Trwa ładowanie...
Piotr Zychowicz jest dziś uznawany za jednego z najlepszych historyków w Polsce
Piotr Zychowicz jest dziś uznawany za jednego z najlepszych historyków w Polsce (Domena publiczna)

Piotr Zychowicz dotarł do relacji świadków zbrodni wołyńskiej: Dookoła trupy i ofiary

11 lipca 2019 r. minęło dokładnie 76 lat od kulminacji zbrodni, w wyniku której z rąk ukraińskich nacjonalistów zginęło ok. 100 tys. Polaków, w tym niewinne kobiety i dzieci. Piotr Zychowicz nikogo nie broni, ale z bezstronnością opisuje wstrząsającą przeszłość.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

W swojej najnowszej książce Zychowicz opisuje genezę zbrodni wołyńsko-galicyjskiej i przytacza relacje polskiego podziemia. Opisuje m.in, jak dowództwo Armii Krajowej zlekceważyło banderowskie zagrożenie, ponieważ skupiło się na szykowaniu przyszłego powstania.

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Rebis publikujemy fragment książki "Wołyń zdradzony. Czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA". Tekst został zaczerpnięty z rozdziału "Polska nas zawiodła". Fragmenty pisane kursywą pochodzą z dokumentów i relacji, do których dotarł autor.

"Polska nas zawiodła" (fragmenty)

Dla Polaków z Wołynia bierność Armii Krajowej wobec banderowskiego ludobójstwa była szokiem. Mieszkańcy ziem wschodnich Rzeczypospolitej zawsze należeli do najbardziej patriotycznej części narodu polskiego. Oddaleni od centrum państwa mieli skłonność do idealizowania Polski. Byli przekonani, że ich ukochana Ojczyzna pamięta o swoich synach i córkach, którym przyszło żyć na wysuniętych rubieżach Rzeczypospolitej. Wierzyli, że w chwili próby Polska zatroszczy się o nich i obroni. Przybędzie na ratunek.

Nie po to w dwudziestoleciu międzywojennym Warszawa przysłała na Wołyń 200 tysięcy Polaków, żeby teraz porzucić ich na pastwę losu. Niestety Polska ich na pastwę losu porzuciła. Gorzej, porzuciła ich na pastwę banderowców. W najbardziej dramatycznym okresie w dziejach polskiej społeczności Wołynia zostawiła ją na lodzie. Jak ubogich krewnych, od których nieszczęścia z niesmakiem odwraca się oczy. Wołyniacy przyjęli to z bezbrzeżnym zdumieniem i niedowierzaniem, które z czasem przeszły w równie wielkie rozgoryczenie i żal.

Szczególnie że prasa konspiracyjna szmuglowana w 1943 roku na Wołyń z Generalnego Gubernatorstwa mamiła tamtejszych Polaków rychłą pomocą. Robiła im złudne nadzieje, że w obliczu banderowskiego zagrożenia nie zostaną pozostawieni samym sobie.

Źródło: East News

"Ciężkie są ponoszone ofiary, ale Polacy kresowi wytrwają w ogniu przeciwności – pisały w numerze czerwcowo-lipcowym "Nasze Ziemie Wschodnie”. Przez swoją dyscyplinę moralną i wiarę w lepsze jutro. Cała Polska sposobi się z rychłą dla nich odsieczą. Odsiecz ta nie zawiedzie".

Jak wiadomo, odsiecz ta zawiodła… Nie potrafię zrozumieć, jak można było być tak okrutnym i składać mordowanym rodakom obietnice, które nie miały żadnego pokrycia w faktach. Żeby podtrzymać ducha? Osłodzić konanie? Doprawdy, trudno to pojąć. W archiwum Adama Bienia, pierwszego zastępcy delegata rządu na kraj i przewodniczącego Rady Narodowościowej, zachował się wstrząsający list napisany na początku listopada 1943 roku przez Polkę, która przeżyła banderowski pogrom na przedmieściach Kiwerc. Mieszkających tam Polaków uratowało to, że w miasteczku stacjonowali niemieccy żołnierze i rodacy wcieleni przez okupanta do zmilitaryzowanej policji pomocniczej.

"Nasze mieszkanie podziurawione jak sito"

"Nasze mieszkanie podziurawione jak sito– relacjonowała zrozpaczona kobieta. W mieszkaniu ogień się sypał. Mnie to zastało w łóżku, ale zdążyłam się zwlec na podłogę z dziećmi i na brzuchu doczołgałam się do piwnicy. Mieli plan usunąć straże, a za nimi pełen las z nożami i różnymi bandyckimi przyborami. Odparli ich jednak, ale nie na zawsze. Dookoła ognie i zbrodnia. Klepaczówka, Katarzynówka, Nieborka wyrżnięte. Nikt nie zginął od kuli, tylko w straszny sposób mordowani. Dzieci do ścian gwoździami przybijali. Widziałam te trupy, na cmentarz do Kiwerc przywieźli. Wojsko [niemieckie] niosło. Jedna masakra. To nie trupy ludzkie, tylko kupa gnoju. Dookoła pachnie. Straszne chwile przeżywamy. Ze wsiami już prawie koniec. Teraz na Kiwerce mają chęć.

Źródło: PAP

Nie nocuję w domu. Muszę te dzieci ratować. My trudno żebyśmy się wydostali żywi. Ale wy pomścijcie nas. Męczcie ich tak, jak oni nas męczą! Te dzieci po lochach męczone. Całowałam po główkach dzieci w piwnicy i żegnałam się z nimi na śmierć. Jestem chora, nogi się pode mną chwieją. Na 13-go ma być największa rzeź, koniec Polaków na Ukrainie. Może Bóg nas nie opuści. Niemcy nas bronią i w nich mamy nadzieję. Dlaczego tam u was nic nie robią, dlaczego nie idziecie nam na pomoc? Nie mogę myśli skupić, ale szczęśliwa jestem, że już rano. Ale i noc też będzie. U mnie było najgorzej. Od smolarni szli, przeklęci. Nasza biedna policja ich odgoniła. Dziś już nie piszę, bo jestem pół pijana. Dokoła trupy i ofiary. Każdy Polak teraz śmierdzi trupem, chodzące żywe trupy".

Wydaje się, że list ten dobrze oddaje nastroje panujące wśród polskiej ludności Wołynia w roku 1943. Zarówno zwykłych włościan, jak i przedstawicieli miejscowej inteligencji. W warszawskim Archiwum Akt Nowych znajduje się z kolei memoriał reprezentantów ziem wschodnich skierowany do czynników kierowniczych Polskiego Państwa Podziemnego. Autorzy tego dokumentu, powstałego 1 września 1943 roku, nie szczędzili krytyki przywódcom konspiracyjnym, oskarżając ich o karygodną bierność.

"Czynnikom społecznym reprezentującym w stolicy Ziemie Wschodnie dziś przypada w udziale odwołanie się do Krajowych Władz Państwowych raz jeszcze z apelem o postawę czynną wobec krańcowej grozy sytuacji, jaka wytworzyła się na tych ziemiach".

Autorzy memoriału wskazywali na brak konsekwencji w postępowaniu Polskiego Państwa Podziemnego. Z jednej strony za pomocą swojej propagandy głosiło ono, że ziemie wschodnie powinny pozostać przy Polsce, z drugiej – nie podejmowało na ich terenie żadnych poważniejszych działań. Oddawało pole banderowcom i bolszewikom, a więc siłom, które do ziem wschodnich zgłaszały pretensje. O ile na terenie Generalnego Gubernatorstwa – dowodzili autorzy memoriału – strategia stania z bronią u nogi do czasu wybuchu powstania być może miała sens, o tyle na Wołyniu przynosiła katastrofalne skutki.

"Bandy ukraińskie” wyrzynały bowiem Polaków, a w terenie "nie odczuwało się działania zbrojnego ramienia” Rzeczypospolitej.

"Tragedię wołyńską – czytamy w tym dokumencie – której świadkami jesteśmy, musimy przypisać w równej mierze brakowi podjęcia w odpowiednim czasie kroków, które nie dopuściłyby do wybuchu akcji masowego mordowania ludności polskiej przez Ukraińców. W danym wypadku wystąpienie polskie było ułatwione przez to, że bandy morderców naraziły się również Niemcom i wystąpienie przeciw nim nie natrafiłoby prawdopodobnie na silną reakcję niemiecką. Ludność polska nie znalazła ochrony i padło tam wśród niej na pewno kilkadziesiąt tysięcy cennego materiału ludzkiego. Obecnie grożą podobne wypadki w województwach południowo-wschodnich".

Zobacz też: Piotr Zychowicz: Politycy wykorzystują historię do własnych celów

"Wystąpienia nie miały rezultatów"

Autorzy przypominali też, że od dłuższego czasu mieszkańcy ziem wschodnich zwracali się do Warszawy o ratunek. Wskazywali na słabość tamtejszych Polaków i wrogie nastawienie części Ukraińców.

"Niestety wystąpienia te nie miały rezultatów – pisali. – Toteż w okresie roku bieżącego wpływy dywersji sowieckiej i anarchii lokalnej pogłębiły się, ośmielone bezczynnością strony polskiej. Wysuwamy postulat, by polskie siły zbrojne w takiej czy innej postaci, czy jako AK, czy przez restytuowanie popularnego Korpusu Ochrony Pogranicza, czy jako oddziały organizacji paramilitarnych, ujawniły się na terenie Ziem Wschodnich, przynajmniej tam, gdzie są odpowiednie warunki terenowe i oparcie ludności. Najbardziej celowym wydaje się powołanie do życia przy Komendzie Głównej dowództwa dla całości oddziałów partyzanckich na Ziemiach Wschodnich.

Gdyby dowództwo wojskowe z takich czy innych przyczyn nie zdecydowało się na akcję, uważamy za konieczne popieranie inicjatyw różnych czynników lokalnych i grup ideowych, wzmocnienie i uzbrojenie korpusu bezpieczeństwa i zaopatrzenie w jak największą ilość broni wszystkich ośrodków polskich. Dotychczas straciło się tyle czasu, że dalsze zwlekanie może być katastrofalne".

Na zdjęciu Stefan i Stanisława Bojko wraz z dziećmi Rozalią i Edwardem. Z rzezi wołyńskiej ocalała tylko dziewczynka. Zdjęcie z książki „Dziewczyny z Wołynia”
Źródło: Materiały prasowe

Koszmarny zawód, jaki sprawiła Polska mieszkańcom Wołynia i innych części ziem wschodnich zagrożonych banderowskim ludobójstwem, oddają raporty powstałe we Lwowie na początku 1944 roku. Od połowy 1943 roku do miasta napływali falami uchodźcy z wymordowanych, spalonych polskich wiosek i miasteczek. Ich opowieści jeżyły włosy na głowie. Na własne oczy widzieli przecież piekło.

"Nasi bracia się nas wyrzekli"

Ludzie ci mówili jednak nie tylko o niewyobrażalnym bestialstwie oprawców spod znaku tryzuba. Opowiadali również o samotności i zapomnieniu. Uważali, że zajęte wojowaniem z Niemcami Polskie Państwo Podziemne nie interesuje się ich gehenną. O każdej wiosce w środkowej Polsce spacyfikowanej przez Niemców podziemne gazety rozpisywały się miesiącami, o ludobójstwie na Wołyniu wolały jednak milczeć. Rodziło to wśród ocalałych z rzezi poczucie krzywdy i żal wobec państwa polskiego i rodaków z centralnej części kraju. Nasi bracia się nas wyrzekli.

"Ludność czuje się opuszczona przez polskie czynniki rządowe – czytamy w meldunku lwowskiego podziemia z 22 lutego 1944 roku. – Pominięcie sprawy wołyńskiej lub zbywanie jej krótkimi wzmiankami przez oficjalną prasę podziemną sprawia wrażenie, że polskie władze tylko wtedy interesują się mordowaniem Polaków, jeśli mordercami są Niemcy. Gdy chodzi o Ukraińców, uważa się wiadomości o mordach najpierw za niesprawdzone, a wreszcie zrzuca się winę na wszystkich z wyjątkiem oczywiście głównych sprawców: nacjonalistów ukraińskich z OUN na czele. Tak patrzy na to tutejsze społeczeństwo".

Meldunek ten bez wątpienia należy do jednych z najbardziej wstrząsających dokumentów tamtej straszliwej epoki. Jego wymowa jest przerażająca. Wielu żołnierzy AK doskonale zdawało sobie sprawę z blamażu, jaki stał się udziałem ich organizacji na Wołyniu. Jednym z nich był dowódca Inspektoratu Sądowa Wisznia, którego gorzkie słowa zostały przytoczone w raporcie z 23 lutego 1944 roku. Oficer ten poddał w nim miażdżącej krytyce odezwy podziemnej armii wzywające polską ludność cywilną do "wytrwania za wszelką cenę” i nieuciekania z zagrożonych terenów.

"Zginęło tyle – niech ginie reszta"

"Widać brak opieki nad polską ludnością, brak organizacji – czytamy w tym dokumencie, zachowanym w Archiwum Akt Nowych. – Nie wiem, na co liczą czynniki kierujące w Warszawie, uważając ratowanie życia przed pewną śmiercią za panikę. Nie mogę w tej sprawie zabierać głosu, ale mimo wszystko wydaje mi się, że w sprawie ludności polskiej na Wołyniu coś nie było w porządku z naszej strony, że można było zająć się ludnością polską, obronić ją lub wywieźć na zachód. Skoro jesteśmy za słabi, aby zorganizować obronę ludności przed jej wytępieniem, dozwólmy przynajmniej, by sama ratowała swoje życie. Gdy będą ludzie, ziemię można odzyskać na nowo, ale ludzi się nie wskrzesi. Stanowisko zabraniające ewakuacji może być komentowane jako akt rozpaczy. Zginęło tyle – niech ginie reszta.

Wielu mieszkańców Wołynia przezornie uciekło ze swoich domów, rodzina Rozalii nie chciała porzucać dorobku życia. Na zdjęciu furmanka, czyli jeden z podstawowych pojazdów, jakim poruszali się mieszkańcy Wołynia. Zdjęcie z książki „Dziewczyny z Wołynia”
Źródło: Materiały prasowe

Inne komentarze podają to jako przykład kompletnej bezsilności czynników kierujących. Według mego zdania powinniśmy ocalić i wycofać ludność, która nie ma żadnych innych widoków ocalenia. Wydaje mi się, że naszym celem jest nie tylko walka z Niemcami, ale i obrona Polaków. Nie ulegam panicznym nastrojom, nie cofałem się i nie uciekałem ani przed bolszewikami, ani przed Niemcami, sam zgłosiłem się na ochotnika, by objąć placówkę na wschodzie.

Ale trzeba sytuację trzeźwo rozpatrywać i starać się uratować możliwie największą liczbę polskiej ludności w jakikolwiek sposób, a nie zostawiać jej bez kierownictwa, dyrektyw, obrony i pomocy. Albo organizacja skutecznej obrony – albo ewakuacja na zachód ludności polskiej. Innego wyjścia nie widzę. W przeciwnym razie cała polska ludność zostanie wymordowana".

Polacy ze wschodu Rzeczypospolitej przez stulecia przelewali krew w jej obronie. Zatrzymywali na swoich piersiach najazdy tatarskie, tureckie, kozackie i moskiewskie. Ginęli i cierpieli za Polskę na najtrudniejszym terenie. A kiedy to oni znaleźli się w niebezpieczeństwie, kiedy to oni potrzebowali pomocy, Polska się od nich odwróciła. Na tym właśnie polegała tragedia tych ludzi. Jej drugi wymiar.

Źródło: Materiały prasowe

"Społeczeństwo polskie milczało"

"Dotychczas, jak zawsze przedtem, społeczeństwo polskie milczało – czytamy dalej w meldunku z 22 lutego. – Milczy także i teraz, w ostatnim dramacie krwawych porachunków sąsiedzkich. I znając trochę Polaków, przyjąć się musi, że stanie się wszystko według ukraińskich planów. Wymordują nas!

I społeczeństwo polskie dalej nie piśnie słowem. Aby przypadkiem nie drażnić, aby nie było jeszcze gorzej! Tak argumentować będą, jak argumentowano, kiedy traciliśmy Wołyń. Kampanię wołyńską przegraliśmy dlatego tak sromotnie, że nie zdążyliśmy w czas zorganizować obrony. Zdawało się wszystkim, że istnieje tysiąc przyczyn i drugi tysiąc powodów i bezlik innych trudności, dla których grupy bojowe polskie nie mogą być wysłane do akcji na Wołyniu.

Zobacz też: Piotr Zychowicz: Gdy słuchałem opowieści świadków, łapałem się za głowę

Nie zdołano – podkreślamy ponownie – w czas wysłać w teren nawet organizatorów obrony. Strona atakująca była bardziej zdecydowana w ataku aniżeli nasza w obronie. W Małopolsce Wschodniej wróg atakuje nas w zupełnie identyczny sposób. I w zupełnie identyczny sposób reaguje dotychczas społeczeństwo całej Polski: czeka!"

I jeszcze apel z 5 marca 1944 roku:

"Polacy wołają błagalnie: broni, broni i jeszcze raz broni, skoro chcemy tu kiedyś w przyszłości wrócić. Słyszy się często takie głosy ze strony Polaków: gdzie nasz rząd, gdzie nasze władze? Co na to mówi Warszawa? Czemu nie przyjdą z jakąkolwiek pomocą?

W archiwach zachowała się olbrzymia liczba podobnych dokumentów. Listów, memoriałów, raportów i sprawozdań napisanych przez Polaków zagrożonych widmem banderowskiej eksterminacji. Mógłbym zacytować ich jeszcze wiele, nie chcę jednak dłużej znęcać się nad czytelnikiem, bo lektura tych skarg i apeli jest wstrząsającym przeżyciem. Napisali je bowiem ludzie, których spotkał najstraszliwszy cios. Ludzie porzuceni przez własną ojczyznę. Przez Polskę".

O autorze:

Piotr Zychowicz jest publicystą historycznym. Pisze o II wojnie światowej, zbrodniach bolszewizmu i geopolityce europejskiej XX wieku. W swoich koncepcjach nawiązuje do idei Józefa Mackiewicza, Władysława Studnickiego, Stanisława Cata-Mackiewicza oraz Adolfa Bocheńskiego. Był dziennikarzem "Rzeczpospolitej” i tygodnika "Uważam Rze” oraz zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika "Uważam Rze Historia”. Obecnie jest redaktorem naczelnym miesięcznika "Historia Do Rzeczy”. Absolwent Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego.

Polub WP Książki
Trwa ładowanie
.
.
.
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne