Trwa ładowanie...
d24vxay

Zakon Krańca Świata (#2). , tom 2

książka
d24vxay
Oceń jako pierwszy:
Zakon Krańca Świata (#2). , tom 2
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Wydawnictwo
Zakon Krańca Świata (#2). , tom 2
Materiały prasowe

Lars Bergson jest Grabieżcą u szczytu sławy i możliwości, swobodnie poruszającym się między wymiarami, jednak nic nie trwa wiecznie. Tym razem szczęście opuszcza Berga, a życie dość mocno komplikuje się przez tajemnicze Drzewo, które go wzywa. I jest jeszcze Zakon Krańca Świata... Bohater staje się marionetką w sieci mocy, której nie potrafi ogarnąć umysłem, a prawda, która czeka na krańcu świata, jest porażająca... W poszukiwaniu Zakonu, Berg spotka różne charaktery, najczęściej te urodzone pod ciemną gwiazdą. Chyba nikt nie chciałby, jak Lars, stanąć na drodze morderczej ćmie, której śmiercionośne skrzydła zakończone kolczastymi ostrzami zmieniają ludzkie ciało w poszatkowane mięso... Na szczęście w tym mrocznym i postapokaliptycznym świecie, pojawi się też odrobina dobra. Autorka z gracją utkała napięcie i nastrój wszechogarniającego zagrożenia. Akcja raz wpędzona w ruch, nie daje się zatrzymać i pędzi niczym Berg na swoim dwukołowym Achillesie. Kossakowska wykreowała świat, który zarówno odrzuca swą bezwzględnością i brzydotą, jak i przyciąga z ogromną siłą. Po przeczytaniu powieści na długo nie będziecie ani chcieli ani mogli go opuścić.

d24vxay
Zakon Krańca Świata (#2). , tom 2
Numer ISBN

978-83-60505-02-1

Wymiary

125x195

Oprawa

miękka

Język

polski

Fragment

Światło, widoczne w szczelinie zamkniętych drzwi, przypominało fosforyzujący sznurek. Berg zatrzymał się i potarł w zamyśleniu policzek. Kiedy wychodził do szopy, było jeszcze jasno, więc z pewnością nie zostawił zapalonej lampy. Ostrożnie nacisnął klamkę. – Witaj, Berg. Myślałam, że się nie doczekam – powiedziała Lizbeth głębokim, gardłowym głosem. Przywodził na myśl dojrzały owoc zanurzony w miodzie. Ilekroć Lars słyszał kochankę burmistrza przemawiającą w ten sposób, miał przed oczami wielkie złociste morele, ociekające lepką słodyczą. Zawahał się i zamarł w progu. Pokój, oświetlony mnóstwem grubych woskowych świec, wyglądał jak kaplica. Osobliwa kaplica, bo na zastawionym licznymi srebrami i kryształami stole siedziała Lizbeth, wyciągając przed siebie długie jak autostrada nogi opięte prawdziwymi koronkowymi pończochami. Cieniutka czerwona sukienka była tak obcisła, że wydawała się namalowana na pięknym, smukłym ciele kobiety. Żeby się odezwać, Berg musiał najpierw przełknąć ślinę, bo gardło zrobiło się nagle wyschnięte na wiór. – Miło, że Zeke chce się podzielić tym, co ma najlepszego, ale dzięki – powiedział. – Jutro wyjeżdżam i nie chciałbym nadużywać jego gościnności. Zaśmiała się cicho i zsunęła ze stołu. Obcasy zastukały o deski podłogi, a Berg po raz kolejny zdziwił się, jak wysoka jest kochanka burmistrza. Przy tej ogromnej niczym Walkiria blondynce Zeke wyglądał wyjątkowo pokracznie. – Nie wyobrażaj sobie za dużo, Berg. – Uśmiechnęła się serdecznie. – To tylko pożegnalna kolacja. Zeke chce, żebyś przyjemnie wspomniał pobyt u nas. Usiądź, pewnie jesteś głodny. Niestety, Zeke nie może przyjść. Jako burmistrz ma wiele obowiązków. Nawet po zmroku. Ale ja dotrzymam ci towarzystwa. Żebyś się nie nudził. Jeszcze jeden olśniewający uśmiech i mnóstwo chłodu w niebieskich, czystych jak szkło oczach. Berg poczuł nagłe ukłucie niepokoju. Coś nie jest w porządku, pomyślał. Albo ta mała gnida Zeke oszalała, albo planuje coś paskudnego. Tylko co? Lizbeth ma mnie otruć, zadusić czy zasztyletować? Opanuj się, Bergerson. To nie przedstawienie kukiełkowe o rozgrywkach gangów pasterzy. Jesteś w zapadłej dziurze na prowincji, gdzie nikt nie rozumie znaczenia słowa „intryga”. Wszedł do środka i zamknął drzwi. Lizbeth sięgnęła po wysokie kryształowe kieliszki. Światło, widoczne w szczelinie zamkniętych drzwi, przypominało fosforyzujący sznurek. Berg zatrzymał się i potarł w zamyśleniu policzek. Kiedy wychodził do szopy, było jeszcze jasno, więc z pewnością nie zostawił zapalonej lampy. Ostrożnie nacisnął klamkę. – Witaj, Berg. Myślałam, że się nie doczekam – powiedziała Lizbeth głębokim, gardłowym głosem. Przywodził na myśl dojrzały owoc zanurzony w miodzie. Ilekroć Lars słyszał kochankę burmistrza przemawiającą w ten sposób, miał przed oczami wielkie złociste morele, ociekające lepką słodyczą. Zawahał się i zamarł w progu. Pokój, oświetlony mnóstwem grubych woskowych świec, wyglądał jak kaplica. Osobliwa kaplica, bo na zastawionym licznymi srebrami i kryształami stole siedziała Lizbeth, wyciągając przed siebie długie jak autostrada nogi opięte prawdziwymi koronkowymi pończochami. Cieniutka czerwona sukienka była tak obcisła, że wydawała się namalowana na pięknym, smukłym ciele kobiety. Żeby się odezwać, Berg musiał najpierw przełknąć ślinę, bo gardło zrobiło się nagle wyschnięte na wiór. – Miło, że Zeke chce się podzielić tym, co ma najlepszego, ale dzięki – powiedział. – Jutro wyjeżdżam i nie chciałbym nadużywać jego gościnności. Zaśmiała się cicho i zsunęła ze stołu. Obcasy zastukały o deski podłogi, a Berg po raz kolejny zdziwił się, jak wysoka jest kochanka burmistrza. Przy tej ogromnej niczym Walkiria blondynce Zeke wyglądał wyjątkowo pokracznie. – Nie wyobrażaj sobie za dużo, Berg. – Uśmiechnęła się serdecznie. – To tylko pożegnalna kolacja. Zeke chce, żebyś przyjemnie wspomniał pobyt u nas. Usiądź, pewnie jesteś głodny. Niestety, Zeke nie może przyjść. Jako burmistrz ma wiele obowiązków. Nawet po zmroku. Ale ja dotrzymam ci towarzystwa. Żebyś się nie nudził. Jeszcze jeden olśniewający uśmiech i mnóstwo chłodu w niebieskich, czystych jak szkło oczach. Berg poczuł nagłe ukłucie niepokoju. Coś nie jest w porządku, pomyślał. Albo ta mała gnida Zeke oszalała, albo planuje coś paskudnego. Tylko co? Lizbeth ma mnie otruć, zadusić czy zasztyletować? Opanuj się, Bergerson. To nie przedstawienie kukiełkowe o rozgrywkach gangów pasterzy. Jesteś w zapadłej dziurze na prowincji, gdzie nikt nie rozumie znaczenia słowa „intryga”. Wszedł do środka i zamknął drzwi. Lizbeth sięgnęła po wysokie kryształowe kieliszki. – Za twoją podróż, Lars. Obyś znalazł to, czego szukasz. Długie, smukłe palce musnęły jego brudną od smaru rękę. Berg poczuł dreszcz przebiegający po skórze niczym wyładowanie elektryczne. Nie Walkiria, pomyślał. Ale córka Lodowego Olbrzyma. Do diabła, jest trudniej niż przypuszczałem. Lizbeth uśmiechała się samymi ustami. Tuż przed sobą widział jej oczy niebieskie niczym arktyczny ocean. Chłodne i przenikliwe. Ale w głębi, za błękitem, czaiło się dziwne napięcie. Nagle poczuł nieprzyjemne mrowienie w lewym ramieniu. Dobrze znane mrowienie. Coś jest w tym cholernym winie, pomyślał. Serce zabiło mocniej, blizna po tatuażu ćmiła. Lizbeth umoczyła wargi w trunku. Upiła łyk i cofnęła się o pół kroku. Dziwne napięcie w jej wzroku znikło. Lars uniósł kieliszek i powąchał ciemny, rubinowy płyn. Pachniał słodko aromatem dojrzewających w słońcu porzeczek. Przykre mrowienie w ramieniu ustało. Nie świruj, Bergerson, skarcił się w myślach. To zwykłe wino. Popadasz w paranoję. Przecież po prawdziwej stronie Końska Czaszka nie może działać. Jest bezużyteczna. Pociągnął mały łyczek. Trunek miał głęboki, łagodny smak. – Pyszne, prawda? – rzuciła Lizbeth. – Zeke trzyma je na naprawdę specjalne okazje. Eksplozja bólu w ramieniu zapłonęła niby dotknięcie suchego lodu. Berg drgnął, z trudem powstrzymując się, żeby nie zacisnąć palców na bliźnie. Cholera, zdecydowanie nie służyło mu to wino. – Coś się stało? – spytała Lizbeth i choć jej głos nadal był słodki i kuszący niczym morele w syropie, Lars wyraźnie wyczuł w nim niepokój. – Nie, skąd. – Uśmiechnął się możliwie naturalnie. – Mam strasznie brudne ręce. Całe w smarze. Umyję i zaraz wrócę. Obrócił się ku drzwiom, a wtedy Lizbeth upuściła na podłogę kieliszek. Zadzwonił przy uderzeniu o deski i rozsypał się na mnóstwo srebrzystych kryształków. Berg sięgnął do klamki. Kochanka Zekego miała twarz ściągniętą i bladą. – Wybacz – powiedziała zdecydowanie za głośno. – Straszna ze mnie niezdara. Drzwi otworzyły się z trzaskiem. Berg zdążył tylko kątem oka dostrzec, że Lizbeth zwinnie usuwa się za stół. Czterech rosłych facetów wpadło do środka. Lars rozpoznał Iwona i Sebastiana, najbardziej zaufanych ochroniarzy burmistrza, cwałujących ku niemu jak rozpędzone byki. Grzmotnął w pysk najbliższego napastnika i spróbował uskoczyć w bok, ale tam już stał Sebastian. Berg zderzył się z nim, odbił i stracił równowagę. – Teraz! – krzyknął Iwo. Przed oczami Grabieżcy mignął przezroczysty, lśniący kastet obejmujący grube palce Sebastiana, a potem oślepiającym błyskiem eksplodował ból. Lars upadł na podłogę. Rzeczywistość wokoło pociemniała gwałtownie, rozleciała się na strzępy czerni i głębokiej zieleni. – Mamy go, Zeke – zabrzęczały unurzane w miodzie szklane morele. A wtedy mroczna, bagienna toń zamknęła się nad Larsem i świat zgasł. * * * Razem z mdłym, żółtawym światłem nadpłynął ból głowy. Czaszka zdawała się być wypełniona potłuczonym szkłem, które przesypywało się przy każdym ruchu. Berg zamrugał. Leżał na szorstkiej drewnianej podłodze. W ustach czuł nieprzyjemny żelazisty posmak. Usiadł z trudem i spróbował lekko potrząsnąć głową, żeby rozproszyć oszołomienie. Ostre kawałki zabrzęczały boleśnie. Kastet Settiego, pomyślał z goryczą. Niezawodny paralizator. Cholera, sam go dostarczyłem tej pieprzonej gnidzie Zekemu. Dobry Jezu, przecież to kompletny świr! Niewolnika sobie znalazł! Poczuł napływającą falę wściekłości. – Skurwiel! – warknął. – Mały, pieprznięty skurwiel! Ależ cię urządził, Bergerson! Rozejrzał się po pomieszczeniu. Było ciasne, pozbawione okien, ze ścianami z grubych drewnianych bali, za to wysokie na jakieś trzy i pół metra. Za podłogę wystarczały krzywo ułożone, nieheblowane dechy. Nikłe światło wpadało przez wąską, zakratowaną szczelinę pod samym sufitem, ciągnącą się przez całą długość ściany. Otwór powstał prawdopodobnie przez usunięcie jednego tramu. W kąt pomieszczenia wepchnięto krzywą drewnianą pryczę, zaścieloną derką. Obok stało wiadro. Innych sprzętów nie było. Jak ja się tu dostałem? – zastanowił się niemrawo Lars. Przecież nie przecisnęli mnie przez kraty u góry. Dźwignął się z trudem i obmacał ściany. Półmrok panujący w celi utrudniał zadanie, ale w końcu Berg znalazł dwie pionowe szczeliny w belkach, prawdopodobnie zamaskowane i zabezpieczone od zewnątrz drzwi. – No to pięknie – powiedział cicho. –Niedźwiedź by tego nie sforsował. Usiadł na pryczy i ścisnął palcami skronie. Ból głowy zmienił się w tępe pulsowanie. Sytuacja wydawała się beznadziejna. Lars westchnął. Nie miał pojęcia, co zrobić. Zeke wyraźnie oszalał. Mógł go tu trzymać latami albo, wiedziony jakąś niepojętą żądzą zemsty, po prostu zamorzyć głodem. Dobiegający z góry szelest sprawił, że Grabieżca uniósł wzrok. Pomiędzy kratami pojawiła się zatroskana twarz burmistrza. Berg porwał się na nogi. – Zeke! – krzyknął z wściekłością. – Co to ma znaczyć, do kurwy nędzy?! Usta małego człowieczka wykrzywił przepraszający uśmieszek. – Och, Berg, nawet nie wiesz, jak mi przykro... Dłonie Grabieżcy bezwiednie zacisnęły się w pięści. – Przykro ci, bydlaku?! – wrzasnął z furią. – Powiadasz, że ci przykro?! Ty skurwielu! Ogłuszyłeś mnie i zamknąłeś w jakiejś pieprzonej norze, a teraz ci przykro?! Zeke zamachał rozpaczliwie rękami. – Ty nic nie rozumiesz, Berg! Potrzebuję cię! Nie mogłem pozwolić, żebyś odszedł. Przecież próbowałem załatwić wszystko jak trzeba. Dałbym ci nawet podwyżkę. Ale ty się uparłeś. Nie miałem wyjścia, sam widzisz! Lars poczuł, że wściekłość cofa się niczym fala odpływu. Zastąpiła ją ciężka, przygnębiająca rezygnacja. Zeke naprawdę miał nierówno pod kapeluszem. A dyskusja z szaleńcem zdawała się stratą czasu. Usiadł na pryczy. – Chcesz mnie tu trzymać w nieskończoność? – spytał ponuro. Burmistrz potrząsnął energicznie głową. – Nie, jasne, że nie. Wypuszczę cię, gdy trochę ochłoniesz, zrozumiesz, co jest korzystne dla nas obu. Mam nadzieję, że jak najprędzej. Lars przesunął dłonią po twarzy. No to koniec, pomyślał. Muszę coś wymyślić, zanim ten świr mnie wykończy. Podniósł wzrok i spojrzał wprost w ciemne, zakłopotane oczy burmistrza. – No dobra, Zeke – zaczął sucho. – Powiedz tylko, jak mnie zmusisz, żebym dla ciebie pracował? Na zapadniętych policzkach Zekego pojawiły się rumieńce wstydu. – Och, Berg. Liczyłem, że do tego nie dojdzie. Ale rozumiesz... są sposoby. Różne sposoby. Tak mi przykro, naprawdę. Proszę, nie zmuszaj mnie, żebym któregoś użył. Bardzo cię lubię, ale muszę cię skłonić do współpracy. Sam powinieneś zrozumieć, jakie to ważne. Przemyśl wszystko, dobrze? Porozmawiamy rano, kiedy opadną emocje. Powiadają, że ranek jest mądrzejszy od wieczora. Zastanów się nad wszystkim, a jutro znów pogadamy. Dobranoc, Berg. – Hej! Zaraz! – krzyknął Grabieżca, gdy zasmucona końska twarz zniknęła z widoku. – Dobranoc! – zawołał Zeke i niczym jakiś szalony, przekorny bóg powołał do życia mrok. Ciemność zapadła momentalnie, czarna i gęsta jak atrament. Przed oczami Larsa przez chwilę tańczyły kolorowe rozbłyski. Usłyszał, że gdzieś na górze szczęknęła zasuwa. Położył się na pryczy, macając dłońmi siennik. Zdawało mu się, że znalazł się niespodziewanie na dnie zamkniętej kamienną płytą studni albo w trumnie zakopanej głęboko w ziemi. We wszystkich tych przypadkach miałby mniej więcej takie same szanse na odzyskanie wolności.

Podziel się opinią

Share
d24vxay
d24vxay
d24vxay
d24vxay
d24vxay