Recenzje
30-04-2013 (23:35)

Personalizacja symbolu

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Personalizacja symbolu
("__wlasne)
WP

Masza Glajtman Putermilch, bojowniczka Żydowskiej Organizacji Bojowej, podczas rozmowy z Anką Grupińską powiedziała, ze zgromadzonych w getcie trzymała przy życiu chęć odwetu. Pragnęli tam, wszystkie pieniądze odkładając na uzbrojenie, dożyć momentu, kiedy będą mogli się bronić. Bronić, aby dożyć mitat kavod, śmierci z honorem. O owej śmierci i o życiu zarazem, życiu w getcie przepełnionym ciągłym strachem i zaszczuciem, traktuje zbiór wywiadów Ciągle po kole, wznowiony nakładem oficyny Czarne.

Anka Grupińska skończyła filologię angielską na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, jednak to nie badanie niuansów języka Wyspiarzy stało się jej domeną. Współzałożyła poznański „Czas Kultury”, dla którego przeprowadziła m.in. wywiad z Markiem Edelmanem . Lata 1988-1989 przypadają na jej pobyt w Izraelu i mozolne zbieranie świadectw Zagłady, natomiast dwa lata później została attaché kulturalnym przy polskiej ambasadzie w Tel Awiwie. Jej działalność publicystyczna, literacka i społeczna to dialog, prostowanie narosłych stereotypów i odkłamywanie tego, co przez lata spiętrzyło się w stosunkach polsko-żydowskich. Przede wszystkim zaś, jak się wydaje, konfrontacja relacji, postaw i wspomnień, by dotrzeć do prawdy. Szczególną atencją darzy Grupińska czas powstania w getcie warszawskim – jak przeczytamy we wstępie zbioru Ciągle po kole, jej publiczne krążenie wokół tego wydarzenia trwa od blisko trzydziestu lat. Musi się
niezwykle spieszyć – prawie każdy z zapisów dialogów kończy się smutną informacją o tym, że obecnie rozmówca już nie żyje. Jej pogoń za uciekającymi relacjami, za wymykającą się teraźniejszości historią, rozpoczęła się od wspomnianego wywiadu z Edelmanem w 1985 roku. Gdy była w Izraelu, rozmawiała z powstańcami getta warszawskiego, niedługo później dotarła w Polsce do kolejnych świadków. Rozmowy te zaowocowały w 1991 roku pierwszym wydaniem zbioru, zatytułowanego wówczas „Po kole”. Zbyt wiele było jednak zdań niewypowiedzianych, zbyt wiele relacji skrywanych w odległych zakamarkach pamięci, by spocząć na laurach. Zwłaszcza, że coraz częściej było już, o całą śmierć, za późno. W roku 2000 pojawiło się więc kolejne wydanie, uzupełnione o nowe wywiady. Autorka napisała, że wszyscy opowiadali tu po latach: niektórzy – po raz pierwszy, wielu – po raz pierwszy polskimi słowami. Opowiadali, raczej odklejając swoją pamięć niźli nazywając
zdarzenia, albowiem „polskie słowa ciaśniej przywierały do przeszłości niż hebrajskie, były bliżej i boleśniej znaczyły”. We wstępie znajdziemy dość sformułowanie, że ich opowieści nie są rozdziałami podręcznika historii, a materią, którą historia w podręcznikach glajszachtuje. Materii tej możemy przyjrzeć się w edycji obecnej, trzynaście lat później. Lat, podczas których wiele się zmieniło w naszej percepcji Zagłady. Ciągle po kole to przypomnienie rozmów z powstańcami, jak się wyraziła autorka, najskromniej dojaśnione ich portretami i krótkimi glosami.

Zbiór otwiera rozmowa z Markiem Edelmanem , ta która zrazu ukazała się w „Czasie Kultury”. Rozmowa, w której przywódca powstania w getcie pokazuje pełen wachlarz swoich wypowiedzi i zachowań, tak dlań charakterystycznych. Na pytanie o to, co było znaczące w getcie, Grupińska, przeprowadzająca wywiad wspólnie z Włodzimierzem Filipikiem, usłyszała „Nic! Nic! Nie mówcie bzdur”. Potem przeczytamy, że w Polsce każdy wierzy w Pana Boga, żeby „czerwonemu przypieprzyć”, a ludzie chodzą do kościoła i stwarzają pozory, choć tak naprawdę nie wierzą - Edelman wieszczył, że jeśli w kościołach zaczną wyrzynać, to zostaną tylko sztandary i wszyscy się od religii odwrócą. Dowiemy się, że sanatorzy, Komorowski i Rowecki mówili „My Żydom broni nie damy”, (niezwykle perfidnie wyciągnięte zdanie z kontekstu, który, na szczęście, Grupińska w przypisach przybliża), bo Żydzi nie nadają się do tego, żeby strzelać. Według Edelmana, przed akcją w getcie 18
stycznia 1943 ani Armia Krajowa, ani Ludowa nie walczyły. To getto było bodźcem dla Polski Podziemnej, by stawić Niemcom opór; akcje sabotażowo-dywersyjne ZWZ-AK dla przywódcy powstania w getcie widocznie nie istniały. Nie wiem, na ile to był brak wiedzy, a na ile zła wola, niemniej cały wywiad czytałem z narastającym niesmakiem. Próba rozmowy o tym, co się dzieje z Edelmanem po powstaniu, kończy się zrazu odpowiedzią, że to nie ma znaczenia, chwilę później zaś autorka dowiaduje się, że to jest gdzieś napisane w książkach i że jest marudna. Narutowicza zabili dlatego, że został wybrany żydowskimi głosami, bicie Żydów było rzeczą powszechną, bo Kościół uczył, że Żyd zabił Chrystusa, a ksiądz Zieja był tylko jeden. Odpowiedź na pytanie, co się dzieje z Edelmanem po wojnie, brzmi: „Miałem dwadzieścia pięć kochanek, co drugi dzień inną”. I tak dalej, czyli wszystko to,
do czego nas przywódca powstania zdążył wielokrotnie przyzwyczaić.
Grupińska napisała, że to był niezmiernie ważny wywiad, a słowa Edelmana brzmiały na Zachodzie jak z zaświatów. Wówczas zapewne tak było, jednak dziś niezmiernie się cieszę, że w pozostałych rozmowach zamieszczonych w zbiorze Ciągle po kole rozmówcy chcieli coś więcej przekazać, niźli tylko swoją wyższość, nieomylność, gorycz i frustrację.

WP

Szmuel Ron mówił na przykład o strasznej codzienności, w której każdy dzień grzebie w warstwach archeologicznych to, co było wczoraj – przeszłości nie ma, tylko teraźniejszość. Opowiadał o swoich licznych spotkaniach i dyskusjach z Anielewiczem; relacja ta przybliża wiele faktów z życia dowódcy ŻOB-u. Niezmiernie podoba mi się również zapis dialogu ze wspomnianą już Maszą Glajtman Putermilch. Dialogu o wysiedleniu, wydarzeniach na Umschlagplatz i tych późniejszych, które doprowadziły do zawiązania kontaktów z podziemiem. Opowiada ona o życiu w organizacji, o akcji styczniowej i samym powstaniu, dokładnie opisując swoje losy podczas tego zrywu. Poruszające są fragmenty rozmowy z Aronem Karmim, w których mówi o ucieczce z pociągu jadącego do Treblinki. Uzupełnia on również relacje z powstania w getcie.

Największe wrażenie zrobił jednak na mnie wywiad z Adiną Blady Szwajgier, której jedną z pierwszych wypowiedzi było „Zazdrościło się wszystkim ludziom, którzy umierali. Na pytanie: co z twoimi rodzicami? nieliczni mogli odpowiedzieć: na szczęście umarli”. Niedługo później padają tu mądre zdania o tym, że człowiek stary, tak naprawdę, od środka jest taki sam, jak za młodu – marzenia, uczucia, pragnienie czynu się aż tak nie zmieniają, to świadomość własnej niemożności każe zmieniać patrzenie na świat. Szwajgier mówi również o asymilacji, świadomości żydostwa i swoistym getcie kulturowym. Przeczytamy tu o numerus clausus, getcie ławkowym, o antysemityzmie, co ciekawe jednak, rozmówczyni Grupińskiej przyjmuje tutaj diametralnie inną postawę, niż Edelman . Dobitnie podkreśla, że większość Żydów, którzy wrócili po wojnie z Rosji, zajęła najlepsze stanowiska, których nie mogliby zająć przed wojną, zaś Polacy przeżyli potworny koszmar, co,
niestety, utożsamiane jest z Żydami. Broni się przed zarzutem dziennikarki jakoby usprawiedliwiała polski antysemityzm podkreślając, że ani tego nie czyni, ani, tym bardziej, nie uważa, że był tak powszechny, jak się to powszechnie przyjmuje. Nie obarczał przy tym winą za pogromy całego społeczeństwa, tłumacząc cierpliwie: to jest mój kraj. Tutaj w końcu jest u siebie. I bez sensu jest pojęcie „winy Polaków”, bowiem Polacy nie mogli nic zrobić, poza ratowaniem jednostek.

Mówiła również o śmierci, umieraniu, o tym, że żadna śmierć nie jest mniej warta i mniej bohaterska, tyle tylko, że jak się umiera z bronią w ręku, to często się nie wie, że się umiera. Że samobójstwo to nie strach przed dalszym życiem, a przed drogą ku śmierci, przed komorą gazową. Interesujące są również te fragmenty, w których rozmówczynie dyskutują o tym, czy człowiek może przestać być Człowiekiem oraz te o poświęceniu Korczaka. Z dyskursu tego wyłania się zgoła odmienny obraz Starego Doktora, niźli ten ukształtowany w powszechnej świadomości. Szwajgier, jak sama podkreśla, napisała swoje wspomnienia pomimo tego, że wydawało jej się, że ludzi to nic nie obchodzi, a jeśli już, to nie potrafią tego zrozumieć. Stwierdziła jednak, że pamięć o powstaniu nie powinna zginąć, zwłaszcza, że pokutuje koszmarny stereotyp myślenia o getcie. Stereotyp, jakoby zamknięci tam ludzie byli niczym stado bydła, a mówiąc o getcie wspomina się tylko o śmierci i o tym, jak nędznie się tam umierało. Rozmówczyni podkreśla,
że należy mówić o życiu i bohaterstwie zwykłych ludzi, o ich walce, by pozostać ludźmi. Pozostać ludźmi i przetrwać po ludzku. W książce swej napisała: „wszystko odeszło w mrok historii”, ale, co zanegowała Grupińska, nic nie odeszło żyjąc wciąż, w teraźniejszości, w niej, w kilku jeszcze osobach.

Dodać trzeba, że pamięć ta żyje również dzięki takim książkom, jak Ciągle po kole. Żyje dzięki Markowi Edelmanowi , Szmuelu Ronie, Maszy Glajtman Putermilch, Pninie Grynszpan-Frymer, Aarnowi Karmim, Lubie Gawisar, Adinie Blady Szwajgier, Halinie Bełchatowskiej, Bronkowi Szpiglu i Kazikowi Ratajzerowi – tym, którzy zdecydowali się otworzyć przed Anką Grupińską i opowiedzieć o zwykłych ludziach trwających w niezwykłym czasie. Mówiąc o getcie, mówimy zazwyczaj o pomnikach, heroicznych postawach, męczeńskiej śmierci, Kidusz haszem. Powstanie w getcie to dla nas Edelman, Anielewicz i szary tłum, który chciał wybrać godną śmierć. Dzięki rozmowom zebranym w Ciągle po kole ów tłum choć trochę się personalizuje, uwidaczniają się w nim poszczególne postaci, losy zamknięte w dramatycznych biogramach. Michael Handelzaltz napisał, że symbol zbiorowy przyćmił indywidualne historie. W Ciągle po kole te indywidualne historie wydobywane są
na światło dzienne. Dzięki nim możemy się dowiedzieć o przekonaniach, pasjach, namiętnościach, motywacjach i refleksjach tych, którzy dotychczas byli owym anonimowym tłumem, pozostającym w cieniu symbolu.

WP
Polub WP Książki
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP