Trwa ładowanie...

Chris Niedenthal: w wolnej Polsce stałem się ofiarą cenzury

Najbardziej bał się, kiedy trafił pod ostrzał podczas wojny w Jugosławii. Najbardziej żałuje, że nie zrobił więcej zdjęć Holoubkowi i Niemenowi. Woli fotografować codzienne życie, a nie wydarzenia polityczne. Chris Niedenthal, brytyjski fotograf mieszkający w Polsce od prawie pół wieku, opowiada o swoim życiu, w przeddzień premiery uzupełnionego wydania jego autobiografii.
Share
Chris Niedenthal zaktualizował swoją autobiografię "Zawód: fotograf".
Chris Niedenthal zaktualizował swoją autobiografię "Zawód: fotograf".Źródło: East News
d2bo1jp

Przemek Gulda, Wirtualna Polska: Co sprawiło, że w 1973 roku przeniósł się Pan z Wielkiej Brytanii do Polski?

Chris Niedenthal: Ale ja ani przez moment nie myśałem wtedy, że się przenoszę!

Jak to?

Przyjechałem tylko na kilka miesięcy. Lubiłem spędzać w Polsce wakacje, w tamtym roku postanowiłem przyjechać na dłużej, już w maju. Skończyłem właśnie studia fotograficzne w Londynie, chciałem zobaczyć, jak tu jest naprawdę, nie na wakacjach. Przyjechałem i... wsiąkłem. Okazało się, że tu jest ciekawiej niż w Londynie.

d2bo1jp

Naprawdę? Między "swingującym Londynem" a wybuchem punkowej rewolucji Londyn okazał się mniej ciekawy od Warszawy?

Zdecydowanie! Przynajmniej dla mnie. Zafascynowała mnie tu wtedy chyba przede wszystkim młodzież. W Londynie życie młodych ludzi wydawało mi się wówczas bardzo banalne, oczywiste i przewidywalne. W Polsce było zupełnie inaczej. Tu toczyła się nieustanna walka z systemem. I nie chodzi mi bynajmniej o realną walkę na ulicach - to jeszcze przecież nie były czasy Solidarności.

Młodzi Polacy walczyli wtedy z systemem samą swoją postawą: ironią, poczuciem humoru, kontestowaniem systemu na każdym kroku. Miałem też wrażenie, że są o wiele bardziej zainteresowani światem i kulturą, bardziej oczytani niż ich brytyjscy rówieśnicy. Może dlatego, że mieli o wiele mniejszy dostęp do wszystkiego niż młodzież na Zachodzie. Niełatwo było podróżować, odwiedzać inne kraje, literatura była więc jedynym sposobem poznawania świata. To było dla mnie bardzo inspirujące - rozmowy z Polakami często uczyły mnie czegoś ważnego.

I dlatego postanowił Pan zostać?

Tak, zdecydowałem, że tych kilka letnich miesięcy to za mało i chcę zostać na dłużej. A potem robiłem już wszystko, żeby być tu jeszcze dłużej.

Chris Niedenthal na tle swojego słynnego zdjęcia ze stanu wojennego. East News
Chris Niedenthal na tle swojego słynnego zdjęcia ze stanu wojennego. Źródło: East News

Nawet w czasach stanu wojennego, kiedy bardzo wiele Polek i Polaków marzyło tylko o tym, żeby z Polski wyjechać. Pan natomiast robił wszystko, żeby czasem pana stąd nie wyrzucono...

d2bo1jp

Jasne, że to był okropny moment polskiej historii, ale ja byłem już zupełnie w innym miejscu życia: miałem w Polsce dom, żonę i syna, miałem tu sprawy, pracę. Nie chciałem stąd wyjeżdżać. No i oczywiście to była zawodowa potrzeba, czy wręcz konieczność. Jestem przecież fotoreporterem, więc chciałem być tam, gdzie dzieją się ciekawe rzeczy, gdzie tematy do zdjęć są wszędzie dookoła. A Polska była przecież wtedy w takim miejscu. I nawet to, jak trudno było wtedy wysłać stąd zdjęcia na Zachód, przekonywało mnie, że to jest właśnie miejsce, w którym w tym momencie trzeba być.

Czy z zawodowego punktu widzenia było to dla Pana niebezpieczne? Miał Pan jakieś trudne sytuacje w tym czasie?

Na szczęście nie było ich wiele. Pamiętam moment - który wtedy mógł każdego spotkać - kiedy podczas jakiejś demonstracji zaczął za mną biec ZOMO-wiec. Wyglądał na wściekłego, jeśli nie wręcz opętanego. Łapał mnie za pasek od torby fotograficznej. Udało mi się wyrwać, dobiegłem do kościoła i tam się ukryłem. Wtedy dał mi spokój.

Dużo bardziej niebezpiecznie było, kiedy wybrałem się do upadającej Jugosławii. Przyznaję się, nie jestem fotoreporterem wojennym, ale jednak trafiłem tam na samym początku wojny. To były jeszcze tylko walki między Słowenią i Serbią, byłem na wielkim parkingu między Austrią i Słowenią i zobaczyłem żołnierzy słoweńskich kryjących się za śmietnikiem. Miałem wrażenie, że to może być dobry materiał na zdjęcie, ale potem zobaczyłem, że z drugiej strony zaczynają nadlatywać pociski, z nieba spadały szrapnele, które rozbijały się na bruku parkingu. Wtedy dotarło do mnie, jak bardzo to jest niebezpieczne. I jak bardzo to nie jest dla mnie. Nigdy więcej nawet nie próbowałem się zbliżać do żadnej wojny.

d2bo1jp

"Odkrywamy karty". Juliusz Machulski: "jestem rozczarowany rządzącymi"

A dziś? Nadal tak bardzo chce Pan mieszkać w Polsce?

Nie da się ukryć: ostatnie pięć lat to z polskiego punktu widzenia stracony czas, szkoda go. Zwłaszcza, kiedy jest się w takim wieku jak ja. Wolałbym obserwować rozwój i radość, a nie demontaż kraju i ludzi wściekłych na polityków, którzy nimi rządzą.

d2bo1jp

Jak Pan przyjął niedawną aferę z pana wystawą?

Powiem krótko: nawet w czasach najgorszego PRL-u nikt mnie nigdy nie cenzurował, a teraz, nagle, w wolnej Polsce stałem się ofiarą cenzury.

Wystawa Pana najnowszych prac, fotografii z ulicznych protestów, zatytułowana "Tu i Teraz", miała się odbyć w ramach Rzeszowskiego Weekendu Fotografii w Galerii Miejskiej Zespołu Szkół Plastycznych w Rzeszowie...

Nie doszło do tej wystawy. Rozumiem oczywiście, czemu tak się stało, ale to bardzo smutne - chodziło przecież tylko i wyłącznie o to, że ludzie bali się o stołki. Lokalni decydenci uznali, że pokazywanie wystawy, która może być odczytywana jako wypowiedź przeciwko władzy, jest dla nich niebezpieczne. Nikt nie chce się narażać. Takie momenty rzeczywiście sprawiają, że wolałbym może żyć na jakiejś ciepłej, przyjemnej wyspie, a do Polski wracać tylko od czasu do czasu.

d2bo1jp

Inna sprawa, że ostatnio jest coraz mniej miejsc, do których można uciec. Brazylia, Węgry, Turcja i wiele innych krajów rządzonych jest też przez prawicowych populistów. Na szczęście przynajmniej w Stanach ostatnio zmieniło się na lepsze. Miejmy nadzieję. Może to będzie przykład dla innych narodów, że nie tędy droga.

Chris Niedenthal w pracy. East News
Chris Niedenthal w pracy. Źródło: East News

Skąd Pan wie, kiedy nacisnąć migawkę, kiedy przed pana oczami dzieje się coś, co będzie dobrze wyglądało na zdjęciu?

Nie da się tego wytłumaczyć. To jest intuicja, coś co fotoreporterzy mają we krwi. Czasem, może wręcz często, robię zdjęcie zupełnie nie myśląc: "o, to jest idealna scena do uwiecznienia na fotografii, to będzie znakomite zdjęcie", dopiero potem okazuje się, że wychodzi z tego coś dobrego, a może wręcz ważnego.

d2bo1jp

Jeśli w ogóle o czymś myślę w takich momentach, to tylko o tym, czy to zdjęcie uda się zrobić z punktu widzenia technicznego. Teraz na szczęście to mniejszy problem, niż kiedyś - nowoczesny cyfrowy sprzęt pomaga zrobić zdjęcie nawet wtedy, kiedy jest ciemno. Gdyby obecne protesty, które dzieją się po zmierzchu, odbywały się w latach 80., na pewno nie dałoby się ich tak dobrze udokumentować na zdjęciach jak dziś, zwłaszcza w kolorze.

Jest Pan autorem wielu ikonicznych zdjęć: tego z wojskowym transporterem i plakatem do "Czasu apokalipsy", czy tych z papieżem. Ale czy ma Pan w archiwum takie zdjęcia, które nie stały się popularne, ale są dla Pana szczególnie ważne?

Kiedy dziś o tym myślę, jestem przekonany, że zdjęcia polityczne nie są tak ważne, jak te, które dokumentują życie codzienne. Polityczne fotografie dezaktualizują się bardzo szybko. Po kilku latach, czy nawet miesiącach, nikt już nie pamięta, kto na nich jest i jakich sytuacji dotyczą. Przeglądam teraz z asystentką swoje czarno-białe archiwum z lat 70. i co rusz odkrywam jakieś ciekawostki, o których w ogóle nie pamiętałem. Wiele z tych zdjęć widzę po raz pierwszy.

Jak to?

Nie byłem wtedy zbyt bogaty, nie miałem pieniędzy na to, żeby wykonywać odbitki wszystkich zdjęć, które robiłem i nie miałem jeszcze łatwego dostępu do dobrych filmów kolorowych. Z reguły przygotowywałem tylko tzw. stykówki, czyli miniaturki z negatywów, a w dużym formacie robiłem tylko wybrane ujęcia. A później zdjęcia zamawiane przez zachodnie magazyny wysyłałem do redakcji w formie niewywołanych filmów. Z reguły to był ich warunek: raz, że chcieli mieć gwarancję, że materiał będzie odpowiednio wywołany, a dwa - chcieli mieć wyłączność na te zdjęcia.

Wracając do tych archiwalnych odkryć: jeździłem wtedy po Polsce, bywałem i nad Bałtykiem, i na Podhalu czy nad jeziorami. Na tych zdjęciach świetnie widać, jak wtedy wyglądaliśmy, jak się ubieraliśmy, jakie nosiliśmy fryzury, czym jeździliśmy, a raczej - jak sobie radziliśmy, nie mając czym jeździć. To się dziś świetnie ogląda, dużo lepiej niż zdjęcia polityczne czy portrety polityków.

Ale polityków też Pan wtedy fotografował. Nawet tych najważniejszych, np. Lecha Wałęsę. Jak to się stało?

Na początku nie miałem oczywiście pojęcia, że będzie ważnym politykiem. Byłem w Gdańsku w stoczni drugiego dnia strajku w sierpniu 1980 r., siedziałem przy nim w sali BHP podczas negocjacji z dyrekcją. On jeszcze wtedy nie był tym słynnym Wałęsą, na razie był przywódcą strajku, który negocjował z dyrektorem zakładu. Ale już wtedy widziałem wyraźnie jego charyzmę i umiejętności.

Chris Niedenthal na wystawie swoich zdjęć w Muzeum Gdańska, 2018 r. East News
Chris Niedenthal na wystawie swoich zdjęć w Muzeum Gdańska, 2018 r. Źródło: East News

A potem powiedział o Panu, że on już dawno nie jest przywódcą strajku, został prezydentem, a Pan tylko ciągle te zdjęcia robi...

Rzeczywiście to był bardzo słynny tekst. On zresztą jest mistrzem takich komentarzy: uszczypliwych, ale w gruncie rzeczy życzliwych. Te słowa wypowiedział akurat podczas zimowej olimpiady w Salt Lake City, staliśmy w głębokim śniegu, on udzielał wywiadu telewizyjnego, a ja go fotografowałem.

Ma Pan też w Polsce wielu innych sławnych znajomych...

Ale jestem bardzo słaby, jeśli chodzi o robienie im zdjęć. Jest mi po prostu głupio prosić ich o pozowanie do portretu. To są moi przyjaciele, spotykamy się, żeby porozmawiać, opowiedzieć sobie, co u nas słychać, a nie po to, żeby robić zdjęcia. Potem oczywiście tego żałuję, zwłaszcza kiedy tacy ludzie odchodzą. Tak było np. w przypadku Gustawa Holoubka czy Czesława Niemena. Dziś nie mogę sobie wybaczyć, że nie zrobiłem im więcej zdjęć, kiedy jeszcze żyli.

Lada moment ukazuje się nowa, uzupełniona wersja Pana autobiografii, która pierwotnie ujrzała światło dzienne dekadę temu. Jak wyglądała praca nad nowym wydaniem?

Nie ukrywam, było ciężko. Trudniej było ją uzupełnić niż napisać dziesięć lat temu. Wtedy jakoś to poszło. Dostałem propozycję, żeby to napisać, usiadłem i przez cztery miesiące spisałem te wszystkie swoje wspomnienia. Pisałem po polsku, choć po angielsku byłoby mi łatwiej. Ale uznałem, że to absurdalne, żeby ktoś jeszcze musiał mnie tłumaczyć na polski.

Co pan teraz dopisał?

Trochę historii, których wtedy jeszcze nie przeżyłem, np. o robieniu zdjęć podczas Festiwalu Chopinowskiego w 2015 r. czy o pracy nad albumem o Gdańsku. No i muszę powiedzieć, że się bardzo mocno zradykalizowałem przez tych dziesięć lat. Mogę wręcz powiedzieć, że pod względem politycznym jestem wściekły i uważam, że w takich czasach trzeba głośno krytykować władzę. Dlatego znalazło się tam kilka mocnych zdań na ten temat, kilka fragmentów, w których zdecydowanie nie jestem neutralny. Dziś jest mi łatwiej - nie pracuję już dla żadnych magazynów ani agencji, nie muszę być więc powściągliwy pod tym względem. Jestem niezależny, fotografuję głównie dla siebie, dla swojego archiwum, mogę mówić, co chcę.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

d2bo1jp

Podziel się opinią

Share
d2bo1jp
d2bo1jp