Trwa ładowanie...
d2bg6uq

Stephen Hawking pił z ambasadorem z Polski. "W Warszawie nikt nie pytał, czy polać"

Co łączy oficjalne kolacje w ambasadzie w Warszawie z przyjęciami na Cambridge University? Alkohol, który leje się strumieniami. Przekonał się o tym Stephen Hawking, który miał prostą metodę na uniknięcie kaca po spotkaniach z profesorami.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Stephen Hawking zmarł w wieku 76 lat
Stephen Hawking zmarł w wieku 76 lat (ONS.pl)
d2bg6uq

Stephen Hawking zmarł w 2018 r., ale pozostawił trwały ślad w naszej kulturze, oddziaływając na życie milionów ludzi. Jego książki zainspirowały niezliczoną rzeszę przyszłych naukowców, a teoria czarnych dziur i dociekania dotyczące początków Wszechświata wytyczyły nowe kierunki badawcze. Przez prawie dwie dekady Hawkingowi towarzyszył amerykański fizyk Leonard Mlodinow. Przyjaciel i współpracownik, który przedstawił zmarłego geniusza w ujmująco osobistych wspomnieniach pt. "Stephen Hawking. Opowieść o przyjaźni i fizyce".

Dzięki uprzejmości wyd. Zysk i S-ka publikujemy fragment książki, która ukaże się 15 września.

Rozdział 10.

d2bg6uq

(…)

Po pracy Stephen poprosił mnie jak zwykle o zjedzenie z nim kolacji, tym razem w refektarzu zabytkowego kompleksu Gonville & Caius College, gdzie mieszkałem podczas swojego pobytu w Cambridge. Pochodzące z 1353 roku zabudowania zostały wzniesione wokół dwóch głównych dziedzińców. Okna mojego pokoju wychodziły na jeden z nich. Budynki te miały swój charakter, ale jednocześnie jakość sieci cieplnej, wodnokanalizacyjnej i elektrycznej była taka, jakiej można by się spodziewać w czternastowiecznej budowli z kamienia.

Jeśli się wiedziało, w którym budynku znajduje się refektarz, dotarcie tam było łatwe. Wystarczyło wejść po starych drewnianych schodach oznaczonych jako schody dla członków kolegium. To odróżniało je od innych schodów po drugiej stronie ulicy, przeznaczonych dla mniej dystyngowanych osób i prowadzących do mniej dystyngowanych pomieszczeń, takich jak te, w których jadali studenci.

d2bg6uq

Jednak dla niepełnosprawnych był tylko jeden sposób, by dostać się na górę — powolna skrzypiąca winda nieopodal podnóża schodów dla członków kolegium. Była wyłożona wspaniałą boazerią, która nabrała charakteru z upływem wieków, w przeciwieństwie do silnika windy. Kilka razy nią jechałem i było to dla mnie przerażające doświadczenie. Wózek inwalidzki Stephena mieścił się w niej z trudem, więc musieliśmy go wtaczać, naciskać przycisk i pozwalać mu jechać w pojedynkę, podczas gdy my wchodziliśmy schodami na górę i wyciągaliśmy go na górnym piętrze. Za pierwszym razem wydało mi się to dość ryzykowne. Co będzie, jeśli winda utknie między piętrami? Ale Stephen nie miał takich obaw. To była rutynowa czynność, którą powtarzał setki razy. Zaczęliśmy wieczór w wystawnej starej sali, popijając sherry, a skończyliśmy w wystawnej starej sali, popijając porto.

To były sale, w których Stephen pił od czasów studenckich, lecz wtedy potrzebował zaproszenia ze strony jednego z członków kolegium. Ściany obu sal obwieszone były portretami. Przyjrzałem się jednemu z nich. Przedstawiał Williama Branthwaite’a, który został pryncypałem Caius w 1607 roku. Za jego czasów kolegium koncentrowało się na nauce medycyny, lecz, paradoksalnie, odmawiano wstępu na studia ludziom poważnie chorym. Ponadto stosowano zasadę zabraniającą przyjmowania inwalidów oraz jakiegokolwiek "zdeformowanego, niemego, kulawego, okaleczonego lub Walijczyka". Stephen był tym wszystkim, poza Walijczykiem. Miał doprawdy szczęście, że żył w innych czasach. Jeśli chodzi o mnie, to cieszyłem się, że zakaz nie obejmował nietrzeźwych, bo sherry na pusty żołądek poszła mi do głowy.

Pomiędzy drinkami, przed i po zjedliśmy kolację w jeszcze innej wystawnej sali, refektarzu dla członków kolegium. Miał on nietypowe wymiary — był bardzo długi i dość wąski. Jego wysokie sklepienia były poprzecinane belkami kremowego koloru wymalowanymi w misterne wielobarwne wzory. Od strony zewnętrznej okna sięgały aż do samej góry, a pomiędzy nimi znajdowały się korynckie kolumny. Wysoko na ścianie wewnętrznej znajdował się fryz z płaskorzeźbami przedstawiającymi sceny wojowników zaangażowanych w bój. Grecy walczący z Amazonkami? Nie byłem pewien.

d2bg6uq

Stół jadalny z drewna orzechowego biegł przez prawie całą długość sali. Mogły się przy nim pomieścić sześćdziesiąt cztery osoby. Nas było tylko dziesięciu — byłaby to pokaźna grupa przy jednym z owych okrągłych stołów w chińskiej restauracji, lecz w tej ogromnej sali z dziesięcioma miejscami nakrytymi i pięćdziesięcioma czterema pustymi miałem wrażenie, jakbyśmy byli gośćmi w zamku duchów. Spojrzałem na Stephena, który czuł się tu jak u siebie. Najwyraźniej, co dla jednych jest nawiedzonym zamkiem, dla innych stanowi tradycję.

Podane na eleganckiej porcelanowej zastawie potrawy były mdłe i rozgotowane. Polędwica wołowa, marchewka, zielona fasolka, ziemniaki, wszystko zrobione na dawną modłę, z której znana jest tradycyjna angielska kuchnia. Z tego, co mi wiadomo, tak samo jadał Branthwaite. Obsługa też była w starym stylu. Nadskakująca aż do przesady. Gdy pociągnęło się łyk wody z kryształowego kieliszka, kelnerka dolewała jej do pełna, zanim jeszcze zdążyło się ją przełknąć.

Na nas dziesięciu było troje kelnerów, lecz tylko dwoje nas obsługiwało. Trzeci, szczupły mężczyzna w średnim wieku zwany kamerdynerem, stał nieruchomo na baczność, poruszając jedynie rękoma, którymi nieustannie pokazywał i gestykulował. Kierował dwiema obsługującymi kobietami, jak gdyby były jego marionetkami. Robił to z teatralnym rozmachem, lecz w całkowitej ciszy. Raz podczas jednej z rodzinnych kolacji poprosiłem mojego młodszego syna, Aleksieja, o podanie bułeczki. Ni z tego, ni z owego rzucił mi ją ponad stołem, a ja zdążyłem ją złapać. Nie przeszkadzało mi to i było całkiem zabawne. Ale tutaj obowiązywał zupełnie inny tryb spożywania posiłku. Pomimo tej całej formalności przy stole panowała serdeczna atmosfera.

d2bg6uq

Miałem kiedyś lekarza, który gdy gwałtownie traciłem na wadze, powiedział mi: "Kalorie to życie — człowiek musi jeść, by żyć". Dla Stephena posiłki były zawsze czymś więcej. Nie przeszkadzało mu, że mięso jest suche. Jego opiekunka i tak mieszała je z dużą ilością sosu i karmiła go łyżką, lecz jemu do życia potrzebne było nie tylko mięso, lecz towarzystwo przy posiłku.

Stephen Hawking ONS.pl
Stephen Hawking (ONS.pl)

Siedziałem obok Stephena. Po drugiej stronie miałem gadatliwego członka kolegium, który kiedyś był brytyjskim ambasadorem w Polsce. To była praca, która najwyraźniej wymagała picia dużych ilości wódki. Nalewano ci ją, czy tego chciałeś, czy nie, a od ciebie oczekiwano jej wypicia. Teraz był bardziej trzeźwy i miał tytuł pryncypała Caius College. Byłem pod wrażeniem, że prawie dokładnie czterysta lat po czasach Williama Branthwaite’a ten oto człowiek obok mnie pełni tę samą funkcję.

Eksambasador i obecny pryncypał kolegium mówił nieustannie. Długo opowiadał o sztuce trzymania fasonu na oficjalnych polskich przyjęciach, co udawało mu się dzięki temu, że ukradkiem wylewał wódkę do doniczki z rośliną. Opowieść ta najwyraźniej zwróciła uwagę Stephena, który jako student wyznał swojemu przyjacielowi Robertowi, że kluczem do przetrwania wykwintnych, acz obficie zakrapianych kolacji w Cambridge University bez okropnego kaca następnego dnia była zasada, by dużo pić w trakcie jedzenia, natomiast zrezygnować z porto lub koniaku podawanego po posiłku. W Cambridge można odmówić, ponieważ nalewanie to cała ceremonia, która zaczyna się od pytania: "Nalać trochę?". W Warszawie najwyraźniej pomijano takie ceregiele.

d2bg6uq

Eddie Redmayne o filmie "Teorii wszystkiego", w którym zagrał Stephena Hawkinga

Stephen zapewne miał własną opinię o tym wszystkim, bo wyglądało na to, że parę razy chciał się włączyć do rozmowy, lecz tego nie zrobił. Był zbyt zajęty przeżuwaniem twardego mięsa. Chociaż miałem świadomość, że nasza rozmowa o wódce nie spełnia tradycyjnych naukowych standardów Cambridge, to jednak wywołała u mnie dreszczyk emocji, że na swojej drodze spotkałem pryncypała Caius College, sukcesora Williama Branthwaite’a na początku XXI wieku, człowieka piastującego funkcję poważaną przez zebranych na posiłku w tym refektarzu już czterysta lat temu. Jeśli poczułem się częścią historii Cambridge University z racji tego, że po prostu tutaj byłem, wyobrażałem sobie, że Stephen ma satysfakcję, iż poprzez swoje odkrycia faktycznie wniósł do niej istotny wkład.

W Caius, gdzie miałem wrażenie, że jestem na innej planecie, Stephen czuł się komfortowo; był zadowolony i szczęśliwy. To było miejsce, w którym mieszkał i pracował od czasu zrobienia doktoratu, jeszcze zanim został przykuty do wózka inwalidzkiego. Zawsze kochał Cambridge, a fizycy z Cambridge kochali jego. Mógł wyjechać stąd i otrzymać o wiele lepiej płatne stanowisko w Caltechu bądź na jakiejkolwiek innej uczelni, ale tutaj był u siebie. W drodze na kolację wydawał się wciąż roztrzęsiony i blady. W miejscu pełnym portretów i tradycji, od razu się rozluźnił.

d2bg6uq

Gdy przeszliśmy do sali, gdzie podawano ser i porto, Stephen wypił kilka łyków. Choć wcześniej podczas kolacji milczał, tutaj był w nastroju do rozmowy. W pewnym momencie wypisał coś na swoim komputerze, a potem uśmiechnął się, gdy odtwarzał to dla mnie swoim komputerowym głosem. Powiedział:

— Nigdy więcej się nie ożenię.

— Rozwód to zawsze wina drugiej strony — odparłem. Znowu się uśmiechnął.

 Materiały prasowe
(Materiały prasowe)

Stephen zakochał się w Elaine, bo znalazł w niej odbicie własnej radości życia. Cokolwiek zrobił, gdziekolwiek się udał, ona była zachwycona, że może być z nim, i na odwrót. Był to czas, gdy bardzo się kochali i jego uwięziony w bezwładnym ciele duch mógł unosić się wysoko dzięki mocy ich miłości. Teraz stanął samotnie w obliczu przyszłości. Jeśli dopisze mu szczęście, by żyć jeszcze długie lata, zestarzeje się bez niej. Ale siedząc przy tym ogromnym stole, w miejscu naznaczonym tradycją i historią, znalazł pocieszenie.

Niczym człowiek religijny, którego otuchą napełnia wiara, że jego los leży w rękach Boga, Stephen zawsze czuł się ukojony świadomością swojego miejsca w wielkim projekcie i tego, jak ludzkość wpisuje się w plan przyrody i Wszechświata jako całość. Widziałem, iż pociesza go również to, że zajął poczesne miejsce w długiej i dystyngowanej tradycji swojego uniwersytetu. To dało mu odpowiednią perspektywę i pomogło zaakceptować fakt, że musi pozwolić odejść Elaine. Wiedział, że ich wspólne życie dobiegło końca, tak jak dobiegnie końca jego własne, że dołączy do grona innych wielkich uczonych przeszłości, po których pozostały nieśmiertelne idee oraz portrety na ścianach.

(...)

Powyższy fragment pochodzi z książki Leonarda Mlodinowa "Stephen Hawking. Opowieść o przyjaźni i fizyce", która ukaże się nakładem wyd. Zysk i S-ka 15 września.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

d2bg6uq

Podziel się opinią

Share
d2bg6uq
d2bg6uq