Trwa ładowanie...
d1el288

Lato, gdy mama miała zielone oczy

książka
Oceń jako pierwszy:
d1el288
Lato, gdy mama miała zielone oczy
Tytuł oryginalny

Vara în care mama a avut ochii verzi

Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Seria
Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe

Aleksy, kipiący gniewem nastolatek, po ukończeniu szkoły zamierza pojechać z kolegami do Amsterdamu, zamiast tego jednak udaje się z matką na wieś do Francji. Mają spędzić razem lato. Ich trudna relacja powoli się odmienia, aż w końcu – na krótko – przechodzi w autentyczną bliskość.

Po latach, już jako uznany artysta, Aleksy powraca pamięcią do dni spędzonych z mamą i w swoim wściekło-lirycznym monologu stopniowo – w serii retrospekcji i narkotycznych malarskich wizji – dociera do istoty tego, co wówczas przeżywał i czuł.


„Tatiana Țîbuleac w swojej debiutanckiej powieści, świetnie przełożonej z języka rumuńskiego, opowiada o tej najpierwszej i najważniejszej więzi, jaką jest więź z matką. Opowiada w sposób zmysłowy, pełen melodii, nienawiści i czułości. Opowiada genialnie – jak nikt dotąd”.

Maciej Topolski

„Ból i piękno zawarte w tej książce dławią i zapierają dech. Jakby setki drobnych igieł wbijały się w ciało, przedostawały do żył i płynęły do serca. Aleksy snuje swoją cierpką balladę o kręgach traumy, wyśpiewuje gorzki lament, który zamienia się w poemat o nieubłaganym przemijaniu. Cierpienie zaklęte w głowach słoneczników, w polu ułamanych łodyg, w osieroconych sukienkach. Co pozostanie? Wspomnienia jak lśniące perły, tęsknota za zielonymi oczami matki, tkanka pamięci pokryta bliznami, a dla nas, czytelników – wszechpotężna moc literatury, która wysyca sensem pustkę losu”.

Małgorzata Rejmer

Lato, gdy mama miała zielone oczy
Numer ISBN

978-83-66505-24-7

Wymiary

124x194

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Liczba stron

152

Język

polski

Fragment

Ruszyłem w milczeniu i szedłem po jej śladach, w stronę jej tajemnicy. Tamtego dnia mama była biała i długa niczym poranny cień i miała rozpuszczone włosy. Jak każdy człowiek ślepo za kimś kroczący, widziałem tylko jej pięty i plecy, poruszające się w dziwacznym rytmie, takim samym jak u tamtego delfina, którego widzieliśmy raz w delfinarium, dokąd mnie zabrała, żeby wybić mi z głowy samobójstwo. Rzepak pachniał mirrą, a powietrze czymś nowym i dobrym – jak pudełko z butami, których pragnęło się cały rok. [...]

Nagle mama się zatrzymała, ja za nią, a wraz z nami wszystko to, co w tamten dzień było nam pisane. Potem złapała mnie za rękę i pociągnęła za sobą pośród smutnych i wielkich kwiatów, które patrzyły na nas swoimi zębatymi łebkami. Nie byłem już synem, ona nie była mamą. Stałem się wystraszonym śmiertelnikiem, a ona czarownicą przenoszącą swoją ofiarę w inny świat. Zrobiłem ostatni krok, a czas zamknął się za nami jakby zapięty na niewidzialny suwak.

d1el288

Podziel się opinią

Share
d1el288
d1el288
d1el288
d1el288
d1el288