Trwa ładowanie...
d2xyfg5
d2xyfg5

Morderstwo pod cenzurą

książka
Oceń jako pierwszy:
Morderstwo pod cenzurą
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Wydawnictwo
Seria
d2xyfg5
Morderstwo pod cenzurą
Materiały prasowe
Morderstwo pod cenzurą

Komisarz Maciejewski wraca! W związku z wydaniem trzeciej części cyklu kryminałów retro Marcina Wrońskiego, A na imię jej będzie Aniela, Wydawnictwo W.A.B. wznowiło pierwszy i drugi kryminał z komisarzem Maciejewskim. W listopadzie 2010 roku ukazało się Morderstwo pod cenzurą, a w styczniu 2011 - Kino Venus. Lublin na kilka dni przed 11 listopada 1930 roku jest ogarnięty przygotowaniami do patriotycznego święta. Tymczasem redaktor naczelny lokalnej prawicowej gazety zostaje brutalnie zamordowany we własnym mieszkaniu. Śledztwo prowadzi Zygmunt „Zyga" Maciejewski, 30-letni policjant, od którego odeszła żona, za to nie opuściły go skłonności do abnegacji i pociąg do alkoholu oraz słabość do boksu. Pierwsze podejrzenia padają na redaktorów naczelnych dwóch innych lubelskich gazet. Tym bardziej, że jeden z nich to komunistyczny agitator, a o drugim krążą pogłoski, jakoby deprawował młodych chłopców. Maciejewskiemu nie ułatwia pracy ani nowy współpracownik, przydzielony mu z komendy wojewódzkiej, ani dość niesubordynowani podwładni. Kiedy rankiem w samo święto zostaje odnalezione ciało cenzora prasowego, sytuacja jeszcze bardziej się komplikuje.Międzywojenny Lublin ożywa pod piórem Marcina Wrońskiego jako wielokulturowe miasto, pełne kontrastów i tajemnic. Pisarz pieczołowicie odtwarza realia historyczne, świetnie prowadzi intrygę, nie skąpi humoru. Zagadka Morderstwa pod cenzurą trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Autor bez wysiłku odtwarza klimat Lublina lat 30. ubiegłego wieku, wprawnie porusza się po miejskich dekoracjach, nie tracąc z horyzontu tego, co najważniejsze - intrygi. Komisarz Maciejewski. Morderstwo pod cenzurą to pełnokrwista dochodzeniówka, opisująca śledztwo na poziomie najlepszych książek Agathy Christie, wzbogacona ironią rodem z powieści Dashiella Hammeta i urodziwie stylizowana na kryminał z przełomu XIX i XX wieku. Magdalena Michalska, „Dziennik" Wroński ma iście filmowe oko do detali, przewijających się jakby na obrzeżach kadru, gdzieś w tle, w głębi, w perspektywie ulicy. Dzięki takim właśnie rodzajowym obserwacjom „chwyta" nastrój miejsc, a także starannie unika pułapki pozbawionej życia powieści topograficznej. Michał Stanek,

Morderstwo pod cenzurą
Numer ISBN

978-83-7414-892-4

Wymiary

123x195

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

290

Język

polski

Fragment

Kiedy tylko podkomisarz, spóźniony ledwie pięć minut, wszedł do gabinetu, czekał już tam na niego Wilczek.- Co tak wcześnie na odprawę? - zapytał Zyga.Tajniak spojrzał niepewnie na Krafta, potem znów na Maciejewskiego.- No mów, co tam. Gajec przyuważył, że za nim chodzisz?- Gorzej, panie kierowniku - westchnął Wilczek. - Ten Gajec się powiesił. Sam pan kazał, żeby dyskretnie, dlatego wczoraj tak naprawdę nie ustaliłem nic prócz adresu i kilku znajomych. Zresztą nie było tego dużo, odludek. Dzisiaj miałem do tego wrócić, tylko że rano nie zjawił się w pracy i...- Skąd wiesz?- Był meldunek z Dwójki. Powiedzieli mi, jak przyszedłem na służbę.- Kto tam pojechał?Kraft zajrzał do papierów, które odebrał przy wejściu od dyżurnego przodownika. Jeszcze nie zdążył ich przerzucić.- Nie zgadłbyś! - Pokręcił głową. - Tomaszczyk. Dwie godziny temu.Maciejewski usiadł. To mu zupełnie nie pasowało. Tomaszczyk choćby z czystej złośliwości raczej poleciłby wyciągnąć Zygę z łóżka, niż samemu wziął się za typowo kryminalną, rutynową robotę. A jeśli nawet nie Zygę, to któregoś z jego wywiadowców.- Dlaczego on? - zapytał Krafta Maciejewski.- Miał dyżur domowy - powiedział zastępca. - Zgodnie z grafikiem. Do dyspozycji od szóstej rano był też Grzewicz. Fakt, mógł go kazać posłać, ale pojechał sam.- Ano właśnie... - zastanowił się Zyga. - Z Grzewicza żaden Sherlock Holmes, ale Tomaszczyk jeszcze tego nie wie. No i wcale nie trzeba rozumu, żeby spisać prosty raport.- Może komisarz Tomaszczyk lubi samobójców - zażartował Wilczek, drapiąc się po swoim ospowatym nosie.Lubi samobójców, powtórzył w myślach Maciejewski i nagle walnął pięścią w stół. Niebywałe, musiał chyba zarobić w głowę od Lennerta, że dopiero ta uwaga pomogła mu zobaczyć sens nowej układanki. A była przecież bardzo prosta! Tomaszczyk zgarnia Zakrzewskiego, Zakrzewski sypie, co widział Gajec. Słysząc to, Tomaszczyk pewnie poci się cały, bo wie o kimś, kto będzie bardzo niezadowolony z nieoczekiwanego świadka. Łapie za telefon i kilka godzin później Gajec ginie.- Kto jeszcze wiedział, że go obserwujesz? - zwrócił się do Wilczka podkomisarz. Tymczasem w głowie jak trybiki jakiegoś mechanizmu przeskakiwały mu fakty i nazwiska: Binder, Achajczyk, Jeżyk, Golder, teraz Tomaszczyk... Tu maszyna się zatrzymała, w jej trybach wyraźnie brakowało paru zębów. Klozetowa pornografia z „Wykwintnej" nie wyjaśniała, kogo uprzedził śledczy polityczny. Achajczyka, Goldera?! Tomaszczyk najbardziej by pasował Maciejewskiemu do Jeżyka; to bez wątpienia byli ludzie z podobnej gliny, no ale z cenzorem nie dało się już pogadać inaczej, niż urządzając seans spirytystyczny.- Kto wiedział?... - zastanowił się tajniak. - No pan, komisarz Kraft , ja... Więcej nikt, chyba nikt.- Nikt?! - warknął Zyga. - Już ja przycisnę tego komunistę! - Złapał z wieszaka płaszcz i kapelusz.- Ale o co chodzi? - zdążył tylko spytać zastępca.- Jeszcze nie wiem. Będę za godzinę! - Serwus, Józek. - Maciejewski rozpiął swoje okrycie i zsunął kapelusz na tył głowy. Drzwi celi zamknęły się za jego plecami.Zakrzewski siedział na stołku, przy starym stole, który zapewne służył więźniom jeszcze za cara. Pisał coś kopiowym ołówkiem na arkuszu papieru kancelaryjnego.- Serwus - kiwnął głową. - Miałeś dość zdziwioną minę, gdyśmy się minęli w komisariacie.- Skrzydło wprawdzie północne, za to osobna cela... - Podkomisarz rozglądał się po ścianach jak gość oceniający dopiero co wynajęty pokój w hotelu. Wyjrzał przez kraty. - O, z widokiem na synagogę! Dali ci nawet papier i ołówek. Sam widzisz, jacy jesteśmy humanitarni. W Sowietach jako polityczny już byś zbierał zęby z podłogi.- Burżuazyjna propaganda! - warknął poeta. - Poczytaj sobie lepiej relacje George'a Bernarda Shawa.- Stara rosyjska szkoła - skrzywił się Zyga. - Pokazali mu, co sami chcieli. Słyszałeś pewnie o wsiach potiomkinowskich? Ale ja nie na pogaduszki... - Podszedł do stołu. - Co tam smarujesz?- Nie chciałem gadać z Tomaszczykiem, więc kazał mi samemu spisać zeznanie. No to mu podaruję moje manifesty poetyckie.- Pokaż.Wśród skreśleń, nabazgranych szybką kreską nagich kobiet i iście dadaistycznych mazajów Maciejewski odczytał kilka gotowych strof: jesteś pan dobrym polakiemżona troje dzieci urządjakież dla ciebie dalekieme słowa ta cisza przed burzą lecz kiedy z sercem ściśniętymzadrżysz pod lufą browningazrozumiesz o czym skamlałymoje wierszydła. I dalej, napisane w rogu kartki, zapewne na użytek innego wiersza: z piasków z kośminka z bronowiczobaczysz ruszymy razempolicja cię nie obronidrżyj burżuazjo! - Do Pen Clubu to cię nigdy nie przyjmą - mruknął Zyga.- A ty się tam dużo znasz! - machnął ręką Zakrzewski.- „Browninga-wierszydła"? Albo ta „policja cię nie obroni"?! Nisko upadłeś, Józiu. Komuna mózg ci wyssała.- Recenzować przyszedłeś? - spytał urażony poeta. Rzucił papiery i przeniósł się na pryczę.- Dwie sprawy. - Podkomisarz przysiadł obok Zakrzewskiego. - Po pierwsze, przepraszam, że nie dałem rady cię stąd wyciągnąć. Ale jakim sposobem Tomaszczyk zdołał cię capnąć?- Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina - walnął się w piersi aresztant. - Jak w warszawskim szlagierze o Felku Zdankiewiczu. - I zanucił, nieco przekręcając słowa: Połóż się, Józiu, boś ty jest pijany,Połóż się Józiu, boś ty niewyspany.Kładzie się Józek do snu kamiennego,A kochanka jego do biura śledczego.Bajrum, tarira bajrum... - Coś ci nazbyt wesoło, jak na areszt! - przerwał ostro Zyga.Zakrzewski umilkł i patrzył przez chwilę wilkiem na podkomisarza, w końcu zapytał:- O co ci chodzi? Kobieta na mnie nakapowała, nie twoja wina. A jeśli masz jakiś interes, to mowy nie ma. Jesteśmy kwita.- Nie całkiem!Maciejewski nagłym skokiem powalił poetę na pryczę i przycisnął go do ściany. Zakrzewski próbował bić na oślep, ale z twarzą wciśniętą w zakurzony koc nie mógł się ruszyć, tracił oddech.- Ciekawi mnie twoje jakże celne skojarzenie, Józiu - ciągnął powoli wrednym tonem podkomisarz. - Nakapowała i szczęśliwa. A co ty nakapowałeś, że ci się tak gęba śmieje, co?!- Ku...wa, Zy...a... - dyszał aresztant - co ty?- Ja pytam: „Co ty?"! Co ty, królu złoty, nakapowałeś Tomaszczykowi? Wynosić się w cholerę, przesłuchuję osadzonego! - wrzasnął, słysząc, że klawisz gmera przy drzwiach.- Tak jest, panie komisarzu! - Pokrywa judasza spadła z cichym zgrzytem.- Nic, ...sięgam - wydusił Zakrzewski.- Nic? Jak sportsmen sportsmenowi?- ...ak, ku...wa, udusi...Maciejewski rozluźnił nieco uchwyt.- Gajec nie żyje - powiedział. - Załatwili go dzień po naszym spotkaniu. Jeśli to ty chlapnąłeś o nim Tomaszczykowi...- Zyga, weź się w łeb puknij! Najlepiej pałką... Ja bym sypnął Tomaszczykowi?! - Poeta był nie tylko wściekły, ale i autentycznie urażony.- Dobra. - Podkomisarz puścił go i wstał. - A jesteś pewien, że nie wypsnęło ci się jego nazwisko, cokolwiek? Przypadkiem.- Jestem doświadczony konspirator, wiesz przecież - powiedział z nutką dumy Zakrzewski.Maciejewski pominął milczeniem, co sądzi o umiejętnościach konspiratorskich lubelskich komunistów. Zbyt wiele słyszał od ojca i stryja o starym PPS-ie, aby zapewnienia redaktora „naszego sztandaru" mogły wywrzeć na nim wrażenie. No i wziął udział w jego zabawie w spiskowca na Krawieckiej.- Może tak cię przemaglował, że całkiem zdurniałeś?- Sam żeś zdurniał! - zaperzył się aresztant. - Choć mnie przesłuchiwał kilka godzin, cały czas powtarzałem to samo. Sam słyszałeś. On: „Jak się nazywasz?", a ja: „Dzierżyński". I w tę mańkę, aż mu się znudziło. Wiem lepiej od ciebie, że albo ma się obmyślony kit i w niego się leci, albo cały czas w zaparte. A żeby o Gajcu? W życiu! Wtedy musiałbym się wyśpiewać, że byłeś ze mną, bo i tak by doszli.- Lepiej nawet o tym nie myśl, Józiu. Niech cię Matka Boska broni! - poradził słodkim głosem Zyga. - Więc konkludując naukowo, nie ty?- Nie ja. Pod hajrem.Podkomisarz uśmiechnął się lekko. W ustach Zakrzewskiego ta knajacka przysięga brzmiała prawdziwiej, niż gdyby ją wypowiedział Zielny. Mimo że to poeta, a nie ulizany tajniak, studiował na lubelskim uniwersytecie i przez jakiś czas obracał się w wysnobowanych kręgach artystycznych. Miał pod skórą, w bebechach, autentycznego łobuza. I jeśli zarzekał się, że „pod hajrem", musiała to być szczera prawda.- Szlag! - warknął Maciejewski. Więc wyciekło od nas, dodał w myślach.- Ale co ty, Zyga? - Poeta był tak zdziwiony, że na chwilę zapomniał o wcześniejszej urazie. - No chyba nie Tomaszczyk załatwił naszego Gajca?- A to już, Józiu, nie twój interes. Najlepiej całkiem zapomnij o spotkaniu z Gajcem. Nie, żeby mnie kryć, to przyjacielska rada. Dla twojego bezpieczeństwa. Ręka? O ile wiem, hotel masz tylko na dwie doby, a jak wyjdziesz, dam ci rewanż na ringu.- Ręka. - Zakrzewski wyciągnął dłoń. - Gdybyś jednak mógł coś zrobić w mojej sprawie... Fakt, cela pierwszorzędna, ale strasznie tu nudno.- Pojęcia nie mam co, ale pomyślę. Tyle że znowu będziesz miał dług - dodał i załomotał w drzwi. - Strażnik!Na więziennym korytarzu rozbrzmiały kroki klawisza. Szczęknęła otwierana zasuwa. Jeszcze z Zamku Maciejewski telefonicznie polecił Kraftowi ściągnąć na komisariat Fałniewicza i Zielnego, mimo że zgodnie z grafikiem służbę zaczynali dopiero w południe. Kiedy dotarli, zamknął od wewnątrz drzwi gabinetu.- Coś się stało, panie kierowniku? - spytał zaniepokojony Fałniewicz.- Tu się ciągle coś dzieje - burknął Zyga. - Tu nie kaplica, tylko Wydział Śledczy. Wilczek, przypomnij sobie cały wczorajszy dzień. Godzina po godzinie. Z kim gadałeś, kto cię widział? Wreszcie jakim sposobem podkomisarz Tomaszczyk dowiedział się, że obserwujemy Gajca?Tajniak wyliczył kierownika biura w cukrowni, dozorcę, a posiłkując się zapiskami w notesie, odtworzył nawet całą drogę na Piaski i z powrotem.- Z nikim nie rozmawiałem o tej sprawie, panie kierowniku, jak Boga kocham! - walnął się w piersi. - Wróciłem, napisałem raport i zaraz go oddałem komisarzowi Kraftowi.- Panie kierowniku, może z Fałniewiczem przyciśniemy Dudarza? - zaproponował Zielny.- A może ja wystosuję oficjalne zapytanie do Tomaszczyka? - popukał się w czoło Zyga. - Wy dwaj pojedziecie ze mną na miejsce. Wilczek, do ciężkiej cholery, przecież was o nic nie oskarżam, ale musieliście popełnić jakiś błąd, nieostrożność... Jak zwał, tak zwał. No więc?- Panie komisarzu... - wtrącił się niepewnym głosem Kraft, zerkając nerwowo na tajniaków. - Pamięta pan, jak wczoraj do pana telefonowałem? Na Dwójkę - przypomniał. - Wtedy na chwilę zajrzał Tomaszczyk. Mógł usłyszeć.Maciejewski przypomniał sobie tamte słowa. Ledwie kilka zdań, jednak padły w nich aż trzy nazwiska: Gajec, Binder i Jeżyk. Jeśli ktoś wie, czego szukać, aż nadto informacji...Zyga już miał na końcu języka soczystą wiązankę, ale powstrzymał się przed obsobaczaniem zastępcy przy podwładnych.- Wilczek, jesteś wolny. Zielny i Fałniewicz, czekajcie tu na mnie. Pan, panie Kraft... Pan niech lepiej na razie do mnie nie dzwoni.Wybiegł i pognał korytarzem do pokoju, w którym ulokował się Tomaszczyk. Ten siedział przy biurku i pracowicie zapełniał arkusz papieru kancelaryjnego równym kaligraficznym pismem. Maciejewski zawsze uważał, że ludzie, którzy zbyt ładnie piszą, są podejrzani. Teraz był tego pewien.- Od kiedy to, Tomaszczyk, znasz się na robocie kryminalnej? - natarł na śledczego. - Dlaczego jedziesz na miejsce zbrodni, a ja dowiaduję się o tym po fakcie?- Piszę właśnie raport... - zaczął ten, poprawiając nerwowo okulary.- I bardzo dobrze, że piszesz, bo za pół godziny chcę go widzieć na biurku. Skoro masz za mało roboty ze swoimi politycznymi i mieszasz się do naszej, to znaczy, że jednak mi podlegasz. Nie tylko operacyjnie! - krzyknął Zyga.- Ale o co ci chodzi? Wytelefonowali mnie, to pojechałem. I jakie miejsce zbrodni? Facet się powiesił.- I ty to stwierdziłeś dzięki swym kancelaryjnym kompetencjom?! - warknął podkomisarz.Dwaj tajniacy polityczni, którzy byli w sąsiednim pomieszczeniu, szybko wycofali się na korytarz. Tomaszczyk odchrząknął i zdecydowanym ruchem nałożył skuwkę na wieczne pióro.- Nie ja, lekarz. Wszystko będzie w raporcie. - Na skroniach wywiadowcy pokazały się sine żyły, ale zaraz na jego twarz wypełzł śliski uśmiech. - Im dłużej będziesz mi przeszkadzać, tym później skończę.- Pół godziny! - powtórzył Zyga i trzasnął drzwiami, aż zatrzęsły się futryny.

d2xyfg5

Podziel się opinią

Share
d2xyfg5
d2xyfg5

d2xyfg5
d2xyfg5
d2xyfg5