Trwa ładowanie...

"Macie 30 sekund, natychmiast schodzicie z wizji". Przed budynkiem już stało wojsko

Co robiliśmy 13 grudnia 1981 roku? Na to pytanie może odpowiedzieć niemal każdy żyjący wtedy Polak. A dzień przed? Wprowadzenie stanu wojennego to z jednej strony "rozpędzające się przygotowania do operacji wojskowej, a z drugiej – zwykłe życie i poezja codzienności. Była przecież sobota, a więc czas przyjęć imieninowych, imprez weselnych, dyskotek i zwykłych popijaw" – tłumaczy autor książki zbierającej wspomnienia świadków tamtych wydarzeń.

Share
Wojciech Jaruzelski przygotowujący się do odczytania przemówienia informującego o wprowadzeniu stanu wojennego 13.12.1981 r.Wojciech Jaruzelski przygotowujący się do odczytania przemówienia informującego o wprowadzeniu stanu wojennego 13.12.1981 r.Źródło: Domena publiczna
d23fee5

Dziennikarz historyczny Igor Rakowski-Kłos (ur. 1986) w swojej książce z zacięciem detektywa, godzina po godzinie, rekonstruuje wydarzenia 12 grudnia 1981 r. Sięga do źródeł (także dotychczas nieznanych), ale przede wszystkim udziela głosu osobom, dla których ten dzień był z jakiegoś powodu szczególny.

Dzięki uprzejmości wyd. Znak publikujemy fragment książki "Dzień przed. Czym żyliśmy 12 grudnia 1981" Igora Rakowskiego-Kłosa, która trafiła niedawno do sprzedaży.

Godz. 23.50, Warszawa, siedziba TVP przy Woronicza

Anna Lubowska, prezenterka Studia 2 

Trwał "Święty Michał miał koguta" – film braci Tavianinich o włoskich rewolucjonistach. Obejrzałam go parę dni wcześniej i jak zawsze zwróciłam uwagę, jak się kończy, żeby wiedzieć, kiedy zbliża się wejście na wizję. Zazwyczaj realizator ostrzegał i mówił przez głośnik: "Uwaga wchodzimy", i już nie miałam z nim żadnej łączności. Zbliżała się północ, zostało jeszcze ze dwadzieścia minut filmu. To nie pierwszy raz, gdy mieliśmy opóźnienie. Takie były skutki nadawania programu na żywo, ale dzięki temu Studio 2 odbiegało od drętwej formuły i stało się kultowe. Przez cały dzień najbardziej stresowałam się jednak dyskusją na żywo o firmach polonijnych, którą miałam poprowadzić następnego dnia. Nie jestem ekonomistką, ale miałam męża, który się na tym znał, więc tym bardziej się denerwowałam, bo zawsze mi mówił, że mu przyniosę wstyd.

d23fee5

Bycie prezenterką w Studio 2 to moje dodatkowe zajęcie. Pracowałam w "Przyjaciółce", która miała ponad dwumilionowy nakład. Próbowałam uprawiać reportaż interwencyjny. Ludzie wysyłali do redakcji mnóstwo listów, napisałam nawet o tym pracę magisterską na socjologii, więc czytałam ich korespondencję i jechałam w Polskę do miejsc, gdzie źle się działo.

Anne Applebaum o sytuacji na Białorusi. Najgorszy scenariusz? "Stan wojenny"

Moje najbliższe koleżanki z socjologii miały zacięcie naukowe i dla nich nobilitacją było pisanie doktoratu, a nie pokazywanie buzi na ekranie. Ale pokazanie się w telewizorze to było coś. Ludzie w tramwaju mnie rozpoznawali. Nie wiem, kto mnie namówił, żebym poszła na przesłuchanie dla prezenterów. Zauważył mnie Mariusz Walter. Potrafiłam naturalnie zachowywać się przed kamerą i nie pleść bzdur, ale nie w pełni czułam, że umiem się w tym odnaleźć – może to właśnie była moja zaleta.

Najpierw prowadziłam Studio Bis, to była powtórka Studia 2 raz w miesiącu, a później już Studio 2. Po sierpniowych strajkach robotnicy wywalczyli trzy wolne soboty w miesiącu zamiast jednej, wobec tego Studio 2 zaczęło nadawać program już nie raz w miesiącu, ale trzy razy. Jedna para prowadzących to było za mało, więc Walter postanowił, że drugą parą będę ja i Janusz Wieczorek, także dziennikarz.

d23fee5

Zapisałam się do "Solidarności" jak wszystkie moje koleżanki z działu społecznego w "Przyjaciółce". Miałam poczucie, że każdy cieszy się ze zmian, które nadeszły, ale równocześnie z jednej strony byli ludzie ostrożni, którzy bali się tego, co może nastąpić, a z drugiej – szaleńcy. Ja nie byłam szaleńcem, ale też nie chciałam stać z boku. Uważałam tylko, że nie należy drażnić Rosjan. Nie dzieliłam ludzi na partyjnych i niepartyjnych. Członkami partii byli prawie wszyscy. Również mój mąż i rodzice. Tata był dyrektorem ekonomicznym w biurze projektów, a mama dziennikarką w "Życiu Gospodarczym", to był taki polski "Financial Times".

Anna Lubowska w 2019 r. AKPA
Anna Lubowska w 2019 r.Źródło: AKPA, fot: AKPA

W ten weekend wypadł mój trzeci czy czwarty dyżur w Studio 2. Miałam straszną tremę. W "Przyjaciółce" pisałam o rzeczach, na których się znam, a w telewizji przychodziło mi rozmawiać na tematy, w których nie czułam się pewnie. O tym, że dziennikarz to wszechstronny dyletant, już wiedziałam. Ale między tym, że człowiek coś wie, a tym, że umie to zrobić, jest duża przestrzeń. Byłam przejęta. Kiedyś podeszła do mnie Magda Umer i powiedziała: "Jak jesteś stremowana, to zaczynasz mówić, jakbyś była zarozumiała. Mam tak samo". Strasznie nie lubiłam tembru swojego głosu.

Mijała kolejna scena włoskiego filmu. Siedziałam za swoim biurkiem, kątem oka patrzyłam w kartkę o firmach polonijnych i nagle zobaczyłam, że w monitorze emisyjnym jest moja przekrzywiona głowa. W pierwszej chwili pomyślałam, że robią mi w reżyserce kawał. Ale na wszelki wypadek spojrzałam w kamerę i powiedziałam: "Dobranoc państwu". Patrzę ze zdumieniem, a na monitorze pojawia się plansza kończąca program. Janusz spojrzał na mnie zaskoczony i też powiedział: "Dobranoc państwu".

d23fee5

Z reżyserki okrzyki:

– Ania, Ania! Dostaliśmy telefon: "Macie trzydzieści sekund, natychmiast schodzicie z wizji". Nie mogliśmy cię uprzedzić, nie wiadomo, co się stało.

prl Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe

Wychodzimy na korytarz, ten słynny, którym biegła Krystyna Janda"Człowieku z marmuru", a tu na schodach stoją żołnierze. Ale że w Studio 1 często spotykaliśmy "krakowiaków i górali", to pomyślałam, że znowu aktorzy w kostiumach przechadzają się po budynku. Rzuciłam do tyłu: "Teatr Telewizji". Wszyscy gruchnęli śmiechem. Ale po minach mężczyzn w mundurach zorientowaliśmy się, że to nie jest teatr.

d23fee5

Przed budynkiem już stał tłumek pracowników. Żołnierze nie wypuszczali nikogo poza teren telewizji. W tym czasie pozostali chodzili po pokojach, jakby czegoś szukając. Po drugiej stronie ogrodzenia stał mój zdenerwowany tata, który po mnie przyjechał. Dopiero po dłuższej chwili wojsko pozwoliło nam wyjść za bramkę. Zapytaliśmy jeszcze na koniec, czy mamy jutro normalnie przyjść do pracy. Usłyszeliśmy, że tak.

Powyższy fragment pochodzi z książki Igora Rakowskiego-Kłosa "Dzień przed. Czym żyliśmy 12 grudnia 1981", która ukazała się nakładem wyd. Znak.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl
d23fee5
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d23fee5
d23fee5