Trwa ładowanie...
d2cu1tx
Recenzje

Mama na górze, mama na dole

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Mama na górze, mama na dole
(Inne)
d2cu1tx

Dwie kobiety, jeden mężczyzna; na te słowa praktycznie wszystkim nasuwa się odruchowo skojarzenie: "Zdrada!", "Niemoralność!". Ale czy naprawdę wszystkim? Nam - europejskim chrześcijanom i żydom, przyzwyczajonym do jedynego słusznego wzorca rodziny do tego stopnia, że każdy inny wydaje się wręcz bluźnierstwem, obrazą boską – na pewno tak. A jeśli zapytamy muzułmanów? I to niekoniecznie tych bardziej ortodoksyjnych niż sam Mahomet, dążących do maksymalnego uprzedmiotowienia kobiety?

Islam, jak wiemy, dopuszcza wielożeństwo, zaznaczając przy tym, że mąż winien wszystkie małżonki traktować sprawiedliwie i każdej z nich zapewnić osobne lokum, jeśli nie zechce ona mieszkać razem z pozostałymi (czy jest to realizowane w praktyce, to inna sprawa...). Kilkanaście lat temu jedno z czasopism, bodaj "Zwierciadło", zamieściło reportaż o polskim muzułmaninie, żyjącym z dwiema kobietami; obie lubiły się, zgadzały się ze sobą, dzieliły między siebie obowiązki domowe, naprzemiennie wyręczały się w opiece nad dziećmi. Gdyby wyjechali do Iranu czy Pakistanu, sprawa nie miałaby posmaku grzechu i nielegalności, ale żadne z nich nie chciało – wszyscy troje tu się urodzili, tu dorośli, nie znając języka innego niż polski, choć wyznawali wiarę w tym miejscu niepopularną. Więc tylko jedna z nich była żoną, druga kochanką, która co najwyżej mogła dać dziecku nazwisko ojca. Jakiś czas później przeniknęła do publicznej wiadomości informacja, że prawie tak samo wyglądała przez pewien czas rodzina słynnej polskiej
seksuolożki, Michaliny Wisłockiej: one dwie, on jeden i para dzieci, wychowywanych w mniemaniu, że oboje mają jedną matkę. A teraz jedna z naszych pisarek spróbowała sobie podobną sytuację wyobrazić, ukazując czytelnikom problemy takiego nietypowego związku. Z jakim skutkiem? Popatrzmy.

Lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku. Wojciech i Anita – młodzi, wykształceni, u progu kariery – spotykają się w mało romantycznych okolicznościach, lecz, jak to czasem bywa, spotkanie to staje się zaczątkiem związku na serio. Bez ślubu, co w tych czasach, w wielkomiejskim środowisku, nie budzi już specjalnego zdziwienia. Wojtek chciałby mieć prawdziwe rodzinne gniazdo, z trzydaniowymi obiadami, wypastowanymi podłogami i zadbanym ogródkiem, po którym biegają radosne dzieci. Anita do tego nie tęskni, bo nie pamięta ani ciepła, ani radości, ani smaku domowej kuchni, tylko powolne umieranie matki, nieporadność i izolację emocjonalną ojca; o dzieciach też jakoś specjalnie nie marzy, i nawet nieplanowana ciąża nie zmienia jej nastawienia do związku. Ma urodzić, to urodzi, ale nie ma ochoty zakładać obrączki, tkwić w domu, sprzątać i pitrasić. Więc zakochany Wojtek postanawia zatrudnić pomoc domową. Jak na zawołanie zjawia się Renata zwana Tunią, dziewiętnastolatka z małego miasteczka, marząca o miłości na całe
życie, o związku, w którym będzie czułość i stałość, a nie będzie przemocy, alkoholu, najlepiej i seksu. Nie mija wiele czasu, gdy okazuje się, że również i ją z Wojtkiem łączy uczucie. Mógłby postąpić tak, jak wszyscy: rozstać się z jedną, a zostać z drugą, albo udawać, że jest z jedną, a z drugą żyć na boku. Ale po co, skoro można to załatwić tak, by wszyscy troje byli zadowoleni? Anita będzie się realizowała w pracy i zadowalała go w łóżku, Tunia zajmie się gospodarstwem i dziećmi (bo mimo awersji do współżycia jakoś udaje się jej zostać matką). W domu się pomieszczą, bo szczęśliwie Wojtek został spadkobiercą piętrowego segmenciku. Jest tylko jeden szkopuł: z obiema nie może wziąć ślubu. Tunia jest wierząca i dużą wagę przywiązuje do sakramentalnego związku, Anita, jak już wiemy, pod tym względem jest jej odwrotnością. Więc legalną żoną będzie ta pierwsza. I zacznie się trwająca latami maskarada, odgrywana przed rodzicami Tuni, sąsiadami, nauczycielami i kolegami dzieci; dla tych wszystkich ludzi Anita
jest tylko „sąsiadką z góry”, samotną matką, którą przygarnęła zaprzyjaźniona rodzina. Przez dłuższy czas jakoś uda się znajdować wytłumaczenia na fakt, że zarówno Janpaweł (w metryce oczywiście ma poprawną wersję obojga imion, ale w domu nikt już o tym nie pamięta), jak i Dobrochna, do obu kobiet mówią „mamo”. Ale w miarę, jak dzieci będą rosły, wzrośnie też napięcie związane z ukrywaniem prawdy. Ktoś kiedyś w końcu się domyśli… a może ktoś z rodziny sam postanowi odkryć karty… ale czy są gotowi, żeby się zmierzyć z reakcją otoczenia, która – jak możemy się spodziewać – nie będzie taka pozytywna? A jeśli nie, jaką cenę będą musieli zapłacić?

Odpowiedzi nie musimy w tym miejscu zdradzać, choć czytelnik zapewne się domyśla, że nie obejdzie się bez problemów. Zastosowana przez autorkę technika narracji z retrospektywnym odtwarzaniem wydarzeń z punktu widzenia Anity, Tuni i Dobrochny – stopniowo wprowadza nas w ich motywacje i odczucia; Wojciech i Janpaweł pozostają na drugim planie, widziani głównie poprzez pryzmat przeżyć kobiet, choć ten pierwszy od czasu do czasu werbalizuje swoje myśli na kartach dziennika. Problem jednak pozostaje problemem ich wszystkich, skłaniając czytelnika do zadawania pytań: czy w naszej kulturze tego rodzaju związek będzie mógł kiedykolwiek liczyć na akceptację lub chociaż tolerancję? Czy bardziej jesteśmy skłonni potępiać sytuację, w której mężczyzna ukrywa przed oficjalną żoną fakt istnienia drugiej kobiety i ewentualnie spłodzonych z nią dzieci, czy też taką, jak u Stawickich, gdzie wszystko odbywa się za obopólną wiedzą i zgodą? Czy dzieci wychowane w tak nietypowej rodzinie doznają większej traumy, niż te, których
ojciec po prostu odchodzi do innej kobiety i odwiedza je parę razy do roku albo wcale? Czy można nazwać niemoralną relację, w której nikt nikomu nie czyni krzywdy, nikt nie czuje się oszukany, wykorzystany ani zlekceważony, a wręcz przeciwnie, każda z zaangażowanych osób otrzymuje to, czego pragnie i sama się odwzajemnia zaspokojeniem potrzeb emocjonalnych pozostałych?

Taka jest rola literatury: opisywać prawdziwe lub hipotetyczne sytuacje, skłaniać do namysłu, czasem prowokować lub wzbudzać wątpliwości. A jeśli przy tym jest to proza pomysłowo skonstruowana, wiarygodna psychologicznie, dopracowana pod względem językowym – warto po nią sięgnąć.

d2cu1tx

Podziel się opinią

Share

d2cu1tx

d2cu1tx