Trwa ładowanie...
d198wet

„Bawiliśmy się zapałkami w stogu siana, a teraz krzyczymy: ‘olaboga, wybuchł pożar’” – wywiad z Wojciechem Jagielskim

Lara to mieszkanka Doliny Pankisi, znajdującej się na pograniczu gruzińsko-czeczeńskim. Jej życie toczyło się w cieniu wojen w Gruzji i Czeczenii, dlatego największym pragnieniem kobiety było uchronić przed wojną swoich synów – Szamila i Raszida. Jako nastolatków wysłała ich do Europy, gdzie zyskali status uchodźców i mogli prowadzić normalne życie. Jednak nowa ojczyzna rozczarowała młodych Czeczenów. Postanowili wstąpić w szeregi Kalifatu i wyjechać na świętą wojnę w Syrii. I choć Lara próbowała ich od tej nowej wojny uratować – po Szamila pojechała nawet do samej Syrii – jej próby spełzły na niczym. Obaj zginęli w walce.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
„Bawiliśmy się zapałkami w stogu siana, a teraz krzyczymy: ‘olaboga, wybuchł pożar’” – wywiad z Wojciechem Jagielskim
(PAP)
d198wet

Lara to mieszkanka Doliny Pankisi, znajdującej się na pograniczu gruzińsko-czeczeńskim. Jej życie toczyło się w cieniu wojen w Gruzji i Czeczenii, dlatego największym pragnieniem kobiety było uchronić przed wojną swoich synów – Szamila i Raszida. Jako nastolatków wysłała ich do Europy, gdzie zyskali status uchodźców i mogli prowadzić normalne życie. Jednak nowa ojczyzna rozczarowała młodych Czeczenów. Postanowili wstąpić w szeregi Kalifatu i wyjechać na świętą wojnę w Syrii. I choć Lara próbowała ich od tej nowej wojny uratować – po Szamila pojechała nawet do samej Syrii – jej próby spełzły na niczym. Obaj zginęli w walce.

Dlaczego synowie Lary – chłopcy wiodący w Europie normalne życia - zdecydowali się walczyć na świętej wojnie? Czym Europa rozczarowała zamieszkujących ją muzułmańskich imigrantów? I dlaczego państwa Zachodu nie chcą zaangażować się w wojnę w Syrii, choć przecież Państwo Islamskie to wróg, którego same sobie stworzyły? Na te i inne pytania stara się odpowiedzieć Wojciech Jagielski, jeden z najwybitniejszych polskich reportażystów, którego najnowsza książka, „Wszystkie wojny Lary” , właśnie trafiła do sprzedaży.

Tomasz Pstrągowski: Jak Pan natrafił na Larę?

d198wet

Wojciech Jagielski: Przypadkiem. W zeszłym roku pojechałem do Gruzji z zupełnie innym pomysłem. Chciałem pozbierać dalsze ciągi historii z moich poprzednich wypraw. Planowałem zbiór opowiadań gruzińskich.

Na spotkanie z Larą namówił mnie mój gospodarz. Zgodziłem się niechętnie. Po pierwsze – zajęty byłem czymś innym. Po drugie - Lara jest gruzińską Czeczenką, a ja miałem wrażenie, iż w sprawie Czeczenii powiedziałem już wszystko, co miałem do powiedzenia (w 2004 roku Wojciech Jagielski opublikował książkę o Czeczenii zatytułowaną "Wieże z kamienia" – przyp. T.P.). Potraktowałem więc to spotkanie jako daninę dla gospodarza, któremu bardzo zależało.

Spotkaliśmy się z Larą w restauracji McDonalds, gdzie po raz pierwszy usłyszałem jej historię. Wyszedłem z rozmowy poruszony, ale nie myślałem wtedy, by przerabiać ją na korespondencję czy reportaż. Z czasem zdałem sobie jednak sprawę, że nie mogę się tej historii pozbyć. Planowałem ją więc umieścić jako jeden z rozdziałów w książce, traktowałem go trochę jako taki „rozdział rezerwowy”. Ale przekonałem się, że nie będzie pasował do pozostałych.

I po paru dniach wewnętrznych zmagań, dotarło do mnie, że historia Lary być może nie nadaje się na „grubą” książkę, ale mogłaby powstać z niej nowelka. Spotkałem się z nią więc drugi raz, a później przez pół roku nękałem telefonami i rozmowami na Skype – pomocny wynalazek, którego wcześniej nie znałem.

d198wet

Na zdjęciu: Kurdowie walczący z Państwem Islamskim

(img|593154|center)

Dlaczego właśnie ta historia?

Historia Lary i jej synów wydała mi się doskonałą alegorią procesów, które w ostatnich latach obserwujemy na świecie: narastania radykalizmu, wojen na Bliskim Wschodzie i w Azji Środkowej, prób Europy, by jakoś sobie z tym wszystkim poradzić, dwuznacznej roli Rosji w tle. Jestem i zawsze byłem dziennikarzem politycznym, więc te wydarzenia polityczne były dla mnie najważniejsze. A Lara dawała szalenie interesujący kontekst. Wojna w Syrii pojawiła się w niej powiązana nie z Irakiem, nie z Zachodem, nie z Libią, ale z Kaukazem.

d198wet

Zanim spotkałem się z Larą, byłem w Dolinie Pankisi jako dziennikarz Polskiej Agencji Prasowej. Spotykałem podczas tej wizyty byłych mudżahedinów, albo mudżahedinów na „urlopie” i zrobiło mi się trochę niedobrze. Przez moment pomyślałem nawet, że mógłbym się z nimi zabrać do Syrii, tak jak wcześniej zabierałem się do Czeczenii czy Afganistanu, ale wiedziałem, że nie mogę. A jak tu pisać o Syrii, jeżeli wcześniej się tej Syrii nie widziało? A Lara, opowiadając mi o Syrii w taki sposób, dawała sposobność powiedzenia tego przez nią. Nie musiałem opisywać całego syryjskiego pola bitwy, ani zagłębiać się w politykę. Pisałem tylko to, co widziała Lara.

Niezręcznie mi o tym mówić, ale wydaje mi się, że to historia uniwersalna. Bo przecież to opowieść matki, która stara się zrobić wszystko, by ocalić dzieci. Ale każdy jej krok z jednej strony chroni te dzieci, a z drugiej popycha je do nieszczęścia. Z czego ona oczywiście nie zdaje sobie sprawy.

Weryfikował pan relację Lary?

Pełnej weryfikacji przeprowadzić nie mogłem. Natomiast spotkałem w Dolinie Pankisi innych, którzy się przeprawiali do Syrii i z tej Syrii wrócili. Ich relacje z podróży zgadzały się z tym, co mówiła Lara. Wertowałem całymi tygodniami Internet – tam można znaleźć kilogramy opowieści. Nieocenionym źródłem informacji były oczywiście depesze prasowe i artykuły. Pracując jako dziennikarz depeszowy nauczyłem się szukać tego, co najważniejsze w 6 czy 14 akapicie. Często najistotniejsze rzeczy w tekście autor zamieszcza bezwiednie – pisząc o czymś zupełnie innym.

d198wet

Te opowieści nie podważyły tego, co mówiła Lara. Ale też w 100 procentach nie mogły tego potwierdzić. Zawsze, gdy dziennikarz z kimś rozmawia, musi zdać się na siebie. Albo dać wiarę rozmówcy, albo nie. Ja dałem wiarę.

Moja postawa byłaby inna, gdyby Lara powiedziała coś zupełnie od rzeczy. Gdyby na przykład twierdziła, że na granicy w tureckim Gaziantep widziała samego kalifa. Nic takiego jednak nie padło. Jej relacja była podobna do wielu innych opowieści rodziców, podróżujących za swoimi dziećmi do Syrii.

Podczas tej weryfikacji trafił pan na ślad synów Lary? Jej starszy syn – Szamil – naprawdę był w Kalifacie taki ważny, jak się jej wydawało, czy był raczej zwykłym szeregowym, wykorzystywanym przez dowódców, jak sugeruje pan w książce?

Szamil był wielkim idealistą, który zwerbował się do armii Kalifatu i poznał jej głównego emira. Jeżeli był dla niego ważny, to dlatego, że władał wieloma językami – mówił biegle po arabsku, czeczeńsku, niemiecku i francusku. To go wyróżniało, dzięki temu był potrzebny, pełnił rolę osobistego tłumacza. Ale nie był żadnym ważnym komendantem. W ogóle chyba nie był komendantem – przynajmniej nie spotkałem się z relacją, która by mówiła, że Szamil kimkolwiek dowodził. Był ochotnikiem, zwyczajnym mudżahedinem, który poza udziałem w walkach przydawał się do tłumaczenia.

d198wet

Obaj synowie Lary wylądowali w Europie uciekając przed biedą i, przede wszystkim, wojną, tlącą się na pograniczu gruzińsko-czeczeńskim. Dostali tu to, czego się spodziewali. Bezpieczeństwo, pracę, warunki do życia nieporównywalnie lepsze niż w Dolinie Pankisi. A mimo to po pierwsze: tęsknili za powrotem; a po drugie: nie przyjęli Europy. Dlaczego?

Na podstawie losów synów Lary nie wyciągałbym wniosków dotyczących całej społeczności imigranckiej. Owszem, nie wszyscy się w Europie aklimatyzują – kilka, albo kilkanaście tysięcy ochotników z Europy wyjechało do Syrii, by walczyć w armii Kalifatu. Ale dziesiątki milionów nie wyjechały. Co więcej - prawdą jest, że synowie Lary wyjechali do Syrii walczyć w wojnie, ale prawdą jest też, że do głowy im nie przyszło wysadzać się w powietrze czy zabijać cywilów tam, gdzie mieszkali – w Europie.

Oni przyjechali do Europy szukając bezpieczeństwa i dobrego miejsca do życia. I takie miejsce znaleźli. Byli zachwyceni. Myślę że każdy, kto przyjeżdża do Europy skądkolwiek jest zachwycony i jego wyobrażenie ziemi obiecanej pokrywa się z rzeczywistością. Trafiwszy tutaj, trafia do ośrodka dla uchodźców, który zwykle jest sto razy lepszym miejscem niż mieszkanie w jego wiosce czy pograniczny obóz dla uchodźców gdzieś na wschodzie.

Na zdjęciu: zabawki porzucone przez syryjskie dzieci

d198wet

(img|593157|center)

I potem te wyobrażenia zderzają się z chropawą rzeczywistością. Okres przejściowy mija. Władze każą radzić sobie samemu. Znaleźć pracę. Tymczasem samo poczucie bezpieczeństwa wystarcza tylko na początek. A potem, tak jak każdy młody człowiek, taki przybysz chce wieść „życie wielkie”. Przychodzi więc moment, gdy chce więcej, ale nie może tego osiągnąć – bo sufit jest niżej. Wtedy zazwyczaj trafia się ktoś, który mu mówi: „jak ci nie pasuje, to wracaj do swoich”. I nagle rodzi się myśl: „to ja tutaj nie jestem wśród swoich?” A przecież ma europejski paszport. Mówiono mu, że będzie Europejczykiem. Że będzie „swoim”. I zaczyna się interesować, skąd w takim razie jest.

Pierwsze pokolenie imigrantów ma olbrzymie problemy z tożsamością. To dotyczy wszelkich imigrantów, ale niektórym łatwiej się dostosować. Polakom łatwiej się dostosować do życia w Stanach Zjednoczonych niż Syryjczykom czy Kongijczykom do życia w Europie. Algierczykowi łatwiej się dostosować do życia w Marsylii niż w Alzacji. Przeszczepianie nie odbywa się bez skutków ubocznych.

Być może brakuje wyraźnych komunikatów, mówiących jak wygląda „życie po europejsku”. Tego im nikt nie mówi, dlatego starają się tutaj żyć po swojemu. I to nie zawsze do siebie pasuje.

Synowie Lary pojechali do Syrii z najczystszych pobudek – kierując się współczuciem, idealizmem i dobroczynnością. Ich pierwsze wyprawy to były konwoje z pomocą humanitarną dla ofiar wojny, którą zobaczyli w telewizji. Odpowiedzieli na apele zachodnich przywódców, mówiących z ekranów, że trzeba coś z tą Syrią zrobić, jakoś pomóc. Z tych samych ekranów telewizorów wiedzieli, że Zachód obalił tyrana w Iraku, wylądował w Afganistanie, obalił dyktatowa w Libii. Ale w Syrii nic nie robi. Dlaczego?

Ci chłopcy sami, z dobrego serca, zaczęli zbierać po meczetach pieniądze i zorganizowali swój wyjazd. Na miejscu zobaczyli straszną wojnę, w którą Zachód nie chciał się mieszać. I to był idealny moment dla tych, którzy czekają na młodych idealistów, by przerobić ich na dzieci-żołnierzy. W Afryce się to robi już z 9-letnimi chłopcami i dziewczętami. W Europie idealnym tworzywem na żołnierza jest dorosły facet, którego rozsadzają frustracja, rozczarowanie i złość. Do takiego człowieka łatwo trafiają argumenty, iż Zachód nie pomaga Syrii, bo wcale nie chce jej pomóc. Bo Zachód jest wrogiem islamu i zawsze będą nas traktować jako podbity, skolonizowany lud. Tego rodzaju jad sączony do uszu młodych ludzi przez politycznych agitatorów, trafia na bardzo podatny grunt.

Dlaczego ten grunt jest taki podatny? W Europie jest to postrzegane jako niewdzięczność. Słychać głosy, że my, Europejczycy, zaproponowaliśmy im bezpieczeństwo, przyjęliśmy ich, a oni, mimo iż nie planowali może zamachów w Europie, przystąpili do Kalifatu, w którego program jest wpisana wojna z całym Zachodem.

Dla nas to jest niezwykle trudne do zrozumienia. W naszym rozumieniu, pozwalamy im żyć, tak jak chcą. Mówimy: „Chcecie się modlić? Módlcie się!”, „Chcecie budować meczety? Budujcie!”, „Chcecie przenosić całe wioski na nasze ulice? Przenoście”.

Wydaje mi się, że kluczowe są ograniczenia, na które się natykają. Oni nie są traktowani tak samo. Biały Anglik inaczej patrzy na Brytyjczyka o pakistańskich rysach twarzy. Którego rodzina nie jest z Essex tylko z Lahaur. Dla tego białego Anglika nie jest on takim samym Brytyjczykiem ani Europejczykiem. Imigranci mają więc poczucie, że są obywatelami drugiej, albo nawet trzeciej kategorii.

Jednak nadal, nawet będąc w nieco gorszej sytuacji niż ten biały Anglik, są w o wiele lepszej sytuacji, niż byli w swoich stronach.

W porządku, ale na jak długo by to panu wytarczyło?

Ja wychowałem się w Kolnie – małym mieście na Podlasiu. Powiedzmy, że przyjeżdżam do Warszawy. Czuję, że mógłbym góry przenosić. Talentem biję moich kolegów na głowę. Ale oczywiście jest mi trudniej. Nie mam tu znajomych, ciężej mi się wkręcić. W końcu łapię posadę, taką na początek kariery. Ona ma być tylko pierwszym przystankiem. Pracuję ciężko i czekam. Aż w końcu idę porozmawiać z szefem i pytam o możliwości rozwoju. A w odpowiedzi słyszę: „jak ci się nie podoba, to co ci proponuje Warszawa, to jedź na to swoje Podlasie, tam poszukaj”. To wywołuje złość.

Na zdjęciu: Amerykański żołnierz szkoli irackiego ochotnika

(img|593152|center)

To nie jest oczywiście z mojej strony żadne usprawiedliwianie, bo tak samo życie nie potoczyło się po myśli wielu Hiszpanów, Greków czy Polaków. Hiszpanie, którzy muszą się borykać z olbrzymim bezrobociem wśród ludzi z wyższym wykształceniem, pewnie są jeszcze bardziej sfrustrowani. Ale nie możemy tego wszystkiego wyrywać z kontekstu tego, co dzieje się na świecie.

Muzułmanie od wielu pokoleń żyją z poczuciem krzywdy. I pewnie mają rację. Ten świat nie jest sprawiedliwy. Od przynajmniej 300-400 lat jest ułożony po „zachodniemu”. I ten niesprawiedliwy porządek ma służyć przede wszystkim Zachodowi. To nie Arabowie wytyczali granice Francji czy Polski – to Francja i Wielka Brytania wytyczała granice Iraku i Syrii. Ropę naftową nad Zatoką Perską wydobywają nie koncerny jordańskie czy irańskie, tylko amerykańskie. Ludzie mają więc uzasadnione poczucie, że są wykorzystywani. Chcą przyjaźnić się z Zachodem, ale widzą, że Zachód dużo bardziej woli się przyjaźnić z ich śmiertelnym wrogiem – Izraelem. To narasta i tworzy podatny grunt dla wszelkiego rodzaju ekstremizmów.

Dodajmy do tego jeszcze bombę demograficzną, przed którą od wielu lat ostrzegają arabiści. Na Bliskim Wschodzie młodzi ludzie – w wieku 20-30 lat stanowią zdecydowaną większość społeczeństwa. I, jak wszyscy młodzi ludzie na całym świecie – czy to Polacy, czy Arabowie, czy Khmerzy – mają nadzieję, że ich życie będzie wielkie. A tu się okazuje, że to nieprawda. Wcale nie będzie wielkie. Będzie gorsze niż ich rodziców! Nie wiem, co może być bardziej frustrujące dla młodych ludzi.

I wtedy przychodzi ktoś, kto mówi: „to wszystko przez nich”, „to są ludzie, którzy cię upokorzyli”. Ta propaganda i teorie spiskowe są niezwykle potężne. Zwłaszcza na wojnie, kiedy nie ma czasu na niuansowanie. Kiedy ważny jest prosty podział wróg-przyjaciel.

To Zachód sobie stworzył tego wroga?

Tragedią i nieszczęściem naszych interwencji w Iraku i Afganistanie jest to, że posłużyły one nie nam, ale naszym najgorszym wrogom. Bo dały argumenty tym, którzy twierdzili, że Zachód jest wrogiem islamu.

Państwo Islamskie stworzył sobie sam Zachód. To odprysk inwazji na Irak. My na tamtą wojnę patrzymy, jako na słuszną wojnę przeciwko tyranowi grożącemu światu bronią masowej zagłady. Ale przecież to wszystko były kłamstwa. Owszem, Saddam Husajn był tyranem, ale takich tyranów można znaleźć na świecie kilkudziesięciu.

Przywódca Państwa Islamskiego siedział w amerykańskim więzieniu. W tym samym, w którym torturowano więźniów. Błędy, które zostały popełnione w Iraku doprowadziły do tego, że Al-Kaida, której wcześniej nie było w Iraku, pojawiła się w nim tylko dlatego, że pojawili się tam Amerykanie. Tę Al-Kaidę, z której wyrosło później Państwo Islamskie, stworzyliśmy sobie sami. Nie złymi intencjami, ale błędami. Wynikającymi z naszej pychy i jej siostry – niewiedzy. Ci, którzy zdecydowali się burzyć państwo Saddama – przestępcze, zbrodnicze i dyktatorskie – nie zdawali sobie sprawy z konsekwencji, jakie mogą się pojawić. Że zburzyć to państwo to znaczy wywołać wojnę wśród Arabów, między szyitami i sunnitami, której żaden zachodni kraj, żaden genialny przywódca, ani żadna potężna armia nie jest w stanie zaradzić. Bawiliśmy się zapałkami w stogu siana, a teraz krzyczymy: „olaboga, wybuchł pożar”.

Na zdjęciu: Baszszar al-Asad i prezydent Iranu, Mahmud Ahmadineżad, rok 2008

(img|593153|center)

Jednak za kłamstwami uzasadniającymi interwencję w Iraku kryło się słuszne przeświadczenie, iż w państwie Saddama dzieje się źle i trzeba pomóc jego obywatelom.

Nasze moralne wzmożenie wynikało z amerykańskiej ofensywy propagandowej. Bo, trzeba pamiętać, że wojna w Iraku była przede wszystkim wojną Amerykanów. Wykalkulowaną napaścią na państwo, które Zachodowi nie zagrażało. Akurat przed tą wojną Europa się broniła, poza Wielką Brytanią...

I Polską...

My zawsze ochoczo dajemy się wmontowywać w rozmaite rzeczy – kupuje się nas błyskotkami, obietnicami nagród i Bóg wie czego...

Nie jestem znawcą Stanów Zjednoczonych ani amerykańskiej polityki, ale zgadzam się z opiniami, mówiącymi, iż intencją Amerykanów była próba oswojenia Bliskiego Wschodu. Nie w sposób staromodnie kolonialny, ale nowocześnie – poprzez zaprowadzenie tam porządków akceptowanych przez Arabów i muzułmanów, ale jednocześnie takich które by sprawiły, iż Bliski Wschód będzie regionem przewidywalnym i przynajmniej neutralnym. Planowano zaprowadzić tam coś w rodzaju zachodniej demokracji.

By taka próba była znacząca dla całego regionu, musiała się odbyć w istotnym państwie. Gdyby przeprowadzono ją w Libanie czy Jordanii to nie byłby to dla świata arabskiego żaden wzór. Natomiast Bagdad to stolica-przykład, narzucająca porządki całemu regionowi.

Jednak nawet z tym wszystkim w pamięci, nawet jeżeli za inwazją stały najszlachetniejsze intencje, nie można zaprzeczyć, że interwencja w Iraku zakończyła się katastrofą.

Nauczeni tą katastrofą wzbranialiśmy się przed zbrojną wyprawą do Syrii. Jednak sytuacja jest tam już tak zła, że w światowych przywódcach powoli zaczyna chyba dojrzewać myśl o kolejnej interwencji. Pytanie, czy nie dolałaby ona tylko oliwy do ognia? Ale z drugiej strony – zostawić tego też nie możemy.

W tym momencie nie ma już żadnego dobrego wyjścia z tej sytuacji.

Spójrzmy na Afganistan. To był słaby kraj – sami Afgańczycy mówią, że nie ma nic łatwiejszego niż podbić Afganistan i nic trudniejszego niż okupować Afganistan. Ale w Afganistanie było ugrupowanie, na którym można było się oprzeć. Opozycja wobec Talibów.

W Syrii, podobnie jak w Iraku, takiej opozycji nie ma.

Prezydent Baszszar al-Asad? Jeżeli Zachód będzie interweniował po stronie Asada, to z całym dobrodziejstwem inwentarza – opowiedzą się przeciwko nam wszyscy, którzy w tym momencie z Asadem walczą. Czyli przede wszystkim sunnici, bo Asad jest postrzegany jako obrońca szyitów. Co więcej, stający u boku Asada Zachód nagle stanie się sojusznikiem Iranu i śmiertelnym wrogiem Izraela. Ba, sojusznikiem Asada jest Rosja, która przecież jest zaangażowana w konflikt na Ukrainie i zagraża bezpieczeństwu w Europie. Trzeba też będzie odpowiedzieć sobie na pytanie, czy naprawdę trzeba było śmierci 300 tysięcy osób, by Zachód opowiedział się za powrotem do stanu wyjściowego.

Same bombardowania, które zachód stosuje w Syrii od ponad roku, nie przynoszą rezultatów. To jest strategia, która znakomite efekty dawała na pograniczu afgańsko-pakistańskim. Ale tam Zachód miał bez liku szpiegów, naprowadzających amerykańskie samoloty bezzałogowe na cel. W Syrii nie ma takich szpiegów, bo nie było tam Amerykanów. Można skorzystać z bezpieki Asada, z którą przecież współpracujemy, gdy trzeba odbić uprowadzonych działaczy organizacji pomocowych, ale Zachód się bardzo tej współpracy boi.

Liczyliśmy trochę na Turcję – odwiecznego wroga Asada. Ale tamtejsze władze obrały inny kierunek: nie zaatakowały, ale przepuszczały przez swoje terytorium wszystkich, którzy chcieli walczyć z dyktatorem Syrii. I okazuje się, że to byli dżihadyści, zwolennicy Kalifatu. Gdy w końcu sama Turcja została zaatakowana, to na Zachodzie oczywiście nikt nie bił brawa, ale zrodziła się nadzieja, że Turcy uszczelnią granicę i będą z nami. Ale Turcy zaczęli bombardować nie tylko Kalifat, ale i Kurdów, a to jedyni nasi sojusznicy, którzy walczą z Kalifatem!

Tam już się zrobił taki kocioł, że z każdym miesiącem i każdym rokiem jest coraz gorzej. Z kim tam trzymać? A przecież i na Zachodzie sytuacja jest bardziej skomplikowana. Parę lat temu wystarczyło by prezydent Stanów Zjednoczonych powiedział: „robimy to”, a przywódcy Polski czy Hiszpanii, wcześniej czy później, wysyłali wojska na wojnę do Iraku. Dzisiaj Zachód już nie ma takiej siły perswazji. Jest słabszy, wykrwawiony dwoma wojnami, ma złe doświadczenia. Następca George’a W. Busha Jra raczej wycofywał wojska, niż je gdzieś wysyłał.

I chyba właśnie ta rzeka uchodźców z Syrii, którą obserwujemy, świadczy o tym, że dla tamtejszych mieszkańców stało się oczywiste, iż żadnej inwazji, żadnej pomocy nie będzie. I nie ma na co czekać, trzeba brać nogi za pas.

Na zdjęciu: syryjskie miasto po bombardowaniu

(img|593156|center)

Lara była gotowa zrobić wszystko, by wyciągnąć synów z Kalifatu. To dlatego pojechała do Syrii. Czy rozmawiając z nią czuł pan, że żałowała, że czegoś nie zrobiła? Że mogła zrobić coś więcej?

Nie. Lara tak naprawdę straciła synów w momencie, w którym zdecydowali oni nie uciekać już dalej przed wojną, ale na tę wojnę pojechać. Lara tego wyboru nigdy nie zrozumiała. Bała się zmian zachodzących w swoich dzieciach, bo przecież właśnie dlatego wysłała je do Europy, by pokonać tę fascynację fanatyzmem, rodzącą się w Szamilu i Raszidzie jeszcze w Dolinie Pankisi.

Lara to my. Być może nie jest ona Europą, ani Zachodem ale myśli tymi samymi, racjonalnymi kategoriami, co my. Lara nie zamierzała rezygnować. Zamierzała wracać do Syrii po swoje dzieci. Jeszcze raz i jeszcze raz, aż do skutku. Jak każda matka.

To pierwsza część naszego wywiadu z Wojciechem Jagielskim. W drugiej (dostępnej tutaj) będziecie mogli przeczytać, o tym, jak, zdaniem reportera, powinniśmy zareagować na rzekę uchodźców płynącą z Bliskiego Wschodu. O tym, dlaczego syryjskich uchodźców nie przyjmują państwa arabskie. I dlaczego młodzi muzułmanie podążają dziś za radykałami, weteranami wojen w Czeczenii.

d198wet

Podziel się opinią

Share

d198wet

d198wet