Trwa ładowanie...

Wspomnienia z republiki mnichów

W swoich poprzednich publikacjach Alain Durel opisywał życie codzienne mnichów i piękno góry Athos. Autonomicznego okręgu w Grecji zamieszkiwanego wyłącznie przez prawosławnych mnichów. W najnowszej książce wprowadza ich nauki w życie.

Share
Mnisi poświęcają całą uwagę drugiej osobie. Nie są zwyczajnie uważni. Oni chłoną to, co mówisz i kim jesteś - Tomasz Grabowski OP
Mnisi poświęcają całą uwagę drugiej osobie. Nie są zwyczajnie uważni. Oni chłoną to, co mówisz i kim jesteś - Tomasz Grabowski OPŹródło: Getty Images
d4021bv

Książka Alaina Durela "Mądrość mnichów z góry Athos" (przekł. Maria Dedio) zawiera obszerne wprowadzenie Tomasza Grabowskiego OP, który spędził ponad miesiąc na górze Athos. Dzięki uprzejmości wydawnictwa W drodze publikujemy fragment tego wprowadzenia do książki, która ukazała się niedawno w Polsce.

Wspomnienie z góry Athos - Tomasz Grabowski OP

(…)

d4021bv

Katolikowi nie jest łatwo dostać się do republiki mnichów – po­trzebuje zaproszenia, by otrzymać wizę na kilkudniowy pobyt, a liczba przebywających tam jednocześnie katolików i wy­znawców innych religii (sic!) nie może być większa niż dziesięć. Przekroczenie granicy jest trudniejsze chyba tylko dla kobiet. Na terenie republiki obowiązuje bowiem zakaz (gr. ἄβατον, awaton), który zazwyczaj dotyczy murów klasztornych, tutaj natomiast obejmuje cały półwysep: kobietom nie wolno złamać „klauzury” góry bez względu na wspólnotę, w której przyjęły chrzest. Po ścieżkach wydeptanych pośród bujnej roślinności może się więc swobodnie przechadzać jedynie Matka Boża. Często to robi i co jakiś czas objawia się jednemu spośród blisko dwóch tysięcy przebywających tam mnichów.

Zamieszkują oni bądź jeden z dwudziestu wielkich klasztorów, bądź skity, czyli mniej lub bardziej liczne osady, pozostali żyją w pojedyn­kę, po dwóch lub trzech w pustelniach. Większość półwyspu jest jedynie luźno zamieszkana, ale żadne, nawet najbardziej niedostępne miejsce nie sprawia wrażenia pustego. Przedziwna obecność rozpościera się na dziedzińcach klasztorów i w dawno opuszczonych jaskiniach, ruinach pustelni, pośród oliwnych gajów, winnic, na skalistej plaży. Zbłąkany pielgrzym czy tu­rysta w każdym momencie, jeśli tylko na chwilę skupi uwagę, może odczuć wypełniającą to miejsce obecność. Czy jest to subtelna obecność Matki Bożej, aniołów, czy też zmarłych mnichów, a może wprost obecność Boga?

atos Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe

Każdy mieszkaniec i pielgrzym na tak postawione pytanie odpowiada po swoje­mu. Góra przemawia do każdego indywidualnie. Gdy próbują wyjaśnić jej słowa, okazuje się, że w tłumaczeniu więcej jest poruszeń ich serc niż pierwotnej treści. Ich opowieści różnią się od siebie, nawet wówczas, gdy relacjonują wiadomości zasły­szane od tego samego mnicha, w tym samym czasie i miejscu. Doświadczają góry przez filtr własnego serca. W zależności od tego, co z sobą wnoszą na jej skaliste wybrzeże, tak też wi­dzą napotkane postacie, monastery, a nawet przyrodę. Świat postrzegany jest tu przez pryzmat własnego wnętrza, które ożywa w trakcie spotkań z mnichami, podczas liturgii i nocy przepełnionych grą cykad.

d4021bv

Dlatego też konkretne szczegóły zdarzeń ulegają zniekształceniu lub wyostrzeniu. Przypatrując się mnichom czy to znad talerza, na którym nigdy nie leżało mięso, czy przez gałęzie figowca, na którym pyszniły się doj­rzewające owoce, przekonywałem się, że nie ich życie stanowi prawdziwą tajemnicę Świętej Góry, ale to, co ona sama odci­ska we wnętrzu pielgrzyma. Najbardziej intymna opowieść dotyczy subtelnej zmiany serca, która dokonuje się w czasie pobytu w Ogrodzie Najświętszej Dziewicy – tak górę Athos nazywają Grecy.

Dzieje się tak, jakby każdy pielgrzym duchowo zdobywał szczyt dwutysięcznika na wschodnim „palcu” Chalkidiki. Dwu­krotnie wchodziłem na szczyt – nie tyle duchowo, co dosłownie. Za drugim razem miałem gorączkę, dlatego zrezygnowałem z ostatniego etapu podejścia. Rozłożyłem się na skąpej trawie pod kościołem Panagia (gr. Παναγία), czyli „Całej Świętej” (katolickim odpowiednikiem byłoby pewnie „Niepokalanej”) i wygrzewając się w słońcu, jedynie wspominałem pierwszą wyprawę. Wtedy pokonałem ten ostatni, łagodnie wznoszący się odcinek szlaku, który trawersem piął się na szczyt. Znajduje się tam mały kościółek Przemienienia Pańskiego.

Tamtego wieczora wokół maleńkiej świątyni zgromadziło się około dwu­stu pielgrzymów. Była noc Przemienienia. Do środka weszło jedynie kilkunastu mnichów, a my wszyscy koczowaliśmy na zewnątrz, słuchając ich modlitwy. Nigdy w życiu tak nie zmarzłem, jak wówczas, gdy wyczekiwałem wschodu słońca na szczycie góry. Brak wyobraźni sprawił, że miałem na sobie jedynie T-shirt, który nocą na wysokości 2033 metrów nad poziomem morza nie był żadną ochroną przed przejmującym wiatrem. Nie potrafiłem się ani modlić, ani myśleć nad tajemni­cą kluczową dla duchowości Greków – światłem Przemienienia. Czekałem jedynie, aż zaświeci pierwszy promyk słońca, by móc wreszcie uciec przed zimnem. Zrobiłbym to wcześniej, ale latarki, podobnie jak kurtki, nie miałem. Pozostawało skryć się w załomie skał i wypatrywać, aż skończy się ta najdłuższa noc w moim życiu.

Monaster Dochiariu na półwyspie Athos CC BY-SA 3.0
Monaster Dochiariu na półwyspie AthosŹródło: CC BY-SA 3.0

(…)

d4021bv

Na wielu rozmodlonych pielgrzymów natknąłem się pod­czas swoich spacerów po Świętej Górze. Wraz z nimi przez wytrwałe powtarzanie słów modlitwy starałem się uśmierzyć rozkrzyczane zmysły, by usłyszeć to, co mówi Bóg. Jednak nie zabrakło też spotkań z turystami, którzy stanowią całkowite przeciwieństwo mężczyzn odmawiających Modlitwę Jezusową. Są głośni, jak tylko przedstawiciele ludów śródziemnomorskich hałaśliwi być potrafią. Zdarza się, że poza klasztornymi murami ochoczo popijają burbon lub zbyt chętnie raczą się powital­ną anyżówką. Mnisi nie zrażają się tym i niezmiennie witają pielgrzymów szklaneczką uzo podawaną wraz z tureckimi słodyczami. Nie zaniedbują tego zwyczaju nawet wówczas, gdy widać wyraźnie, że dany jegomość wychyla tego dnia kolejną porcję słodkiej wódki. Tak, Grecy potrafią być irytujący, gdy dają upust swojemu temperamentowi, ignorując nabożne sku­pienie innych. Nieraz kilka dni urlopu w męskim gronie jedy­nie okraszają nawiedzaniem kościołów i ucałowaniem relikwii, resztę czasu spędzając na niekończących się dyskusjach prowa­dzonych szybko, podniesionym głosem. Zdają się w ogóle nie przywiązywać wagi do tego, że znajdują się w miejscu, które całe jest jakby jednym wielkim sanktuarium.

W większości przypadków mnisi cierpliwie ich znoszą, a młodsi nieraz dołą­czają do dyskutantów i wcale nie obniżają temperatury sporów. Na szczęście dla nielicznych katolików nieprzyzwyczajonych do pełnego ekspresji greckiego stylu liczba odwiedzających górę pielgrzymów jest ograniczana i każdego roku w klasztorach rozsianych na półwyspie może spędzić parę dni jedynie kilka tysięcy turystów, wiernych z różnych kościołów prawosławnych, duchownych i świeckich. Pozwala się im swobodnie poruszać po najświętszym miejscu greckiego prawosławia, korzystać z noclegów i posiłków w klasztorach, uczestniczyć w liturgii. Część pielgrzymów gości w przeznaczonych do tego celu wielo­osobowych salach znajdujących się w największych klasztorach. Jedzą posiłki w wyznaczonej części refektarza, pozwala się im wejść do kościoła, uczestniczyć w liturgii i przyjąć błogosła­wieństwo.

Dla nich mnisi pozostaną odlegli i w większości niedostępni, a czasem wręcz obcesowi. W ten sposób duchowni chronią swoje życie wewnętrzne przed ciągłymi rozproszenia­mi. Pielgrzymi będą podziwiać ich ascetyczne miny, cudowny śpiew i splendor celebrowanej liturgii. Ci jednak, którzy zostaną zaproszeni do kaliwii, poznają odmienną, bardzo życzliwą twarz mieszkańców Athosu. Tam, w domach znajdujących się poza murami klasztoru, położonych w malowniczych górskich ostępach lub prawie nad samym brzegiem Morza Trackiego, będą przez krótki czas dzielić codzienność mniszej wspólnoty. W im mniejszym skicie się znajdą, tym więcej życia braci uda się im podejrzeć. Nieraz przekonają się o tym, że mnisi żyjący poza klasztorami to ludzie życzliwi i prostolinijni, którzy do formalności nie przywiązują zbyt wielkiej wagi, a do gościn­ności nadmierną.

Dzięki uprzejmości takich mnichów, wbrew ogólnym zasa­dom panującym na Świętej Górze, dwukrotnie mogłem przez kilka tygodni żyć w ich wspólnocie. Liczyła siedmiu mnichów, z których dwóch było księżmi. Mieszkali na południowym krańcu półwyspu, na skraju „pustyni athoskiej”. Mało kto ich odwiedzał, ponieważ osada nie stanowiła szczególnie atrak­cyjnego przystanku na szlaku. By docenić to miejsce, trzeba było wiedzieć, kto kiedyś mieszkał w Mikra Agia Anna, lub też poznać obecnych gospodarzy.

Jeden z klasztorów Athos – Simonos Petra CC BY-SA 3.0
Jeden z klasztorów Athos – Simonos PetraŹródło: CC BY-SA 3.0

(…)

d4021bv

Mnisi mieszkający u Świętej Anny Mniejszej nieraz mówili, że wybrali życie w skicie, ponieważ w klasztorze obowiązują zbyt rygorystyczne zasady, którym nie daliby rady podołać. Z początku było mi trudno w to uwierzyć. Rzeczywiście mo­dlitw odmawiali nieco mniej i w skromniejszej formie, niż ma to miejsce w klasztorach, ale życie na „pustyni athoskiej” jest przecież niezmiernie wymagające. Wszystko, co niezbędne, trzeba zorganizować od podstaw. Część produktów można co prawda kupić, ponieważ do przystani położonej kilkaset metrów niżej przybijają niewielkie łodzie motorowe, w których pakunki upycha się gęsto pomiędzy pielgrzymów i robotników sezonowych, ale już sam transport zamówionych towarów wy­maga albo umiejętności prowadzenia karawany mułów, albo silnych ramion i nóg. Uprawa warzyw jest możliwa jedynie wówczas, gdy najpierw zbuduje się ogród. Na skalistym zboczu góry trzeba stworzyć tarasy, nawieźć do nich ziemi, żeby móc w końcu zasadzić pomidory, cukinię, cebulę i cokolwiek innego, co chce się mieć na stole. Ogród należy podlewać codziennie i obficie, inaczej uprawy spali słońce. Chleb najlepiej piec same­mu, inaczej będzie czerstwy, bo z Grecji nikt go nie przywozi, a najbliższa piekarnia znajduje się w Dafni, miejscowości od­dalonej o jakieś dobre pół dnia marszu lub wyprawy na mule.

Żeby zdobyć pieniądze, można liczyć na ofiary wiernych, ale lepiej samemu podjąć pracę bądź w domowej manufakturze kadzidła, bądź przy robotach stolarskich lub kamieniarskich. W zasadzie przy dowolnym zajęciu, z którego powstanie coś, co inne klasztory lub świątynie w Grecji uznają za potrzebne do sprawowania liturgii, odziania mnichów, jedzenia lub picia, albo też coś, co skusi pielgrzyma, by zakupił pamiątkę z uświę­conych miejsc. Pracą można się zająć poza godzinami modlitw i odpoczynku traktowanego z taką samą powagą jak liturgia. Po kilku dniach spędzonych w kaliwii nie dziwi, że sjesta jest przestrzegana równie pieczołowicie jak poranna jutrznia.

By dzień zacząć około godziny trzeciej w nocy, trzeba położyć się spać przed dziesiątą, a najgorszy skwar przespać, uzupełniając zbyt krótki sen nocny. Po sjeście, a przed wieczornymi modli­twami wypada wypić kawę – koniecznie z cukrem i bez pośpiechu. Życie mnicha bowiem ma upływać w pokoju, a w jego pozyskaniu nie może przeszkadzać gonitwa za pracą, mimo że nikt nie wyręczy domowników w codziennych obowiąz­kach. Tych jest sporo: ktoś musi gotować, ktoś sprzątać, ktoś podlać rośliny w ogrodzie i doniczkach na tarasie, ktoś nakryć i ktoś pozmywać po posiłku. Życie, którego osiem godzin upływa na pracy fizycznej, osiem na odpoczynku, a pozostałe osiem na modlitwie (o ile nie ma świąt, bo wówczas modlitwy są dłuższe), mnisi postrzegali jednak jako prostsze niż to, które poznali w klasztorze.

(…)

d4021bv

Powyższy fragment pochodzi z wprowadzenia do książki Alaina Durela "Mądrość mnichów z góry Athos" (przekł. Maria Dedio), która ukazała się nakładem wyd. W drodze.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl
d4021bv

Podziel się opinią

Share
d4021bv
d4021bv