Premier Justin Trudeau z Gordem Downie, który opowiedział światu historię Chaniego.
Premier Justin Trudeau z Gordem Downie, który opowiedział światu historię Chaniego. (Getty Images)

Łzy Kanady

Kiedy go znaleziono, Chanie nie miał przy sobie dokumentów – miał za to rozległą bliznę w kształcie litery U, idącą od prawego obojczyka w dół i w górę, do lewego. Znak, że jego klatkę piersiową kiedyś otwarto. O tym, co działo się z nim w szkole, nie wiadomo. O jego tragicznej śmierci już tak.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

To była walka o dusze niewiernych dzikusów, jak mówili o nich katoliccy duchowni. Europejczycy kolonizowali Kanadę zamieszkałą przez rdzennych mieszkańców. Były różne klany, każdy miał swoje wierzenia, tradycje i generalnie inny światopogląd od tego, który wyznawali przyjezdni. O dusze niewiernych walczył Kościół katolicki i protestancki. Zakony zakładały szkoły, by tam uczyć dzieci rdzennych mieszkańców. "Naprawiać ich" po swojemu, przekazywać jedynie słuszne prawdy, język, wiarę w Boga.

Szkół było przeszło 136, a zamknięto w nich co najmniej 190 tys. dzieci. Formalnie trafiały tam głównie 5-latki, ale przyjmowano też 2-latki - koniec szkoły przypadał na 15. rok życia. Co działo się za murami?

Dzieci były poniżane, bite, gwałcone i głodzone. Joanna Gierak-Onoszko dotarła do tych historii. Opisała je w książce "27 śmierci Toby'ego Obeda", wydanej przez Dowody na Istnienie. Przeczytajcie historię jednego z chłopców.

Źródło: Materiały prasowe/ Joanna Gierak-Onoszko spędziła w Kanadzie 2 lata. W tym czasie zebrała przerażające historie

Tajemna ścieżka Chaniego Wenjacka

Dom Wenjacków stał w miejscu, gdzie rzeka Ogoki łączy się z wodami wielkiej Albany, by w końcu wlać się do Zatoki Jamesa. W słoneczne dni, kiedy woda była spokojna, jej powierzchnia odbijała wiernie niebosiężne, świerkowe drzewa. Na takim właśnie lustrze pod koniec wakacji lądował samolot, by zabrać dzieci z Ogoki Post do odległej szkoły z internatem.

Chanie Wenjack był Anishinaabe, więc od zamknięcia w szkole nie było odwrotu. Trafił do placówki imienia Cecilii Jeffrey w Kenorze na północy prowincji Ontario. Rodzice musieli go tam oddać razem z resztą rodzeństwa: Annie, Margaret, Daisy, Evelyn, Marthą, Lizzie, George’em, Samem i Emily.

Źródło: Youtube.com/ Tak Chaniego pokazywał w swoich pracach Gord Downie

Na liście zabrakło Pearl – to ona w przyszłości zgodzi się, by Gord Downie opisał historię jej brata. Potem okaże się, że to sam dyrektor szkoły wówczas pozwolił, by Pearl została: w tym czasie matka Wenjacków umierała na nowotwór, ktoś musiał zająć się domem.
Latem 1966 roku Chanie miał dwanaście lat. Wchodząc na pokład samolotu, odwrócił się do siostry i powiedział: – Pearl, mam prośbę. Upierz moje ubrania i odłóż je do osobnego pudełka. Mój bordowy sweter możesz sobie wziąć.

Samolot odleciał, ale niecałe dwa miesiące później Chanie postanowił wrócić do domu – na piechotę. Znał adres. Wiedział, że powinien iść do Ogoki Post, nadrzecznej osady w rezerwacie Marten Falls. Wiedział, w którą stronę ma się kierować. Ale nie wiedział, że do pokonania ma sześćset kilometrów. Szedł wzdłuż torów kolejowych; padał śnieg. Chanie miał ze sobą słoik, w którym trzymał siedem zapałek. Udało mu się żadnej z nich nie zamoczyć – były jego jedynym źródłem ciepła i światła.


Istnieje co najmniej sześć fotografii Chaniego. Jedna, często powielana, pokazuje roześmianego zawadiakę. Chanie opiera się o ścianę budynku, ma na sobie niedopiętą kurtkę. Jego policzki są pucołowate, a oczy zmrużone od słońca i śmiechu.

Źródło: East News

Na pozostałych zdjęciach Chanie ma ostre rysy, leży na wznak w mokrym bawełnianym ubraniu. Na nogach ma skórzane buty do kostki, ich brzegi są wywinięte do środka, żeby chronić stopę przed wpadającym do wewnątrz buta śniegiem.

Kiedy go znaleziono, Chanie nie miał przy sobie dokumentów – miał za to rozległą bliznę w kształcie litery U, idącą od prawego obojczyka w dół i w górę, do lewego. Znak, że jego klatkę piersiową kiedyś otwarto.

Nauczyciele ze szkoły w Kenorze nie potrafili powiedzieć, kiedy i po co. O życiu swego podopiecznego nie wiedzieli zbyt wiele. Nie chcieli nawet mówić do niego imieniem, które wybrali mu rodzice. Woleli nazywać go Charlie. Po wszystkim powtarzali: "Nasz Charlie był takim dobrym, takim wesołym chłopcem".

Nie potwierdzili, czy ucieczka miała coś wspólnego z tym, że tydzień wcześniej spuszczono mu potężne lanie. O tym, że nie tylko go bili, nie powiedzieli wcale. To wkrótce po tamtym Chanie zdecydował się uciekać.

Był ciepły październik – chłopcy nosili jeansy, koszule w kratę, cienkie kurtki i skórzane buty do kostki. W placówce mieszkało wówczas jakieś sto pięćdziesięcioro dzieci i tylko sześcioro dorosłych. Zniknąć było łatwo. Budynek otaczał płot z drutu kolczastego, ale w jednym miejscu dzieci zrobiły dziurę. Wystarczyło się prześlizgnąć, a potem już tylko pędzić przed siebie. Nie środkiem, a brzegiem, przez leśną gęstwinę, przez las.

Dzieci ze szkoły wiedziały, że istnieje tajemna ścieżka, a secret path, którą umieli się poruszać tylko rdzenni mieszkańcy tych ziem. Na taką właśnie ścieżkę wkroczył Chanie z kolegami, braćmi McDonald. Ale był po operacji, nie nadążał. Koledzy musieli na niego czekać i szybko zrozumieli: Chanie spowalnia tempo i przez to naraża całą grupę.

Źródło: Getty Images/ Las miał być miejscem ocalenia dla chłopaka. Spotkał go tragiczny koniec

Chłopcy dotarli do chatki, w której żyli traperzy, dalecy krewni braci McDonald. Chaniego nazwali: "ten obcy". Karmili trzech uciekinierów przez parę dni, ale wkrótce trzeba było ruszyć na wielodniowe polowanie. Traperzy zabrali ze sobą tylko kuzynów. Powiedzieli: "Ten obcy z nami nie idzie". (…)

Zdecydował się pójść wzdłuż torów i szedł tak przez co najmniej trzy dni. Zasinienia na jego podudziach, na czole i pod lewym okiem powiedzą, że kilkakrotnie przewracał się na podkłady między torami. Aż w którymś momencie padł na wznak.

W niedzielę rano, 23 października 1966 roku, maszynista pociągu numer 821 kanadyjskich kolei zaciągnął hamulec i zatrzymał skład obok leżącego przy torach dzieciaka w przemoczonym ubraniu.

Był przekonany, że to on potrącił chłopca. Potem specjaliści długo się kłócili, co chłopca powaliło pierwsze: zimno czy głód. Zlecono sekcję; wykazała, że dziecko umarło na skutek wychłodzenia. Protokół nadmienił też, że w jego żołądku nie znaleziono śladów pokarmu.

Dyrektor szkoły w Kenorze, sam wychowany w internacie, uznał, że w tej sytuacji należy odesłać do domu pozostałe dzieci Wenjacków. Wsadził je do samolotu lądującego na gładkim lustrze Ogoki. Kiedy stary Wenjack wrócił do domu, stanął jak wryty na widok swoich dzieci i żony, zwolnionej specjalnie ze szpitala.

Od razu zrozumiał, że są tu wszyscy, tylko nie Chanie, i osunął się na ziemię. Przez kilka dni nie wstawał ani nie jadł. Kiedy w końcu się podniósł, wyszedł na dwór kopać swojemu synowi grób. Sam złożył w nim ciało Chaniego, sam odprawił nabożeństwo – tak wspomina to Pearl.

Wenjackowie nie wiedzieli, że w dokumentacji koroner dopisał wśród zaleceń wszczęcie osobnego śledztwa w sprawie wysokiego odsetka ucieczek chłopców mieszkających w szkole z internatem imienia Cecilii Jeffrey. Ale żadnego śledztwa nie było. Powstał za to reportaż.

Źródło: 123RF/ Zdjęcie ilustracyjne. Chanie był jedną z wielu dziecięcych ofiar

W 1967 roku kanadyjski magazyn opinii "Maclean’s" opublikował tekst Samotna śmierć Chaniego Wenjacka: "Nic w tym dziwnego, że indiańskie dzieci uciekają ze szkół z internatem, do których są wysyłane. Robią tak cały czas, odmrażają sobie i tracą wtedy palce u stóp i u rąk. Czasem tracą nogę albo rękę, starając się wdrapać na wagony pociągów towarowych. Czasem któreś ginie. Być może dlatego, że są Indianami, nikt za bardzo się tym nie przejmuje. Mamy tu do czynienia z historią małego chłopca, którego spotkała straszna i samotna śmierć. To opowieść o grupie ludzi, która się do tego przyczyniła, a także o miasteczku, które właściwie niczego nie zauważyło".

Po latach do Daisy, jednej z sióstr Chaniego, zadzwonił mężczyzna. Przedstawił się i powiedział, że jest jego kolegą ze szkoły. Dodał, że tamtej październikowej niedzieli poza Chaniem i braćmi McDonald ze szkoły w Kenorze uciekło kilku innych chłopców – w sumie było ich dziewięciu.

– W internacie dręczono nas nocami. Robili nam to nie dorośli, lecz starsi chłopcy. To dlatego uciekliśmy – dodał głos w telefonie. – Ja nie pobiegłem z Chaniem. Wybrałem inną drogę, schroniłem się na pobliskiej farmie. Nakarmiono mnie tam i ogrzano. A kiedy już poczułem się bezpieczny, gospodarz wziął telefon i wezwał policję.


Kilkanaście lat temu numer magazynu "Maclean’s" z reportażem o samotnej śmierci chłopca z zapałkami trafił do rąk Gorda Downiego, człowieka w kapeluszu fedora z piórkiem wetkniętym za wstążkę.

– Nigdy nie znałem Chaniego, ale zawsze będę go kochać. Jego duch nie daje mi spokoju. Jego historia to historia Kanady. Nie jesteśmy krajem, za jaki się uważamy – powie Gord Downie, poeta, aktywista, kanadyjski Bruce Springsteen. On i jego zespół, The Tragically Hip, od ponad trzydziestu lat są kronikarzami, powiernikami i tłumaczami Kanady. Muzyk, który nosi kapelusz z piórkiem, zaprzęgnie dla upamiętnienia chłopca z zapałkami cały swój autorytet i popularność.

Źródło: Getty Images/ Gord wszędzie gdzie mógł, opowiadał o dzieciach takich jak Chanie

Zacznie pisać o historii Chaniego i dalej, o historii szkół z internatem. Pierwszych dziesięć wierszy wyda jako tomik The Secret Path (Tajemna ścieżka). Potem pójdą za tym piosenki, a za nimi – nagrody. Downie stanie się rzecznikiem historii ocaleńców – w Kanadzie go kochają, jest ich bardem, przyjacielem i sumieniem.

Będą słuchać, co ma im do powiedzenia. To będzie jego testament. Z ustawicznego opowiadania o Chaniem i szkołach z internatem Gord Downie, zwany przez kochających go rodaków "Gordiem", uczyni swoje dziedzictwo, które przyćmi jego wszystkie wcześniejsze dokonania artystyczne. Powoła fundację, wyprodukuje film i wyda komiks o Chaniem.

Zdecyduje, że pieniądze trafią do National Center for Truth and Reconciliation, Narodowego Centrum Prawdy i Pojednania, które powstało dzięki komisji. Ale nie ograniczy się tylko do sztuki. Będzie też organizował szkolenia, warsztaty i kursy mówiące o kanadyjskich internatach dla rdzennych dzieci. Chce, by dowiedzieli się wszyscy. Ale do tego potrzebuje sojuszników.

Po pierwsze, chociaż od kilkunastu lat działał w sprawie pojednania, nadal jest białym outsiderem. Rozumie, że nie może zawłaszczyć historii Chaniego – potrzebuje zgody rodziny. Siostra chłopca, Pearl Wenjack, daje mu swoje przyzwolenie. Po drugie, potrzebne będą pieniądze. Co zrobić, by mu nie odmówiono? Do których drzwi ma zapukać, by być usłyszanym w sprawie nieżyjącego od pięćdziesięciu lat dziecka?

Wiosną 2016 roku Gord Downie wypowiada publicznie słowa: glioblastoma multiforme. W jego głowie rośnie glejak wielopostaciowy. Nie pomaga już żadne leczenie, będziemy się żegnać. Zespół rusza w ostatnią trasę. Na finałowy koncert The Tragically Hip w ich rodzinnym Kingston przychodzi premier Justin Trudeau. Ale nie może cieszyć się muzyką – zostaje wywołany ze sceny i zobowiązany do pracy nad pojednaniem.

Źródło: East News/ Trudeau po śmierci Gorda wygłosił przemówienie. Nie powstrzymał łez

Słucha tego blisko dwanaście milionów Kanadyjczyków w domach, barach, parkach i salach kinowych – bo tej nocy zbierają się, by być z Gordem. Jego ostatni koncert transmitowany jest w radiu, telewizji i w sieci. Cbc nie przerywa go ani jedną reklamą. Policja tweetuje: "Drogi świecie, uprzejmie informujemy, że dziś od godziny 20:30 Kanada zostanie zamknięta z okazji dnia #TragicallyHip".

– To, co działo się w szkołach, było bardzo, ale to bardzo złe. Musimy sobie z tym poradzić. To wy musicie sobie z tym poradzić – mówi Gord na do widzenia. Kiedy w Kingston cichnie muzyka, zrywają się brawa i wybucha szloch.

– Dziękuję wszystkim. Dzięki, że tego wysłuchaliście. Dzięki, że słuchaliście, koniec. Miłego życia. Wkrótce nadchodzi wiadomość: Gord Downie, najważniejszy muzyk Kanady i adwokat Chaniego Wenjacka, nie żyje.

Kanadyjski parlament żegna go minutą ciszy. Stacje radiowe na okrągło puszczają jego muzykę. Autobusy zastępują numery linii na wyświetlaczach zdaniem: "Będziemy tęsknić, Gord". Pracownicy knajp w miejsce informacji o menu wypisują na tablicach cytaty z jego piosenek. A czasem tylko: "rip, Gordie".

W okolicach stacji metra Rosedale w Toronto zamiast zaproszenia na lunch dnia ktoś pisze na potykaczu: "Czekamy do 22:00. Nie płacz sam". Telewizja pokazuje premiera Trudeau, który siąka do mikrofonu, nie kryjąc łez przed dziennikarzami i opinią publiczną.

Źródło: Materiały prasowe
Trwa ładowanie
.
.
.
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne