Trwa ładowanie...
dv3wgmd
dv3wgmd

Upiór Południa. (#2). Pamięć Umarłych

książka
Oceń jako pierwszy:
Upiór Południa. (#2). Pamięć Umarłych
Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Seria
Upiór Południa. (#2). Pamięć Umarłych
Materiały prasowe

On nie chce pastora. Na sam jego widok zaśmiał się jak dziki, a potem powiedział, że tam, gdzie się wybiera, takie znajomości byłyby wyjątkowo źle widziane... Pragnęli wejść w posiadanie. Zlecili morderstwo. Potem uznali, że bezpieczniej będzie sprzątnąć także zabójcę. Żar leje się z nieba. Ogień spopiela ludzkie wnętrza, trawione strachem i pragnieniami. Znikąd ukojenia. Spiekota. Gorączka. Dławiący zapach więdnących kwiatów i ludzkiej śmierci. Piekielny gorąc...Druga z czterech opowieści cyklu "Upiór Południa", zapisków znad krawędzi świata związanych wspólnymi motywami upału i demonów. Na upiorną kolekcję składają się: Upiór Południa. Czerń, Upiór Południa. Pamięć Umarłych, Upiór Południa. Burzowe Kocię, Upiór Południa. Czas mgieł.

Upiór Południa. (#2). Pamięć Umarłych
Numer ISBN

978-83-7574-116-2

Wymiary

125x195

Oprawa

miękka

Liczba stron

208

Język

polski

Fragment

To przez ten skwar. Przez ten przeklęty skwar, myśli z rozpaczą. Dlatego że chciało mi się pić. Tak głupio, tak bez sensu... po prostu chciało mi się pić.Niczego nie podejrzewał. Wynajęli go, wypełnił zadanie, przybył po zapłatę. Jak zawsze. Przyjęli go spokojnie, chłodno, rzeczowo. Tak jak lubił. W eleganckim gabinecie wykładanym ciemnym drewnem. Interesy. To nic więcej prócz interesów. Zamówienie, wykonanie, zapłata. Ale było tak gorąco, a oni wydawali się tacy opanowani, uprzejmi. Dobrze ubrani, dobrze wychowani ludzie załatwiający po prostu swoje sprawy.Więc uwierzył im, stracił czujność, postąpił wbrew zasadom. Gdy go poczęstowano, wypił whisky, a potem tę cholerną lemoniadę. Tę pieprzoną, przeklętą lemoniadę. Czy wydawała mu się wtedy jakaś gorzka, cierpka? Nie, chyba nie. Więc wypił ją, łamiąc zasady, jak nigdy dotąd. Nie powinien był. I nic go nie usprawiedliwia. Nie powinien, a teraz jest już za późno.Kiedy, dziwnie lekki, bezcielesny i pozbawiony siły, spadł z konia, myślał, że to z gorąca. Że nabawił się lekkiego udaru. Nigdy wcześniej to się nie zdarzyło,ale nie przestraszył się. Wiedział, że jest silny mimo swoich lat. To tylko trochę za dużo słońca. Przecież nic więcej. Nic, czym dorosły mężczyzna powinien się przejmować. Tyle razy w życiu bywał ranny, chory, bliski śmierci. Uśmiechnął się, kiedy zrozumiał, że nie potrafi zliczyć. Teraz zmógł go upał. To nawet trochę zabawne. Nie ołów, nie żelazo, a gorący, rozpłomieniony sierpień. Czas nie przepuszcza każdemu. Nawet zdrowemu, dorodnemu mężczyźnie, wysokiemu, żylastemu, zbudowanemu na podobieństwo sztucera, jakby z samego twardego drzewa i stali.Wczołgał się w cień sterczącej skałki i zmusił drżące palce, żeby namacały i odkorkowały bukłak. Ale woda nie przyniosła ukojenia. Zdawała się śliska jak rtęć, zbijając w żołądku w żeliwną armatnią kulę. Jeśli tylko próbował się poruszyć, kula przetaczała się w środku, powodując ból. Nie podejmował więc dalszych wysiłków, spoczywał tylko pod skałą jak porzucony koc. Nie umiałby powiedzieć, ile czasu minęło, odkąd zwalił się z siodła. Sam wydawał się sobie dziwnie oczadziały, obojętny, pozbawiony woli. Pomyślał mętnie, że nie może tak leżeć, że powinien zająć się koniem, zabezpieczyć broń i juki. Chciał wstać, schwytać i spętać swojego karego, jednak ledwo podniósł się na kolana, ciężar w brzuchu powalił go z powrotem. Przez chwilę, przez jedną chwilę uczuł strach i bezradność, ale te odczucia natychmiast odpłynęły. Jego myśli spowalniały, miękły, jakby otaczała je warstwa bawełny. Postanowił, że później będzie się martwił o rzeczy, teraz musi odpocząć. Że wystarczy posiedzieć trochę w cieniu.Ale nie wystarczyło. Już wie, że nie wystarczyło. Upał nad jego głową, ogromny, ciężki, wzniesiony do ciosu metalicznym, bladym błękitem nieba, jest młotem. Młotem, który opada, żeby go zmiażdżyć. A sucha, spękana ziemia, twarda jak kawał żelaza, to kowadło. Słońce rozmazuje się, krąży, ślizga tam, w górze, rozprażone i białe. Nie ustaje ani na moment.Skulony w cieniu skałki człowiek próbuje się podźwignąć na nogi. Jego wielkie, sękate dłonie pokryte brązowymi, starczymi cętkami drapią piasek w strasznym wysiłku. Kościste kolana tłuką o kamienie. Ciało wygina się targane spazmami. Długie, całkiem białe włosy podobne do końskiej grzywy opadają na twarz. Straszną, wykrzywioną, znękaną twarz konającego.Piana zakrzepła na brodzie i policzkach ma żółtawą barwę starego mydła. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że ten człowiek po prostu nie skończył się golić. Ale nie. Lepkie włókna śliny, mętne, niezdrowe, kleją się do szarej jak płótno, broczącej potem skóry, kapią na piasek. W oczodołach zalegają cienie, upodobniając je do dwóch brudnych bajor sinego błota. Pod kośćmi policzkowymi rysują się już plamy niebieskawych wybroczyn.Pod zadartą koszulą widać jasną plamę pleców, z kręgosłupem napiętym, więźlastym niczym sznur pełen supłów. Nagły skurcz poddaje cały tors ku przodowi, głowa pochyla się, niemal dotykając ziemi, jak w pełnym szacunku pokłonie, a z rozwartych ust, otoczonych szpalerem wyszczerzonych zębów, płynie potok pienistych żółtych wymiotów.Mężczyzna kolebie się na rękach i kolanach, jakby zdumiony swoim stanem. Już nie stara się wstać. Patrzy na ziemię, tam gdzie wsiąka cuchnąca, brudna kałuża cieczy, która właśnie opuściła jego wnętrzności. Opuściła, ale pozostawiła po sobie pożogę. Straszliwy, szalejący w środku płomień, przepalający od wewnątrz płuca, serce, żebra i skórę. Jakby połknął to rozpalone, zamazane słońce, które teraz mozolnie, bezlitośnie przebija się przez warstwy ciała, żeby uwolnione wrócić znów na nieboskłon. Czuje, jak świeci okrutnym białym blaskiem, mącącym myśli, odbierającym wzrok.Otruli mnie, rozumie w nagłym olśnieniu między kolejnymi atakami gwałtownych torsji. Skurwysyny. Bękarty. Bydlaki. Otruli jak kojota. Jak zwierzę...Ale nie ma w nim już wściekłości. Nie ma gniewu. Rozgrzane do białości słońce wypala wszelkie uczucia, wysysa siły.Znów wymiotuje i zupełnie obojętnie, bez zdziwienia, przygląda się czerwieni lejącej się spomiędzy warg. Czerwieni prawie tak gorącej jak ukryte pod sercem pulsujące jądro jasności. A potem lśniący, błękitnawy, stalowy młot nieba opada i powoli zaczyna zapadać zmierzch. * * * Nic już prawie nie widzi. Tylko zamazany szary kształt. Jęczy z bólu, kiedy palce, szorstkie, brutalne palce przeszukują mu kieszenie.- Wiedziałem, że daleko nie odjedziesz, parszywy draniu - mówi ten odległy, jasny, okrutny głos. - Wiedziałem, że musisz się gdzieś tu zwalić. To była trutka na szczury, wiesz? Na szczury takie jak ty.To chyba śmiech, ten odgłos.- No, stary pierdzielu. Nie myśl sobie, że coś do ciebie mieliśmy. Co to, to nie. Uczciwie ci zapłaciliśmy,prawda? Tyle że ja i tato nie lubimy kłopotów. Nie możemy sobie na nie pozwolić. A ty już i tak zdychasz,taki z ciebie stary pierdziel. Wszystko ci jedno, prędzej czy później. No to my z tatą postanowiliśmy zrobić ci przysługę i wybrać za ciebie. Teraz, bękarcie. Właśnie teraz. Chyba nie masz nam tego za złe, co?Te paskudne, lepkie, twarde ręce wyciągają rewolwery z kabur przy jego pasie, grzebią za pazuchą. I nic już nie można zrobić. Nawet poruszyć palcem. Wreszcie natrafiają na zwitek banknotów, unoszą go gdzieś w górę, ku czarnoszarej nicości nieba.- No, skurwielu. To ci już nie będzie potrzebne. I żebyś nie ośmielił się szczekać, że je ukradłem. Nic z tych rzeczy. Zapłaciliśmy ci uczciwie, bękarcie. Po prostu zabieram, żeby się nie zmarnowały. Cholernie nie lubię, jak się coś marnuje.Znowu ten rechot podobny do czkawki.Wytęża gasnący wzrok. Ta twarz, ta pospolita, przystojna twarz drania, wykrzywiona uśmiechem triumfu. Statford. Młody Statford. Syn burmistrza.- Aha. O konia też się nie martw. Złapałem go. Ładna sztuka. Przyda się. No, pierdzielu. To żegnaj. Na wieki. Mam nadzieję, że będziesz już trupem, kiedy zaczną cię żreć kojoty.Cień znika, usuwa się jak czarna chmura odegnana wiatrem. Słońce jest teraz mdłe, czerwone, zamierające.Gaśnie. Gaśnie.

Podziel się opinią

Share
dv3wgmd
dv3wgmd
dv3wgmd
dv3wgmd
dv3wgmd