla
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Malinowa Trufla
Materiały prasowe

Czy coś osiągnę? Nie wiem, spróbuję, odwrócę kolejną kartkę. Już się tak bardzo nie boję.

Elżbieta od zawsze czuła, że żyje jedynie „dla kogoś”, aby spełniać czyjeś potrzeby i wpasowywać się w cudzą wizję świata. Do jej codziennych smutków dokładają się nie tylko niedająca satysfakcji praca i problemy finansowe, ale również matka, o której miłość Elżbieta bezskutecznie walczy od dzieciństwa, oraz mąż, od lat nieprzejawiający chęci do pracy.

Kto by pomyślał, że ucieczkę od problemów i samotności rozpocznie od przybrania apetycznego pseudonimu? Może dzięki temu zrozumie, że to już najwyższa pora, aby wyrzucić ze swojego życia wszystkie „może”, „jeśli”, „wydaje mi się”, „raczej”, „właściwie” i „gdyby”, a zamiast nich wprowadzić więcej „na pewno”, „zdecydowanie” i „bez wątpienia”.

Czy deficyt miłości można jakoś wypełnić? Oto słodko-gorzka opowieść o emocjonalnej pustce zafundowanej przez życie. Dokąd przed nią uciec? I czy to na pewno najlepsze rozwiązanie? Iwona Walczak snuje narrację melancholijną, ale nie ckliwą. Ku refleksji.

Katarzyna Stec, blog Książki na czasie

Malinowa Trufla
Numer ISBN

978-83-7674-661-6

Wymiary

130x200

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

336

Język

polski

Fragment

Śliska droga do domu

Pozornie nic się nie zmieniło w drodze na moje osiedle, poza porą roku – Poznań zasypany był śniegiem. Tramwaj enerdowskiego pochodzenia wypluł mnie przez wąskie drzwi na placu Cyryla Ratajskiego.

– Dalej nie da rady – mruknął motorniczy. – Awaria prądu, przy takiej pogodzie wszystko może się zdarzyć!

Zmierzałam na przystanek autobusowy, energicznie brnęłam przez zaspy świeżego śniegu. Na Fredry spoj­rzałam na wieżę kościelną – było piętnaście po jedenastej. Późno. Towarzyszyło mi irracjonalne wrażenie, że w tej dzielnicy byłam wczoraj, co było przecież niemożliwe, bo od mojej ucieczki z domu minęło trochę czasu. Kilka mie­sięcy szczęścia to bardzo dużo, prawda?

Jeszcze parę dni wcześniej wielkim łukiem ominęłabym tę część miasta, to były miejsca święte, bo jeśli odwiedzałam je z Julianem, to musiały być namaszczone. On i ona. Oni. My.

Cudnie to brzmi.

Przyzwyczajałam się do niebytu, powinnam się ułożyć z faktami, wrócić do miejsc, gdzie jadaliśmy lunch, chodzi­liśmy na spektakle, koncerty. Spacerowaliśmy. Bywaliśmy. Nasza ławka w parku za Centrum Kultury „Zamek” była pusta, zatopiona w śnieżnym puchu, wyglądała, jakby na coś (a może na kogoś?) czekała; wystarczyłoby tylko strzepnąć śnieg, mróz nie byłby ważny.

Kilku przechodniów skracało sobie drogę między drze­wami z szadzią na gałęziach, przemierzając aleje skweru. Czuć było pośpiech, nerwowość, żeby zdążyć, zakończyć, wywiązać się, przygotować. A może w petardy się zaopa­trzyć i szampana dokupić? Nie miałam tego rodzaju pla­nów, snułam się po zakamarkach zranionej duszy, byłam zrozpaczona, a moje serce wyło z bólu. Tęskniłam. On i ja. Ja i On.

Był ostatni dzień 2009 roku.

Podjechał autobus i nagle strach wrócił. Widmo wro­giego domu, a przede wszystkim obawa przed powrotem tam. Po co? Dlaczego? Czy…? Właśnie, „czy” było tu naj­bardziej wątpliwe. Drzwi zamykają. Się. Jak zawsze, z ak­centem na „się”. To usłyszałam najpierw.

W przejściu natknęłam się oczywiście na wózek inwa­lidzki. Jak zawsze wypchany zniczami, siatkami z jedze­niem i foliowymi torbami, tarasował przejście. Uznałam, że to niedobry znak, skoro nawet w sylwestra, gdy zdecy­dowałam się wrócić, znowu się na nie natykam. Stara miała załzawione oczy i minę niczym doberman koleżanki, gdy ktoś chciał mu zabrać kość. Młodsza – jak zawsze harda – przypatrywała się ludziom, spojrzenie miała wrogie, świdrujące. Jej poświęcenie było bezdyskusyjne, o iro­nio! – jakże podobne do mojego. Porządek naszego, wspól­nego skądinąd, świata jest taki, że córka pomaga matce, matka jest naburmuszona i z córki zawsze niezadowolona. Właśnie tak, nigdy na odwrót. Ujemne emocje dawało się wyczuć z daleka, powód nie był ważny, dostać się mogło każdemu, za całokształt. Skąd ja to znam?! Przemknęłam obok, kierując się na tył autobusu, tam z ulgą klapnęłam na siedzenie.

Rozglądałam się, szukałam różnic, a może podobieństw do mojego „kiedyś”. Było kilka osób znanych mi z widze­nia, na szczęście dla mnie neutralnych. Znajomych „na słówko” nie było, ani tych na „co słychać”. Z ulgą przyję­łam fakt, że w autobusie na pewno nie ma Kapelusznika z Dużym Łbem i Wielkim Dupskiem. Uff!

Dojeżdżaliśmy na mój przystanek, mijaliśmy właśnie Osiedle Kopernika. Wszystko zasypał śnieg, trzeba było bardzo uważać na chodnikach i na jezdni. Zdrapywałam szron z okna, gdy nagle… Coś takiego! Przez skrawek szyby dojrzałam Kilkakrotną Wdowę. Wchodziła właśnie do kościoła – w białych kozaczkach za kolana i pod rękę z kandydatem do obdarowania jej kolejnym wdowień­stwem. Jak ona to robi? Niesłychane! Tym razem poczu­łam z nią dziwną więź.

Babiszony sposobiły się do wyjścia, młodsza sadowiła starą na wózku, torby z zakupami wieszała na ramieniu i na rączce wózka, rozpychała się. A ja się przyglądałam. Co tam! Mogę patrzeć, jeśli chcę, nikt mi już tego nie zabroni!

– Najlepiej na starych śmieciach swoje giry wąchać. Do­brze, że mnie do siebie zabierasz, Marianowa by mnie wy­kończyła! – zabulgotała stara, ignorując moje spojrzenie.

– No widzi mamusia. Teraz mamusia doceniła! – za­chrypiała młodsza. Zsunęła starej czapę z czoła i przy­warła do pomarszczonej suchej skóry matki spierzchnię­tymi ustami. Niezgrabnie to wyglądało, niezwyczajnie. Tak, jakby robiła to pierwszy raz. Odwróciłam się, bo ta czułość otwierała moją ranę. Usłyszałam głośne cmoknię­cie. Jakże im pozazdrościłam! I ja chciałabym budować ze swoją matką chociaż taką więź!

Była dwunasta. Zabiły kościelne dzwony, ich melodia brzmiała jak wdowi albo starczy rechot. W ten sposób wra­całam do niego, do niej, a nawet do odpadających klepek na posadzce i grzyba w łazience. Nieważna była wystająca, złamana sprężyna w kanapie, wracałam, żeby odzyskać swój dom, żeby od nowa budować swoje życie.

Wracałam, żeby być blisko niej, dużo bliżej niż kiedyś.

Dopóki sił, będę biegł…

Szłam powoli, uważałam, by się nie poślizgnąć, w ten sposób opóźniając powrót. W torbie niosłam pudełko z mosiężną kołatką. Cacko udało mi się wylicytować na aukcji internetowej dzień po tym, gdy przyszła ta okrutna wiadomość. To był śliczny, bardzo stary bzdecik. Przymo­cuję go na drzwiach wejściowych, nie na tych, które są te­raz – kupię nowe, bo na tych, obdartych przez psa, żadna kołatka nie będzie dobrze wyglądać.

Tak. Drzwi to pierwsza rzecz, o której powinnam pomyśleć. Na pewno nie będą brązowe ani beżowe. Na pewno! Kolor błękitny byłby intrygujący, mógłby być też turkusowy. Generalnie lubię wszystko, co pastelowe. (Bo teraz najważniejsze jest to, czego ja chcę, a nie, co inni preferują). O, jeszcze liliowy kolor też może być, taki ja­sny, dlaczego nie? Że co? Że te barwy nie są dobre do wykończenia domu w Wielkopolsce? Niech sobie gadają, a ja będę robić, co uważam za słuszne. (W końcu poko­cham ten dom!) Przy wejściu posadzę fioletowego klema­tisa, żeby wszystko do siebie pasowało. Pnącze na pewno szybko urośnie, odpłaci się mięsistymi kwiatami, kolorem obsypie wejście.

Wyobraziłam sobie, że do naszego domu będą pukać goście. Czy kiedy będą kołatać, dźwięk na pewno do mnie dotrze? Jaki będzie? Donośny i dźwięczny, czy delikatny, ci­chutki? Chcę, żeby był cichy! JA tego chcę. Ale ona na pewno będzie życzyła sobie donośny. Znowu będzie niezadowolona!

Ona, Babcia Krysta vel Krysta, moja matka.

Potknęłam się o zaspę, siatka wpadła w śnieg. Dźwiga­łam w niej wielkiego żółtego melona. Dla siebie. Prezent tak jakby. Od Juliana. Bo to on nauczył mnie delektować się egzotyką, cały świat mi dał na talerzu. Na wskazującym palcu zatknęłam uchwyt kartonika z marcepanami. Nie­wiele ich było, jeden w kształcie choinki, drugi – czekola­dowa imitacja kasztana. I mały słoik dżemu z suszonych fig też wiozłam. Dla Krysty. Lubiła słodycze. Kupowała sobie półkilogramową czekoladę, którą natychmiast zja­dała wielkimi gryzami. Żeby się tylko nie podzielić! Kilka razy ją przyłapałam. Udawała, że siedzi i odpoczywa, a po­liczki miała wypchane, jak napełnione powietrzem balony. Oczu w ogóle nie było widać. I krzyczeć na mnie wtedy nie mogła, a gdy miała puste usta, to owszem, ciągle się zdarzało. Wchodziłam w tę grę. Że nie zauważyłam, że nie jestem spostrzegawcza! Wychodziłam z pokoju i przez szparę w drzwiach podglądałam, jak balony ruszają się i ruszają, czasem bardzo długo, aż w końcu opadają, gdy już przeżuły czekoladowe mazidło.

W ogóle się z moją rodzinną traumą nie godziłam. To brzemię, którego bardzo chciałam się pozbyć. Ale nie mo­głam, a czas biegł i biegł… I tak sobie żyłabym jakoś…

Jednak stało się inaczej.

Rzut okiem na podły blaszak, a w nim zamknięty sklep spożywczy. To tam poznałam Malutkiego Sklepikarza, tam opowiedział mi swoją historię. Obok, zamiast wy­pożyczalni filmów z moim ulubionym Znawcą Arcydzieł za kontuarem, zastałam kolejny bar z szybkim żarciem. Zamiast szewca zapraszała pralnia. Ciekawe, jak długo. Na skraju mojej ulicy, za płotem sąsiadów, przywitały mnie dwa psie olbrzymy. Warowały przy siatce jak zwy­kle, nie było wyjątków – zima czy lato, wiosna czy jesień. Otwarły paszcze i zabulgotały. Fuj! Wstrzymując oddech, przemknęłam obok jazgoczących potworów. Byłam nie­daleko, już było widać dwa łyse modrzewie i wielkie so­sny, całe w śniegu.

Za naszym płotem senior Kędziora odgarniał śnieg ze ścieżki prowadzącej do ich ogrodu. On kochał pracę, ba­wił się obowiązkami. Niedobrze, gdy w pobliżu mieszka taki „społeczny przykład”. Kończył nucić swoją (i moją też) ulubioną balladę indiańską – „to nic… to nic… to nic… dopóki sił… jednak iść… przecież iść… będę iść… to nic… to nic… to nic… dopóki sił… będę szedł… będę biegł…”. Bez­wiednie zaczęłam powtarzać za Kędziorą: „dopóki sił, to nic, to nic, to nic”.

Otworzyłam furtkę, nie była zamknięta na klucz. Ciemno-zielona farba odłaziła z niej płatami, podobnie było na płocie. Bałam się wejść w tę już obcą dla mnie otchłań, w zimne mury z odpadającym tynkiem, bez oznak życia. Kroczyłam chodnikiem przed domem, a raczej dróżką z wybojami, w której od dawna brakowało kilkunastu ko­stek betonowych, przez co było jeszcze bardziej nierówno. Poślizgnęłam się. Wreszcie dotarłam do obgryzionych drzwi wejściowych; rudą bejcę wymył śnieg. Zamek był ten sam, wsadziłam klucz, przekręciłam.

– Dobrze, że pani wreszcie wróciła. Co tu się działo?! – Senior Kędziora jednak mnie dostrzegł.

– Dzień dobry. – Uśmiechnęłam się blado.

– Mówiła mi żona, że widziała, jak do pana Bogusia prawie codziennie zaglądała Kilkakrotna Wdowa. I taką niziutką waszą wspólną znajomą też ponoć ktoś przywo­ził. Potem pan Boguś ją odwoził do domu. I jeszcze kilka pań całkowicie nam nieznanych, ja sam też widziałem… Nic dziwnego, że pani matka się rozchorowała, ale ona już wcześniej musiała się źle czuć. Kiedyś zasłabła w kościele, a raz żona widziała ją siedzącą na przystanku autobuso­wym. Była taka bladzieńka, nikogo nie poznawała…

– Tak…? – udałam zdziwioną, po czym prędko we­szłam do domu.

Za drzwiami wdepnęłam w psie posłanie. Apatyczny Szaki łypnął na mnie i nawet nie wstał z wyliniałej skóry. Lekko zawarczał. Śmierdziało. Poza tym straszył wielki wór z pampersami XXL i zimowe buty Bogdana z poprzed­niego sezonu, z Tesco, za dwadzieścia złotych – ohyda. W lustrze na korytarzu szukałam swojego odbicia, a tam, wymizerowana, elegancka kobieta o niepewnym spojrze­niu rozpaczliwie szukała tego samego u mnie.

Tak. Boguś… Przecież to jest nadal mój mąż, z którym spędziłam wiele wieczorów, większość w milczeniu. Jed­nak mimo wszystko mąż, w zasadzie nieważne jaki. Nie mnie oceniać. Jeśli na takiego tylko było mnie stać, to i ta ocena mogłaby być nic niewarta.

Zatrzasnęłam drzwi wejściowe. Na schodach prowa­dzących na półpiętro panował zaduch. „Świeże powietrze zabija. Od smrodu jeszcze nikt nie umarł, ale od mrozu wielu”. Krysta często powtarzała tę herezję. A poprzedniej zimy doszła nowa opowiastka o tym, jak nasz dalszy sąsiad (moczymorda, że hej) zesztywniał na amen na działkach, w mroźną noc. Wóda go nie rozgrzała, a od mrozu i świe­żego powietrza zdechł! Takie wywody w naszym domu były na porządku dziennym. Buntowałam się, bo to nie ja, naprawdę, to ona miała pogardliwy ogląd rzeczywistości. Ech, szkoda dalej wymieniać.

Z Julianem było inaczej… Wszystko z nim było inne. On był inny, ja przy nim byłam lepsza, kobieca, zmysłowa, dużo bardziej wartościowa, więc i szlachetności nabyłam.

Rozglądałam się. No tak. To się porządzili! Na regale w przedpokoju nie było w ogóle moich rzeczy! Książek, słoni na szczęście, drewnianych ptaszków zbieranych od dzieciństwa, Baby-Jagi, portretu Żyda, pamiątek. Dosta­łam kiedyś w prezencie od ulubionej cioci śliczny stary serwis kawowy, istne cudo. Miniaturowe filiżanki miały złoty rancik i maleńkie uszka. Lubiłam je polerować, choć wcale tego nie wymagały, zawsze były lśniące i czyste. Na krzepiące, mocne espresso nadawały się idealnie. (Uwiel­biam się wzmocnić taką aromatyczną, małą kawką). Nie używałam ich, oszczędzałam na specjalne okazje. W zasa­dzie bałam się, że potłukę, że zniszczę, dlatego gościom zaparzałam kawę w porcelitowych kubkach kupionych na wagę. Zresztą któż do nas przychodził? Nikt ważny! Teraz o porcelanowych cudeńkach muszę mówić w czasie prze­szłym… Do siostry pewnie pojechały.

– Widzisz, co zrobiłaś z moją mamusią?! – krzyczała przedwczoraj do słuchawki Aga. Śliczne imię dali mojej siostrze. Agnieszka dzień wcześniej wyrzuciła mnie ze zna­jomych na Naszej Klasie i na Facebooku. Jej dzieci też to zrobiły. Szwagier na razie nie. Ona lubiła mnie ranić, ob­winiać, choć prawie nigdy nie miała racji. A może miała? Sama nie wiem. Tym razem nie powinnam się sprzeczać, mój cel był dużo poważniejszy, był misją. Wróciłam, żeby Matkę wyciągnąć z paraliżu. Żeby jeszcze sobie pożyła. Po policzku zaczęły mi płynąć łzy.

To nie tak ma być, że będę miękka, to nie tak. Weszłam do łazienki, w dłonie nabrałam zimnej wody, spryskałam oczy, wytarłam nos. Wstydziłam się łez, nie jest rozsądnie pokazywać światu słabość, to już wiedziałam. Puściłam mocniej strumień, ochlapałam twarz, a nawet włosy. Osu­szyłam się zielonym ręcznikiem z azteckim wzorem (lubię zielony kolor, optymistyczny jest, wprawia mnie w lepszy nastrój). Jeszcze raz przyłożyłam ręcznik do oczu. Było dużo lepiej, mogłam się rozejrzeć.

Wówczas doznałam szoku. Ściany w łazience zostały wyrównane i pomalowane brzoskwiniową farbą! Były ide­alnie równe! Nie czułam zapachu wrogości, którą latami chłonęły. Nie zauważyłam też absolutnie żadnego pająka czy śladów pajęczej nici. Muszla klozetowa nowa. Czysta. I umywalka też. W wannie ktoś zamontował nowy syfon i bielusieńkie sitko. Wypucowana terakota odzyskała mio­dowy kolor. Odetchnęłam; pachniało jabłkiem, piękna woń. Stałam jak posąg, albo nie: jak klinkierowy filar, to brzmi lepiej, bo generalnie lubię klinkier. Zmiana była tak nieprawdopodobna, że musiała być prawdziwa. Poszłam do kuchni. Rękoma oparłam się o stół.

Czekałam na karetkę. Lekarz zatroszczył się o wszystko, miał nie ujawniać mojego udziału. Czas płynął. Tik-tak, tik-tak. Nasłuchiwałam, opierając się o stół, aż zdrętwiały mi nadgarstki. Na stole ktoś postawił papierową torbę. Zajrzałam. To gryka z mojego tobołka pod głowę. Miała podobno powstrzymywać zwyrodnienia kręgów szyjnych. Tak pisali. Bujda! Obok torby leżała wyprasowana żółta powłoczka, a przy niej kartka.

„Nie wsypuj, Elżuniu, gdy wrócę, to Ci pomogę. Wszystkie bibeloty umyłem, nie martw się, nie zginęły, są w piwnicy. Wieczorem możemy je razem poustawiać w kredensie. Rozpoczniemy nowy rozdział. Bogdan”.

Podziel się opinią

Share
d1eg2s0
d1eg2s0
d1eg2s0
d1eg2s0
d1eg2s0