Trwa ładowanie...
d2068u8
31-01-2020 15:16

Baśniobór. Tom 1

książka
3.5
(4 głosy)
Oceń:
d2068u8
Baśniobór. Tom 1
Tytuł oryginalny

Fablehaven

Forma wydania

Książka

Rok wydania
Autorzy
Kategoria
Wydawnictwo
Seria
Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe

Dawno żadna książka nie sprawiła mi tyle przyjemności.

Żałuję tylko, że nie mogłem jej przeczytać, kiedy byłem dzieckiem.

Christopher Paolini, autor Eragona

Przez wiele wieków czarodziejskie istoty ukrywały się w tajemnym miejscu zwanym Baśnioborem, który jest dziś jedną z ostatnich przystani prawdziwej magii. Czarodziejską? Oczywiście. Ekscytującą? Jasne. Bezpieczną? Cóż, właściwie wręcz przeciwnie.

Kendra i jej brat Seth nie mają pojęcia, że ich dziadek jest obecnym opiekunem Baśnioboru. W otoczonym murami lesie pradawne reguły wprowadzają porządek między chciwymi trollami, złośliwymi satyrami, kłótliwymi wiedźmami, psotnymi chochlikami i zazdrosnymi wróżkami. Gdy jednak zasady te zostają złamane, ujawniają się potężne moce zła, a Kendra i jej brat muszą zmierzyć się z największym w swym życiu wyzwaniem, by uratować rodzinę, Baśniobór, a może i cały świat...

Fenomenalne! Niektóre sceny są godne Władcy pierścieni.

„The Los Angeles Times"

Ta historia jest tak zajmująca i tak dobrze napisana, że jej magia podziała także na ciebie, będziesz zafascynowany do tego stopnia, że nie uda ci się odłożyć książki przed końcem lektury. Mull ma niespotykany talent pisarski.

„Columbia Daily Tribune"

Gdzie podziały się wszystkie wróżki? Oczywiście są w Baśnioborze! Kraina magicznych postaci czeka na ciebie w fantastycznej, wciągającej książce Brandona Mulla. J.K. Rowling powinna mieć się na baczności!

Baśniobór. Tom 1
Numer ISBN

978-83-7747-862-2

Wymiary

135x202

Oprawa

miękka

Liczba stron

344

Język

polski

Fragment

Szafa w głównej sypialni domku wydała się podejrzana. Pośrodku znajdowała się nieproporcjonalnie duża dziurka od klucza. Kendra wsunęła i przekręciła najmniejszy kluczyk. Drzwiczki stanęły otworem. W środku znajdowało się coś owiniętego w złotą folię - okazało się, że to czekoladka w kształcie różyczki. Za czekoladką dziewczynka znalazła mały złoty kluczyk. Dołączyła go do breloczka. Był większy niż ten, który otworzył szafeczkę, ale mniejszy niż ten od szkatułki z biżuterią. Kendra ugryzła czekoladkę. Była miękka i rozpływała się w ustach. Dziewczynka nigdy w życiu nie jadła doskonalszej i bardziej kremowej. Dokończyła ją w trzech kolejnych kęsach, rozkoszując się każdym z nich. Dalej przeszukiwała domek - sprawdziła każdy mebel, zajrzała do wszystkich szafek i za każdy miniaturowy obrazek na ścianach. Nie znalazła już więcej dziurek od klucza, więc zamknęła całość i zatrzasnęła zamki. Rozejrzała się po pokoju, rozmyślając, gdzie teraz szukać. Został tylko jeden klucz, a może dwa, jeśli ten złoty też coś otwierał. Sprawdziła już większość przedmiotów w skrzyniach z zabawkami, ale zawsze mogła się jeszcze upewnić. Dokładnie przeszukała szuflady w szafkach nocnych, komody i szafy, a także bibeloty na półkach z książkami. Dziurki od klucza mogły się kryć w niespodziewanych miejscach, na przykład pod ubrankiem lalki albo za nogą łóżka. W końcu podeszła do teleskopu. Chociaż to bardzo mało prawdopodobne, sprawdziła, czy nie ma w nim dziurek od klucza. Niestety nie. A może przez teleskop namierzy Setha? Gdy otworzyła okno, zobaczyła Dale'a idącego trawnikiem na skraju lasu. Niósł coś oburącz, ale był odwrócony plecami do Kendry, więc nie widziała, co to jest. Pochylił się i położył to coś za niewysokim żywopłotem, więc teraz to krzewy zasłaniały widok. Mężczyzna odszedł żwawym krokiem, rozglądając się, czy nikt go nie szpieguje, i wkrótce zniknął Kendrze z oczu. Zaciekawiona dziewczynka zbiegła po schodach i wyszła tylnymi drzwiami do ogrodu. Dale'a nie było w pobliżu. Pospieszyła przez trawnik do niewysokiego żywopłotu widocznego ze strychu. Trawa ciągnęła się jeszcze przez jakieś dwa metry po drugiej stronie i wreszcie urywała gwałtownie na skraju lasu. Na ziemi tuż za żywopłotem stała spora blaszana foremka do ciasta pełna mleka. Nad nią w powietrzu wisiał opalizujący koliber, trzepocąc skrzydełkami tak szybko, że zlewały się w mgiełkę. Wokół niego wirowało kilka motyli. Od czasu do czasu któryś z nich obniżał lot i pluskał się w mleku. Koliber odleciał, a zbliżyła się ważka. Gromadka była mniejsza niż ta, która zebrała się przy lusterku, ale było tu znacznie więcej ruchu, niż Kendra spodziewałaby się zobaczyć wokół miski z mlekiem. Patrzyła, jak przeróżne skrzydlate zwierzęta przylatują i odlatują po napojeniu się z foremki. Czy motyle piją mleko? A ważki? Najwyraźniej tak. Nie minęło wiele czasu, zanim poziom mleka wyraźnie opadł. Kendra spojrzała w górę, na strych. Miał tylko dwa okna, oba zwrócone w tę samą stronę. Wyobraziła sobie pomieszczenie znajdujące się za tymi oknami i nagle zrozumiała, że pokój zabaw stanowi tylko połowę przestrzeni, którą powinien zajmować strych. Zostawiła foremkę z mlekiem i obeszła dom. Z przeciwnej strony znajdowała się druga para okien strychu. Kendra nie wiedziała jednak o żadnych innych schodach prowadzących na najwyższą kondygnację. To oznaczało, że w pokoju zabaw musiało być tajemne przejście! Może otwierał je ostatni klucz! Kiedy już zamierzała wrócić na górę i poszukać ukrytych drzwi, zauważyła Dale'a idącego do strony stodoły z kolejną foremką z mlekiem. Popędziła za nim. Gdy ją zobaczył, przez chwilę miał zakłopotaną minę, po czym uśmiechnął się szeroko. - Co pan robi? - spytała dziewczynka. - Niosę mleko do domu, nic więcej - odparł Dale, nieco zmieniając kierunek marszu. Wcześniej szedł w stronę lasu. - Naprawdę? A po co zostawił pan tamto mleko za żywopłotem? - Tamto mleko? - Miał minę winowajcy. - Aha. Piły je motyle. Dale już nie szedł przed siebie. Spojrzał na Kendrę przenikliwie. - Umiesz dotrzymać tajemnicy? - Jasne. Mężczyzna rozejrzał się, jakby sądził, że ktoś ich obserwuje. - Mamy kilka mlecznych krów. Dają dużo mleka, więc nadmiar wystawiam owadom. Dzięki temu ogród tętni życiem. - Dlaczego to jest tajemnica? - Nie wiem, czy twój dziadek by to pochwalał. Nie pytałem go o zgodę. Mógłby uznać, że to marnotrawstwo. - Jak dla mnie to dobry pomysł. W waszym ogrodzie jest tak dużo różnych motyli. Nigdy tylu nie widziałam. No i te wszystkie kolibry. Dale pokiwał głową. - Podoba mi się to. Dodaje atmosfery. - Więc nie niósł pan mleka do domu. - Nie, nie. To mleko nie jest pasteryzowane. Pełno w nim bakterii. Można się od niego nabawić masy różnych chorób. Nie nadaje się dla ludzi. Za to owady takie lubią najbardziej. Nie zdradzisz mojego sekretu? - Będę milczeć. - Dobra dziewczynka - powiedział Dale i mrugnął porozumiewawczo. - A to mleko dokąd pan niesie? - Tam. - Ruchem głowy wskazał las. - Codziennie stawiam parę misek na skraju ogrodu. - Nie psuje się? - Nie zostawiam go na długo. Czasami owady wypiją wszystko do dna, zanim zdążę zebrać foremki. Niezłe mają pragnienie. - Do zobaczenia później. - Widziałaś gdzieś brata? - Chyba jest w domu. - Naprawdę? Kendra wzruszyła ramionami. - Może. Odwróciła się i ruszyła w stronę budynku. Wchodząc po schodach werandy, obejrzała się przez ramię. Dale stawiał mleko za niewielkim, okrągłym krzakiem. Rozdział trzeci Chata w bluszczu Seth przeciskał się przez gęste zarośla, aż w końcu dotarł do ledwie widocznej, krętej ścieżki, jakie zwykle wydeptują zwierzęta. W pobliżu rosło przysadziste, sękate drzewo o kłujących liściach i czarnej korze. Chłopiec obejrzał bluzę, by sprawdzić, czy nie przyczepiły się do niej kleszcze. Uważnie zbadał wzór maskujący. Na razie nie widział ani jednego kleszcza. Oczywiście to właśnie te niewidoczne dadzą mu się we znaki. Miał nadzieję, że płyn odstraszający owady, którym się spryskał, robi swoje. Przykucnął i ułożył niewielką piramidkę z kamieni, by oznaczyć punkt, gdzie przeciął ścieżkę. Zapewne z łatwością znajdzie drogę powrotną, ale lepiej dmuchać na zimne. Jeśli zbyt długo pozostanie poza domem, dziadek może się domyślić, że złamał zakaz. Seth pogrzebał w swym pudełku po płatkach i wyjął kompas. Zwierzęca ścieżka biegła na północny wschód. Pierwotnie obrał kierunek wschodni, ale im dalej szedł, tym zarośla były gęstsze. Odnalezienie niewyraźnego szlaku to dobra wymówka, żeby nieco zboczyć z kursu. Tak będzie dużo łatwiej niż przedzierać się przez krzaki ze scyzorykiem. Szkoda, że nie miał maczety. Ruszył ścieżką. Wysokie drzewa stały blisko siebie i rozpraszały światło słoneczne, które przeradzało się w zielonkawy blask przeplatany cieniami. Do tej pory Seth wyobrażał sobie, że w lesie będzie czarno jak w jaskini po zmroku. Wśród krzaków coś zaszeleściło. Przystanął i z pudełka po płatkach wyjął małą lornetkę. Przyłożył ją do oczu i rozejrzał się po okolicy, ale nie zauważył nic ciekawego. Szedł dalej, aż w pewnej chwili, może pięć metrów przed nim, na szlak wyszło z zarośli jakieś zwierzę. Było to pękate, szczeciniaste stworzenie sięgające mu prawie do kolan. Jeżozwierz. Ruszył w kierunku chłopca z dużą pewnością siebie. Seth zamarł. Stworzenie znajdowało się na tyle blisko, że widział każdy jego kolec, smukły i ostry. Jeżozwierz toczył się w stronę chłopca, a ten się wycofywał. Czy zwierzęta nie powinny uciekać przed ludźmi? Może ten jeżozwierz miał wściekliznę. Albo po prostu nie zauważył Setha. Bądź co bądź, chłopak miał na sobie maskującą bluzę. Seth szeroko rozłożył ramiona, tupnął nogą i warknął. Jeżozwierz spojrzał w górę, zmarszczył nos i zszedł ze ścieżki. Seth słuchał, jak zwierzę przeciska się przez listowie, oddalając się od wydeptanego szlaku. Chłopiec wziął głęboki oddech. Przez chwilę nieźle się wystraszył. Już prawie czuł kolce przebijające się przez nogawkę jego dżinsów i wkłuwając się w nogę. Raczej trudno byłoby ukryć wyprawę do lasu, gdyby wrócił do domu, wyglądając jak poduszka na igły. Choć nie przyznałby się do tego za żadne skarby, to żałował, że Kendra nie poszła wraz z nim. Na widok jeżozwierza pewnie zaczęłaby krzyczeć i swoim przerażeniem dodałaby mu odwagi. Mógłby się z niej nabijać, zamiast myśleć o własnym strachu. Nigdy wcześniej nie widział jeżozwierza na wolności. Ze zdziwieniem stwierdził, że patrząc na te ostre kolce, czuje się całkiem bezbronny. A gdyby przypadkiem nadepnął na coś takiego w zaroślach? Rozejrzał się. Zaszedł już daleko. Oczywiście znalezienie drogi powrotnej to łatwizna - wystarczyło wrócić po ścieżce, a potem skierować się na zachód. Ale jeśli teraz pójdzie do domu, może już nigdy tu nie dotrze. Ruszył dalej po szlaku. Niektóre drzewa były pokryte mchem i porostami, kilka pni oplatał zaś bluszcz. Dróżka się rozwidlała. Spojrzawszy na kompas, Seth stwierdził, że jedna ścieżka biegnie na północny zachód, a druga - dokładnie na wschód. Trzymając się wcześniejszego postanowienia, wybrał tę drugą. Drzewa rosły tam nieco rzadziej, a krzewy były niższe. Wkrótce chłopiec w każdym kierunku miał dobrą widoczność na większy dystans, a w lesie zrobiło się nieco jaśniej. Po jednej stronie dróżki, na granicy pola widzenia, zauważył coś nietypowego. Wyglądało jak duży sześcian z bluszczu ukryty między drzewami. W końcu właśnie po to eksploruje się las, żeby znajdować dziwne rzeczy, więc Seth zszedł ze szlaku i ruszył ku bryle. Gęste zarośla sięgały mu do łydek i przy każdym kroku plątały się wokół kostek. Stąpając w stronę sześcianu, zrozumiał, że jest to budowla całkowicie obrośnięta bluszczem. Najwyraźniej duża szopa. Seth przystanął i przyjrzał się dokładniej. Bluszcz był tak gęsty, że chłopiec nie potrafił stwierdzić, z czego została zbudowana szopa - widział tylko liściaste pnącza. Obszedł budowlę. Na drugim końcu znajdowały się otwarte drzwi. Niemal krzyknął, gdy zajrzał do środka. Szopa okazała się chatą zbudowaną wokół dużego pnia po ściętym drzewie. Obok pnia siedziała żylasta, wysuszona ze starości kobieta. Ogryzała węzeł na szorstkim sznurze, który ściskała w kościstych dłoniach o guzowatych palcach. Miała długie, siwe włosy - matowe, o niezdrowym żółtawym odcieniu. Jedno z jej zamglonych oczu było bardzo przekrwione. Brakowało jej wielu zębów, a węzeł, który gryzła, pokrywały ślady krwi, zapewne z jej dziąseł. Blade ręce, odsłonięte niemal do ramion, były chude i pomarszczone. Seth widział bladoniebieskie żyły, a tu i ówdzie - fioletowe strupy. Gdy go dostrzegła, natychmiast rzuciła sznur na ziemię i otarła różową ślinę z kącików wątłych ust. Wsparła się o pień i wstała. Chłopiec zauważył, że ma długie stopy barwy kości słoniowej, usiane śladami po ugryzieniach insektów. Szare paznokcie pokrywała gruba warstwa grzybicy. - Bądź pozdrowiony, młody paniczu, cóż sprowadza cię do mego domu? - Jej głos był zaskakująco łagodny i melodyjny. Przez chwilę Seth tylko się gapił. Staruszka, mimo że zgięta i pokrzywiona, była bardzo wysoka. Cuchnęła. - Pani tu mieszka? - spytał w końcu. - Tak. Wejdziesz do środka? - Raczej nie. Tak tylko spaceruję. Kobieta zmrużyła oczy. - Jak na samotnego chłopca obrałeś sobie osobliwe miejsce spaceru. - Lubię eksplorować. Te ziemie należą do mojego dziadka. - Należą, powiadasz? - Czy on wie, że pani tu mieszka? - spytał Seth. - To zależy, któż to taki. - Stan Sorenson. Staruszka uśmiechnęła się szeroko. - Wie. Sznur leżał na klepisku. Poza węzłem, który gryzła, był na nim jeszcze supeł. - Dlaczego pani gryzła sznur? Kobieta spojrzała na chłopca podejrzliwie. - Nie lubię węzłów. - Czy pani jest pustelnicą? - Można tak powiedzieć. Wejdź do środka, zaparzę ci herbaty. - Lepiej nie. Spojrzała na swoje dłonie. - Pewnie wyglądam przerażająco. Pokażę ci coś. Obróciła się i przykucnęła za pniem. Z dziury w kącie chaty wychynął szczur i zrobił kilka kroków. Gdy starucha wróciła, znów się schował. Kobieta usiadła, opierając się plecami o pień. Trzymała niewielką, dwudziestocentymetrową lalkę. Kukiełka wyglądała bardzo prosto, w całości wykonana z ciemnego drewna. Nie miała ubrania ani namalowanej twarzy. Ot, zwykła postać ludzka ze złotymi hakami zamiast stawów. W jej plecach tkwił kijek. Na kolanach staruszka położyła sobie deskę. Puściła lalkę w tany, poruszając kijkiem i stukając w deskę. Rytm miał swoistą muzyczną regularność. - Co to jest? - zapytał Seth. - Taki pajacyk. - A gdzie ma sznurki? - Nigdzie, to jest tańczący pajacyk. Drewniany ludek. Podrygujący Piotruś. Tańcujący Tomek. Ja go nazywam Mendigo. Dotrzymuje mi towarzystwa. Wejdź do środka i spróbuj sam. - Lepiej nie - powtórzył Seth. - Nie wyobrażam sobie, żeby mogła tu pani sama mieszkać i nie być szurnięta. - Czasem ma się dość ludzi. - Staruszka była chyba poirytowana. - Znalazłeś mnie przypadkiem? Eksplorując las? - W zasadzie to sprzedaję batony, żeby zebrać fundusze dla mojej drużyny piłkarskiej. To słuszny cel. Starucha gapiła się na niego bez słowa. - Najlepiej mi idzie na bogatych osiedlach. Dalej się gapiła. - To był żart. - Bezczelny z ciebie młodzieniec. - Głos kobiety przybrał surowe brzmienie. - A pani mieszka ze ściętym pieńkiem. Zmierzyła go wzrokiem. - W porządku, mój młody, arogancki poszukiwaczu przygód. Może przekonamy się, jaki jesteś odważny? Każdy badacz powinien dowieść męstwa. Starucha cofnęła się w głąb chaty i znów przykucnęła za pniakiem. Powróciła na próg, niosąc wąskie, prymitywne pudełko wykonane z drewna z drzazgami, drutu i długich, sterczących gwoździ. - Co to? - Włóż rękę do środka, by dowieść męstwa i zdobyć nagrodę. - Czy pani jest wiedźmą? - Człek o śmiałym języku powinien poprzeć słowa dzielnymi czynami. - Pani się zachowuje jak wiedźma. - Pokaż, że nie jesteś tylko mocny w gębie, młody człowieku, inaczej możesz mieć niemiły powrót. Seth zaczął się wycofywać, bacznie przypatrując się staruszce. - To ja już lepiej pójdę. Miłego gryzienia sznura. Kobieta zacmokała. - Cóż za bezczelność. - Jej głos wciąż był łagodny i kojący, ale teraz krył w sobie groźną nutę. - A może wszedłbyś na herbatkę? - Następnym razem. Seth ruszył wokół chaty, nie spuszczając wzroku z obszarpanej staruchy na progu. Nie poszła za nim. Nim zniknął jej z pola widzenia, uniosła artretyczną dłoń ze skrzyżowanymi środkowymi palcami, a pozostałymi wygiętymi niezdarnie. Na wpół zmrużyła oczy i chyba coś mamrotała. Potem już jej nie widział. Po drugiej stronie chaty zaczął się przedzierać przez splątane zarośla w stronę ścieżki, cały czas oglądając się przez ramię. Kobieta go nie goniła. Wystarczyło, że patrzył za siebie na domek obrośnięty bluszczem, a przechodziły go ciarki. Stara wiedźma wyglądała obrzydliwie i okropnie cuchnęła. Za żadne skarby nie wsadziłby ręki w tę jej dziwną skrzynkę. Gdy zaproponowała mu to wyzwanie, przypomniał sobie, jak w szkole uczył się o zębach rekina skierowanych do wewnątrz, tak by ryby mogły wpłynąć, ale nie dały rady się wydostać. Wyobrażał sobie, że ta skrzynka domowej roboty była pełna gwoździ albo potłuczonego szkła umieszczonego pod wrednymi kątami w podobnym celu. Choć starucha go nie goniła, Seth nie czuł się bezpieczny. Z kompasem w dłoni pędził szlakiem w stronę domu. Bez ostrzeżenia coś uderzyło go w ucho, tak lekko, że ledwie zabolało. U stóp chłopca upadł na ścieżkę kamyk wielkości naparstka. Seth obrócił się gwałtownie. Ktoś rzucił w niego tym kamykiem, ale on nikogo nie widział. Czy to możliwe, że starucha po cichu go śledziła? Zapewne świetnie znała las. Kolejny mały przedmiot odbił mu się od karku. Nie był twardy ani ciężki jak kamyk. Obróciwszy się, chłopiec zobaczył, że następny żołądź frunie w jego kierunku, więc zrobił unik. Został obrzucony żołędziami i kamykami z przeciwległych stron dróżki. Co tu się działo? Z góry dobiegł dźwięk pękającego drewna i ogromna gałąź spadła na ścieżkę za plecami Setha tak blisko, że otarły się o niego liście i gałązki. Gdyby chłopiec zatrzymał się dwa lub trzy metry wcześniej, konar grubszy niż jego udo rąbnąłby go w głowę. Wystarczyło spojrzenie na ciężką gałąź, by Seth puścił się przed siebie sprintem. Wydawało mu się, że słyszy szelesty dobiegające z obu stron niewyraźnego szlaku, ale nie zwalniał, by to sprawdzić. Coś mocno złapało go za kostkę i powaliło na ziemię. Upadł na brzuch, rozciął sobie dłoń i najadł się piachu. Z tyłu usłyszał jakiś szmer wśród liści oraz dziwny dźwięk, który mógł być śmiechem albo szumem wody. Sucha gałązka trzasnęła tak głośno, jakby wystrzelił pistolet. Nie oglądając się za siebie, ponieważ bał się tego, co mógłby zobaczyć, zerwał się na nogi i rzucił do ucieczki. To, co go przewróciło, to na pewno nie korzeń ani kamień. Chłopiec miał wrażenie, że był to mocny sznur przeciągnięty w poprzek dróżki. Pułapka. Wcześniej nic takiego nie zauważył. Ale nie ma mowy, żeby starucha zdążyła ją tam zastawić, nawet gdyby puściła się biegiem, gdy tylko stracił ją z oczu. Seth przemknął przez rozwidlenie i pędził dalej w kierunku, z którego przybył. Na drodze przed sobą szukał sznurów lub innych zasadzek. Oddychał coraz ciężej, ale nie zwalniał. Powietrze zdawało się gorętsze i wilgotniejsze niż przez cały dzień. Czoło chłopca zrobiło się mokre od potu, spływającego mu też po twarzy. Wypatrywał piramidki oznaczającej punkt, w którym powinien zejść ze ścieżki. Przystanął, gdy dotarł do powykręcanego drzewa o czarnej korze i kłujących liściach. Pamiętał to drzewo. Zauważył je, gdy wchodził na szlak. W ten sposób bez trudu odnalazł miejsce, gdzie ułożył piramidkę z kamieni, ale już jej nie było. Z tyłu po jednej stronie ścieżki zachrzęściły liście. Seth zerknął na kompas, by się upewnić, że porusza się na zachód, po czym wbiegł do lasu. Wcześniej maszerował tędy w niespiesznym tempie, po drodze oglądając muchomory i dziwne kamienie. Teraz pruł przez las na pełnej szybkości, zarośla czepiały się jego nóg, gałęzie smagały go po twarzy i klatce piersiowej. W końcu, dysząc, bo energia spotęgowana paniką była już na wyczerpaniu, między drzewami dostrzegł dom. Odgłosy pościgu ucichły. Kiedy wreszcie wszedł do słonecznego ogrodu, zastanawiał się, jak wiele z tego, co usłyszał, było prawdziwym pościgiem, a co - wytworem rozgorączkowanej wyobraźni. * * * W pokoju zabaw przy ścianie naprzeciwko okien stały regały z książkami. Były tam również drzwi prowadzące na schody, a także jedna z pokaźnych szaf. Kendra trzymała w ręku niebieską książkę ze złotymi literami. Tytuł brzmiał: Dziennik sekretów. Zamykały ją trzy solidne klamry, każda z dziurką od klucza. Ostatni klucz, który dziewczynka dostała od dziadka, nie pasował do żadnej z nich, ale ten malutki, który znalazła w domku dla lalek, otwierał dolny zatrzask. Zatem jeden udało się odpiąć. Kendra znalazła tę książkę, przeczesując regały w poszukiwaniu czegoś, co otworzyłoby tajemne przejście. Weszła na stołek i dosięgnęła nawet górnych półek, ale jak dotąd niczego nie odkryła. Nie było ani śladu sekretnych drzwi. Kiedy jednak natrafiła na zamkniętą książkę o intrygującym tytule, zarzuciła poszukiwania, by wypróbować klucze. Po otwarciu dolnej klamry usiłowała odgiąć róg książki, by zajrzeć do środka. Okładka była jednak zbyt sztywna, a zamki trzymały mocno. Kendra musiała znaleźć pozostałe klucze. Usłyszała tupot na schodach i wiedziała, że to może być tylko jedna osoba. Prędko odłożyła książkę na półkę, a klucze schowała do kieszeni. Nie chciała, żeby wścibski brat przeszkadzał jej w rozwiązaniu zagadki. Seth wpadł przez drzwi i zatrzasnął je za sobą. Był cały czerwony i ciężko dyszał. Kolana dżinsów miał uwalane ziemią. Na twarzy rozmazały mu się pot i brud. - Szkoda, że ze mną nie poszłaś - wysapał i rzucił się na łóżko. - Ubrudzisz narzutę. - Ale było strasznie - powiedział Seth. - A jak fajnie! - Co się stało? - Znalazłem ścieżkę w lesie i spotkałem jedną taką dziwną staruchę, która mieszka w chacie. To chyba wiedźma. Taka prawdziwa. - Też coś. Seth przewrócił się na plecy i spojrzał na siostrę. - Mówię serio. Szkoda, że jej nie widziałaś. Okropnie wyglądała. - Zupełnie jak ty. - Nie, ale w sensie, że obleśnie i miała strupy. I gryzła jakiś stary sznur. Chciała, żebym wsadził rękę w jakąś skrzynkę. - I wsadziłeś? - No co ty! Zwiałem. Ale ona mnie chyba goniła. Rzucała we mnie kamieniami i zwaliła taką wielką gałąź. O mało mnie nie zabiła! - Chyba się strasznie nudzisz. - Wcale nie kłamię! - Zapytam dziadka, czy u niego w lesie są jacyś bezdomni. - Nie! Dowie się, że złamałem zasady. - Nie sądzisz, że chciałby się dowiedzieć, że jakaś wiedźma zbudowała domek na jego posesji? - Zachowywała się tak, jakby go znała. Daleko zaszedłem, może to już nie była jego posesja. - Wątpię. Dziadek jest chyba właścicielem wszystkiego jak okiem sięgnąć. Seth odchylił się i splótł palce za głową. - Powinnaś pójść do niej ze mną jeszcze raz. Na pewno trafię. - Oszalałeś? Mówiłeś, że chciała cię zabić. - Moglibyśmy ją szpiegować. Dowiemy się, co knuje. - Jeżeli w lesie rzeczywiście jest jakaś dziwna staruszka, to powinieneś powiedzieć o tym dziadkowi, żeby wezwał policję. Seth usiadł na łóżku. - Dobra. Nieważne. Wszystko zmyśliłem. Już ci lepiej? Kendra zmrużyła oczy. - I jeszcze coś fajnego znalazłem - powiedział jej brat. - Widziałaś już domek na drzewie? - Nie. - Chcesz zobaczyć? - Jest w ogrodzie? - Tak, na skraju. - Dobra. Seth wyprowadził Kendrę przed dom i dalej poszli przez trawnik. Rzeczywiście, na grubym drzewie w rogu ogrodu przeciwległym do stodoły był jasnoniebieski domek. Znajdował się z tyłu drzewa, więc z prawie całego ogrodu trudno było go zauważyć. Miejscami farba się łuszczyła, ale dach kryły gonty, a w oknach wisiały zasłony. Do drzewa przybito deski tworzące drabinę. Pierwszy ruszył Seth. Szczeble prowadziły do drzwi w podłodze - chłopiedc chłopiec pchnął je i wspiął się do środka. Kendra weszła za nim. W środku domek zdawał się większy niż z zewnątrz. Stały tam mały stolik i cztery krzesła. Na blacie leżały rozrzucone puzzle. Tylko kilka było ułożonych. - Widzisz? Całkiem nieźle - powiedział Seth. - Zacząłem układać puzzle. - Przepięknie. Ty to musisz mieć dar. - Długo nad tym nie siedziałem. - A w ogóle znalazłeś rogi? - Nie. - Od tego trzeba zacząć. - Kendra usiadła i zaczęła szukać narożnych fragmentów. Seth przysiadł obok i pomagał. - Przecież ty nigdy nie lubiłeś puzzli - powiedziała. - W domku na drzewie od razu fajniej się układa. - Skoro tak mówisz... Seth znalazł narożnik i odłożył na bok. - Myślisz, że dziadek pozwoliłby mi się tu wprowadzić? - spytał. - Dziwny jesteś. - Wystarczyłby mi śpiwór. - Dostałbyś cykora, jak tylko zrobiłoby się ciemno. - Wcale nie. - A może ta wiedźma by po ciebie przyszła. Zamiast odpowiedzieć, chłopiec zaczął uważniej szukać pozostałych rogów układanki. Kendra widziała, że mocno przeżył jej ostatnią uwagę. Postanowiła więcej go nie drażnić. Sam fakt, że bał się tej staruszki, znacznie uwiarygadniał jego opowieść. Seth nigdy łatwo nie tchórzył. Przecież ten chłopak kiedyś zeskoczył z dachu, bo wydawało mu się, że torba na śmiecie zadziała jak spadochron. Innym razem włożył sobie do ust głowę żywego węża, bo się z kimś założył. Wspólnie znaleźli narożniki i ułożyli większość krawędzi, kiedy Lena zawołała ich na kolację. Rozdział czwarty Ukryty staw Krople bez ustanku bębniły o dach. Kendra nigdy wcześniej nie słyszała tak głośnego deszczu. Z drugiej strony, jeszcze nigdy podczas ulewy nie siedziała na strychu. Ten ciągły stukot miał w sobie coś relaksującego - był tak równomierny, że stawał się prawie niesłyszalny, choć ani trochę nie ucichł. Dziewczynka stała przy oknie obok teleskopu i oglądała ulewę. Deszcz padał gęsto i pionowo. Nie było wiatru, jedynie niekończące się fale kropli, zlewające się w oddali w szarą mgłę. Rynna pod oknem powoli się przepełniała. Seth siedział na stołku w kącie pokoju i malował. Lena przygotowała dla niego płótna-kolorowanki z numerkami. Szkicowała z ogromną prędkością, dostosowując każdy obrazek do jego życzeń. W tej chwili na sztalugach był smok walczący z konnym rycerzem pośród dymiącego pustkowia. Lena rysowała wszystko całkiem szczegółowo, włącznie z subtelnymi światłocieniami, tak że efekty były naprawdę imponujące. Nauczyła Setha mieszać farby i dała mu próbki barw odpowiadających każdemu numerowi. W najnowszym obrazku użyła ponad dziewięćdziesięciu różnych odcieni. Kendra rzadko widywała brata wykazującego się tak wielką pracowitością jak przy tych malowankach. Po kilku krótkich lekcjach nakładania farb i zapoznaniu się z przeznaczeniem poszczególnych pędzli i narzędzi, zdążył już ukończyć jedno duże płótno, przedstawiające piratów plądrujących miasteczko, oraz mniejsze, na którym zaklinacz węży uchylał się przed atakującą kobrą. Dwa imponujące malowidła w trzy dni. On się uzależnił! Co więcej, już niemal skończył kolejne dzieło. Dziewczynka podeszła do regału i przesunęła dłonią po grzbietach książek. Choć dokładnie przeszukała cały pokój, to wciąż nie znalazła ostatniej dziurki od klucza, nie wspominając już o tajnym przejściu na drugą stronę strychu. Owszem, Seth był wkurzający, ale odkąd tak się wkręcił w malowanie, zaczynało jej go brakować. Może Lena i dla niej przygotowałaby malowankę? Wcześniej Kendra odrzuciła taką propozycję, bo wydawała się dziecinna, zupełnie jak zwykła kolorowanka. Gotowe dzieła wyglądały jednak o wiele mniej niepoważnie, niż sądziła. Otworzyła drzwi i zeszła po schodach. W domu było ciemno i cicho, a po wyjściu ze strychu odgłos deszczu stał się odleglejszy. Ruszyła korytarzem i zeszła na główną kondygnację. Dom wydawał się aż za cichy. Mimo mroku wszystkie światła były zgaszone. - Pani Leno? Nikt nie odpowiadał. Kendra przeszła przez pokój dzienny, jadalnię i weszła do kuchni. Ani śladu gosposi. Czyżby wyszła? Dziewczynka otworzyła drzwi do piwnicy i zerknęła w ciemność. Schody zostały wykonane z kamienia, zupełnie jakby prowadziły do lochu. - Pani Leno? - zawołała niepewnie. Przecież gosposia na pewno nie siedziała tam po ciemku. Kendra wróciła do holu i rozsunęła drzwi do gabinetu, w którym dotąd nie była. Najpierw zauważyła ogromne biurko zarzucone książkami i papierami. Na ścianie wisiał łeb włochatego dzika o sterczących kłach. Na półce spoczywała kolekcja groteskowych masek z drewna, na drugiej stały trofea golfowe. Ściany, wyłożone boazerią, były udekorowane tablicami pamiątkowymi, a także wojskowymi orderami i wstążkami oprawionymi w ramy. Dziewczynka dostrzegła też czarno-białą fotografię o wiele młodszego dziadka demonstrującego olbrzymiego marlina. Na biurku, wewnątrz kryształowej kuli z płaskim dnem, znajdowała się upiorna replika ludzkiej czaszki, nie większa niż kciuk. Kendra zasunęła drzwi. Zajrzała do garażu, salonu i pokoju rodzinnego. Może Lena musiała pobiec do sklepu? Dziewczynka wyszła na tylną werandę osłoniętą daszkiem. Uwielbiała świeżą, wilgotną woń deszczu. Wciąż mocno lało i w całym ogrodzie zbierały się kałuże. Gdzie w taką ulewę chowają się motyle? Wtedy zobaczyła Lenę. Gosposia klęczała w błocie przy krzaku z dużymi niebieskimi i białymi kwiatami róż. Była całkiem przemoczona i wyglądało na to, że wyrywa chwasty. Siwe włosy kleiły się do jej głowy, a podomka przesiąkła wodą. - Pani Leno? Gosposia podniosła wzrok, uśmiechnęła się i pomachała. Kendra wzięła parasol z szafy w holu i dołączyła do Leny w ogrodzie. - Pani jest cała mokra - powiedziała. Lena wyrwała chwast z ziemi. - To ciepły deszcz. Lubię wychodzić na dwór w taką pogodę. - Wepchnęła chwast do pękatej torby na śmiecie. - Zaziębi się pani. - Ja rzadko choruję. - Lena na chwilę zamilkła i spojrzała na chmury. - Niedługo przestanie. Kendra odchyliła parasol i zerknęła w niebo. Ołowiane chmury jak okiem sięgnąć. - Myśli pani? - Sama zobaczysz. Nie minie godzina i już nie będzie padać. - Ale pani sobie ubłociła kolana... - Pewnie myślisz, że sfiksowałam. - Drobniutka kobieta wstała, szeroko rozłożyła ramiona i odchyliła w tył głowę. - Patrzysz czasem w górę na deszcz, Kendro? Ma się wrażenie, że to niebo spada. Dziewczynka znów odsunęła parasol. Miliony kropli leciały wprost na nią, niektóre trafiały ją w twarz i zmuszały do mrugania. - Albo że się sunie w chmurach. - Chyba powinnam cię zaprowadzić pod dach, zanim udzielą ci się moje niecodzienne zwyczaje. - O nie, wcale nie chciałam pani przeszkadzać. - Kendra, znów osłonięta parasolem, otarła kropelki z czoła. - Pewnie pani nie chce parasolki, prawda? - To by się mijało z celem. Nie zabawię tu długo. Dziewczynka wróciła do domu. Ukradkiem zerkała na Lenę przez okno. To było tak dziwne, że nie mogła się powstrzymać przed podglądaniem. Czasem gosposia pracowała. Czasem wąchała jakiś kwiat lub gładziła jego płatki. A deszcz wciąż padał. * * * Kendra siedziała na łóżku i czytała wiersze Shela Silversteina, gdy nagle w pokoju zrobiło się jaśniej. Wyszło słońce. Lena miała rację. Deszcz ustał czterdzieści minut po jej przepowiedni. Gosposia wróciła do domu, przebrała się w suche rzeczy i zrobiła kanapki. Po drugiej stronie pokoju stał ukończony obraz rycerza szarżującego na smoka. Przed godziną Seth wyszedł na dwór. Kendrę opanował leniwy nastrój. Właśnie gdy ponownie skoncentrowała się na kolejnym wierszu, do pokoju wpadł Seth, ciężko dysząc. Na nogach miał tylko skarpetki, a jego ubranie było ubłocone. - Musisz zobaczyć, co znalazłem w lesie. - Jeszcze jedną wiedźmę? - Nie. Coś dużo fajniejszego. - Obóz bezdomnych? - Nie powiem ci. Musisz sama zobaczyć. - Czy to ma coś wspólnego z pustelnikami albo wariatami? - Nie ma nic wspólnego z ludźmi. - Daleko od ogrodu? - Niedaleko. - Narobimy sobie kłopotów. A poza tym jest błoto. - Dziadek schował w lesie piękny park - wypalił Seth. - Co? - Musisz to zobaczyć! Załóż kalosze i idziemy. Kendra zamknęła książkę. * * * Słońce wychodziło i zachodziło w zależności od ruchu przesuwających się chmur. Łagodny wiaterek poruszał liśćmi. W lesie pachniało torfem. Kendra przeskoczyła przez wilgotną, butwiejącą kłodę i wrzasnęła na widok lśniącej białej żaby. Seth się obrócił. - Ale super! - zawołał. - Raczej: ale obleśna. - Nigdy nie widziałem białej żaby - stwierdził chłopiec. Spróbował ją złapać, ale gdy się zbliżył, wykonała daleki skok. - O rany! Normalnie poleciała! Zajrzał pod krzak, pod którym wylądowała żaba, ale nic nie znalazł. - Pospiesz się - przynagliła Kendra, spoglądając za siebie. Domu już nie było widać. Nie mogła się pozbyć paskudnego, nerwowego niepokoju w żołądku. W przeciwieństwie do brata łamanie zasad nie leżało w jej naturze. W szkole uczęszczała na przyspieszone zajęcia, miała doskonałe stopnie, utrzymywała porządek w pokoju i zawsze ćwiczyła przed lekcjami pianina. Z kolei Sethowi wystarczały słabe oceny, regularnie nie odrabiał lekcji i często dostawał kary za złe zachowanie. Oczywiście to on miał masę kolegów, więc może w tym szaleństwie była metoda. - Dokąd tak pędzisz? - Znów prowadził, przebijając się przez zarośla. - Im dłużej nas nie ma w domu, tym większa szansa, że ktoś to zauważy. - Już niedaleko. Widzisz ten żywopłot? Właściwie nie dało się tego nazwać żywopłotem. Była to raczej wysoka bariera z zaniedbanych krzaków. - To ma być żywopłot? - skomentowała Kendra. - Park jest po drugiej stronie. Kendra z żadnej strony nie widziała końca roślinnego muru. - Jak go obejdziemy? - Nie obejdziemy, tylko przejdziemy. Zobaczysz. Gdy dotarli do krzaków, Seth skręcił w lewo. Po drodze lustrował wzrokiem liściastą barykadę, a chwilami przykucał i przyglądał się jej dokładniej. Splecione krzewy miały koło trzydziestu centymetrów wysokości i wyglądały na bardzo gęste. - Dobra, chyba to tutaj się przecisnąłem. Nad ziemią, tam, gdzie nachodziły na siebie dwa krzaki, było duże wgłębienie. Seth opadł na czworaki i zaczął się przepychać. - Będziesz miał milion kleszczy - przepowiedziała Kendra. - Wszystkie schowały się przed deszczem - odparł jej brat z całkowitym przekonaniem. Kendra uklękła i ruszyła za nim. - Chyba jednak nie tędy się ostatnio przepychałem - przyznał Seth. - Tu jest trochę ciaśniej. Ale powinno się udać. - Teraz musiał już pełzać na brzuchu. - Oby było warto. - Kendra przesuwała się na łokciach, mrużąc oczy. Wilgotna ziemia była zimna, a z potrząsanych gałęzi spadały krople wody. Seth dotarł na drugą stronę i wstał. Dziewczynka też się przeczołgała, a podnosząc się, szeroko otworzyła oczy. Przed nią rozciągał się nieskazitelny staw, szeroki na kilkaset metrów, a pośrodku znajdowała się niewielka wyspa pokryta zielenią. Zbiornik wodny otaczały wymyślne altany połączone chodnikiem z pobielonych desek. Kratownice tej imponującej promenady oplatał kwitnący bluszcz. Po wodzie sunęły wytworne łabędzie. Wśród kwiecia śmigały motyle i kolibry. Na drugim brzegu stawu dumnie kroczyły pawie i stroszyły pióra. - Co to ma być? - wysapała dziewczynka. - Chodź! Seth ruszył przez bujny, starannie przycięty trawnik w kierunku najbliższej altany. Kendra spojrzała za siebie i zrozumiała, dlaczego brat nazwał tę potarganą barierę żywopłotem. Z tej strony krzaki były elegancko przystrzyżone. Żywopłot otaczał cały teren i znajdowało się tam tylko jedno łukowo sklepione wejście. - Dlaczego nie weszliśmy tamtędy? - spytała Kendra, drepcząc za bratem. - Tędy było bliżej. - Seth przystanął przed białymi schodkami wiodącymi do altany, by zerwać owoc rosnący na drewnianej kratce. - Spróbuj. - Powinieneś to najpierw umyć - powiedziała Kendra. - Dopiero co padało. - Ugryzł owoc. - Ale dobre! Dziewczynka zrobiła to samo. To była najsłodsza nektarynka, jaką w życiu jadła. - Przepyszne - przyznała. Wspólnie weszli po schodach fantazyjnego pawilonu. Drewniana balustrada była idealnie gładka. Choć drewna nic nie chroniło przed działaniem żywiołów, utrzymywało się ono w doskonałym stanie: nie łuszczyła się farba, nic nie pękało, nie było drzazg. W altanie stały białe wiklinowe krzesła i dwuosobowe ławki. Tu i ówdzie wszędobylskie pnącza spleciono w żywe wieńce i inne wymyślne wzory. Wysoko na żerdzi siedziała jaskrawa papuga i przyglądała się dzieciom. - Zobacz, papuga! - zawołała Kendra. - Poprzednio widziałem małpy - odrzekł Seth. - Takie małe z długimi ramionami. Skakały po całym ogrodzie. I była tu jeszcze koza. Uciekła, jak tylko mnie zobaczyła. Ciężko dudniąc, pobiegł jednym z drewnianych chodników. Jego siostra ruszyła za nim wolniej, przyglądając się otoczeniu. Miała wrażenie, że to sceneria jakiegoś wesela z bajki. Naliczyła dwanaście pawilonów, a każdy inny. Z jednego wrzynało się w staw krótkie białe molo. Łączyło się z unoszącą się na wodzie budką - na pewno trzymano w niej łódki. Kendra maszerowała w ślad za bratem, który tak hałasował, że łabędzie odpływały na drugi koniec stawu, zostawiając za sobą fale w kształcie litery „V". Przez chmury przebiło słońce i teraz lśniło na wodzie. Dlaczego dziadek trzymał takie miejsce w tajemnicy? Było cudowne! Po co zadawać sobie tyle trudu, by o nie dbać, i w ogóle się nim nie cieszyć? Tutaj mogłyby się zbierać setki ludzi i jeszcze nie byłoby tłoku. Kendra podeszła do altanki z molo i przekonała się, że hangar na łodzie jest zamknięty. Nie był zbyt wielki - domyślała się, że mieści kilka kajaków albo łodzi wiosłowych. Może dziadek pozwoli im trochę popływać. Nie, przecież nawet nie mogła mu powiedzieć, że wie o istnieniu tego miejsca! Czy to dlatego naopowiadał im o kleszczach i zakazał chodzić do lasu? Żeby ten mały raj pozostał tajemnicą? Czy był aż tak skryty i egoistyczny? Okrążyła staw, cały czas idąc po chodniku z czystych desek. Z drugiego brzegu krzyknął Seth i stadko kakadu zerwało się do lotu. Słońce skryło się za chmury. Trzeba było wracać. Dziewczynka obiecała sobie, że jeszcze tu wróci. * * * Gdy Kendra rozcięła swój stek, zaniepokoiła się. Wewnątrz był różowy, a w samym środku - niemal czerwony. Dziadek i Dale już ugryźli swoje porcje. - Czy mój stek nie jest surowy? - spytała. - Oczywiście, że nie - odparł Dale z pełnymi ustami. - W środku jest właściwie czerwony. - Tylko taki jest dobry - stwierdził dziadek, ocierając usta płócienną serwetką. - Półkrwisty. Dzięki temu jest delikatny i soczysty. Jak się go całkiem wysmaży, to równie dobrze można by jeść podeszwę. Kendra zerknęła na Lenę. - No dalej, skarbie - przynagliła gosposia. - Nie rozchorujesz się, wysmażyłam jak trzeba. - Mnie tam smakuje - stwierdził Seth, żując kawałek. - Mamy keczup? - Po co niszczyć dobry stek keczupem? - jęknął Dale. - Sam nim polewasz jajka - przypomniała mu Lena, stawiając butelkę przed Sethem. - To co innego. Jajka nie obejdą się bez keczupu i cebuli. - Obrzydliwość - skomentował Seth, obracając butelkę nad swym stekiem. Kendra spróbowała ziemniaków z czosnkiem. Smakowały jej. Zebrała się na odwagę i skubnęła stek. Był pełen aromatycznych przypraw i żuło się go dużo łatwiej niż wszystkie, jakie dotąd jadła. - Ten stek jest cudowny - powiedziała. - Dziękuję, skarbie - odrzekła Lena. Przez kilka chwil jedli w milczeniu. Dziadek otarł usta serwetką i odchrząknął. - Jak myślicie, czemu ludzie tak chętnie łamią zasady? Kendra poczuła nagły przypływ wyrzutów sumienia. Pytanie zostało zadane wszystkim i zawisło w powietrzu w oczekiwaniu na odpowiedź. Gdy nikt się nie odezwał, dziadek mówił dalej: - Czy to tylko kwestia przyjemności płynącej z nieposłuszeństwa? Buntowniczego dreszczyku? Dziewczynka spojrzała na brata. Gapił się w talerz i dłubał w ziemniakach. - Kendro, czy zasady były niesprawiedliwe? Czy oczekiwałem od was czegoś nierozsądnego? - Nie. - Seth, czy nie zostawiłem wam nic, czym moglibyście się zająć? Nie mieliście basenu? Domku na drzewie? Nie mieliście zabawek ani rozrywek? - Mieliśmy co robić. - To dlaczego poszliście do lasu? Ostrzegałem, że spotkają was konsekwencje. - Dlaczego chowasz w lesie jakieś dziwne staruszki? - wypalił Seth. - Dziwne staruszki? - spytał dziadek. - No właśnie, o co chodzi? Dziadek w zamyśleniu pokiwał głową. - Miała stary, zbutwiały sznur. Nie dmuchałeś na niego, prawda? - W ogóle nie podchodziłem. Straszna była. - Przyszła do mnie kiedyś i spytała, czy może zbudować chatę na moim terenie. Obiecała sama o siebie dbać. Nie widziałem przeciwwskazań. Nie powinniście jej zawracać głowy. - Seth znalazł twoją kryjówkę - wyjaśniła Kendra. - Chciał mi ją pokazać. Uległam własnej ciekawości. - Moją kryjówkę? - Duży staw, bajerancki chodnik, papugi, łabędzie i pawie. Dziadek zaniemówił. Spojrzał na Dale'a. Ten wzruszył ramionami. - Miałam nadzieję, że popływasz tam z nami łódką - powiedziała Kendra. - Kto mówił o łódce? Dziewczynka przewróciła oczami. - Dziadku, widziałam budkę na łodzie. Mężczyzna podniósł ręce i pokręcił głową. Kendra odłożyła widelec. - Dlaczego takie ładne miejsce ma się marnować? - To moja sprawa - odparł dziadek. - Do was należało respektowanie zasad, i to dla waszego bezpieczeństwa. - Nie boimy się kleszczy - oznajmił Seth. Dziadek założył ręce na piersiach i spuścił oczy. - Nie byłem z wami całkiem szczery, gdy mówiłem, dlaczego nie wolno wam wchodzić do lasu. - Podniósł wzrok. - Na moim terenie chronię niebezpieczne zwierzęta, wiele z nich należy do zagrożonych gatunków. Są wśród nich jadowite węże, ropuchy, pająki i skorpiony, a także zwierzyna większych rozmiarów: wilki, małpy, pantery. Korzystam ze środków chemicznych oraz innych zabezpieczeń, żeby nie wchodziły do ogrodu, ale w lesie czyha ogromne niebezpieczeństwo. Szczególnie groźna jest wyspa na środku jeziora. Mieszka tam kolonia tajpanów pustynnych, czyli najbardziej zabójczych węży znanych ludzkości. - Dlaczego nas nie ostrzegłeś? - spytała Kendra. - Mój rezerwat jest okryty tajemnicą. Mam wszystkie niezbędne pozwolenia, ale gdyby sąsiedzi zaczęli się skarżyć, może by je cofnięto. Nie wolno wam pisnąć nikomu ani słowa, nawet rodzicom. - Widzieliśmy białą żabę - wydyszał Seth. - Ona też jest jadowita? Dziadek pokiwał głową. - Zabójcza. Rdzenne ludy Ameryki Środkowej wykorzystują te żaby do produkcji zatrutych strzał. - Seth próbował ją złapać. - Gdyby mu się udało - rzekł dziadek ponuro - już by nie żył. Seth przełknął ślinę. - Nigdy więcej nie wejdę do lasu. - Wierzę ci - odrzekł dziadek. - Tak czy siak, zasady są bezwartościowe, jeśli nie egzekwuje się kar. Będziecie musieli pozostać w pokoju aż do końca pobytu. - Co? - zawołał Seth. - Ale ty nas okłamałeś! Strach przed kleszczami to głupi powód, żeby nie wchodzić do lasu! Myślałem, że po prostu traktujesz nas jak małe dzieci. - Powinieneś był zwrócić się z tymi wątpliwościami do mnie - stwierdził dziadek. - Czy niewyraźnie przedstawiłem wam zasady albo konsekwencje ich nieprzestrzegania? - Niewyraźnie przedstawiłeś powody - zripostował Seth. - Mam do tego prawo. Jestem waszym dziadkiem. I to moja ziemia. - A ja jestem twoim wnukiem. Powinieneś mówić mi prawdę. Nie dajesz nam dobrego przykładu. Kendra usiłowała nie wybuchnąć śmiechem. Sethowi włączył się tryb prawnika. Wobec rodziców też zawsze starał się wykręcić z tarapatów. Czasem miał całkiem niezłe argumenty. - Kendro, a co ty uważasz? - dziadek zwrócił się do dziewczynki. Nie spodziewała się, że spyta ją o zdanie. Spróbowała zebrać myśli. - No, zgadzam się, że nie powiedziałeś nam całej prawdy. Absolutnie nie poszłabym do lasu, gdybym wiedziała, że są tam groźne zwierzęta. - Ja też nie - wtrącił jej brat. - Przedstawiłem wam dwie proste zasady, zrozumieliście je, a potem złamaliście. Myślicie, że powinniście uniknąć kary tylko dlatego, że postanowiłem nie wyjawić wam przyczyn wprowadzenia tych zasad? - Tak - stwierdził Seth. - Tylko ten jeden raz. - To nie wydaje mi się sprawiedliwe - stwierdził dziadek. - Jeśli nie egzekwuje się kar, zasady tracą wszelką moc. - Ale my tego już więcej nie zrobimy - zaprotestował chłopiec. - Obiecujemy. Nie zamykaj nas w domu na dwa tygodnie! - Nie miej do mnie pretensji. Sami się zamknęliście, lekceważąc zasady. Kendro, czy uważasz, że to by było sprawiedliwe? - Moglibyśmy dostać zmniejszoną karę w ramach ostrzeżenia. A potem pełną, jeżeli znowu nabroimy. - Zmniejszoną karę? - zadumał się dziadek. - Czyli zapłacilibyście za nieposłuszeństwo, ale jednocześnie dostalibyście jeszcze jedną szansę. Chybabym to wytrzymał. Co ty na to, Seth? - Lepsze to niż pełna kara. - Zatem postanowione. Zmniejszę waszą karę do jednej doby. Jutro spędzicie cały dzień zamknięci na strychu. Możecie schodzić na posiłki i korzystać z toalety, ale nic więcej. Jeśli jeszcze jeden raz złamiecie którąś z moich zasad, nie opuścicie strychu aż do powrotu rodziców. Dla waszego bezpieczeństwa. Zrozumiano? - Tak jest - potwierdziła Kendra. Seth kiwnął głową. Rozdział piąty Dziennik sekretów - Widziałaś tę dziurkę od klucza na brzuchu jednorożca? - spytał Seth. Leżał na ziemi, z rękami za głową, obok wymyślnego konia bujanego. Kendra odwróciła wzrok od sztalug. Poprosiła Lenę o przygotowanie dla niej ponumerowanej malowanki, żeby łatwiej było znieść karę. Miała ochotę namalować pawilony otaczające staw - gosposia błyskawicznie naszkicowała scenę z oszałamiającą dokładnością, zupełnie jakby doskonale znała to miejsce. Seth nie skorzystał z propozycji przygotowania kolejnego płótna. Może i utknął na strychu na cały dzień, ale miał już dość malowania. - Dziurkę od klucza? - Podobno ich szukałaś. Dziewczynka wstała ze stołka i przykucnęła obok brata. Rzeczywiście, na spodzie jednorożca znajdowała się maleńka dziurka. Kendra wzięła klucze z nocnej szafki. Ostatni z tych, które dostała od dziadka, pasował. Otworzyły się niewielkie drzwiczki. Z wnętrza wypadło kilka czekoladek w kształcie serduszek w złotej folii, identycznych jak ta w szafie domku dla lalek. - Co to jest? - spytał Seth. - Mydło - odparła Kendra. Wsunęła dłoń przez drzwiczki i obmacała wnętrze bujanego konia. Znalazła jeszcze kilka czekoladek oraz maleńki złoty kluczyk podobny do tego z szafy. Na pewno pasował do zapięcia dziennika! - Wyglądają jak słodycze - stwierdził Seth, łapiąc jedną z dziesięciu czekoladek. - Spróbuj. Perfumowane, będziesz ładnie pachniał. Odwinął złotko. - Dziwny kolor jak na mydło. I pachnie całkiem jak czekolada. - Wsadził sobie całą pralinkę do ust i aż wybałuszył oczy. - Ja cię kręcę, ale dobre! - Skoro to ty znalazłeś dziurkę od klucza, proponuję podzielić się pół na pół. - Kendra bała się, że w przeciwnym razie Seth wszystko zje sam. - Brzmi fair - stwierdził chłopiec, biorąc kolejne cztery czekoladki. Jego siostra odłożyła swoje pięć na nocną szafkę i wzięła zamknięty dziennik. Zgodnie z przewidywaniami drugi złoty kluczyk odpinał kolejny zatrzask. Ale gdzie mógł być trzeci? Klepnęła się w czoło. Dwa pierwsze kluczyki znajdowały się w miejscach otwartych przez klucze od dziadka. Brakujący musiał się kryć w szkatułce z biżuterią! Zajrzała do skrzynki i zaczęła szperać wśród przegródek z lśniącymi wisiorkami, broszkami i pierścionkami. Rzeczywiście, w końcu natrafiła na złoty kluczyk podobny do pozostałych, ukryty na bransoletce. Kendra pospiesznie przemierzyła pokój i wsunęła kluczyk do ostatniego zamka Dziennika sekretów. Klamra ustąpiła i dziewczynka otworzyła książkę. Pierwsza strona była pusta. Druga też. Kendra zaczęła szybko kartkować tom - cały okazał się pusty. To po prostu niezapisany notatnik. Czyżby dziadek chciał ją zachęcić, żeby zaczęła prowadzić pamiętnik? Ale cała ta gra z kluczami była strasznie podstępna. Może w tym też tkwił jakiś haczyk. Jakaś ukryta wiadomość. Może napisana atramentem sympatycznym albo coś takiego. Jak się odczytywało treść zapisaną niewidzialnym tuszem? Spryskując kartkę sokiem z cytryny i patrząc pod światło? Chyba jakoś tak. Była jeszcze taka sztuczka z delikatnym pocieraniem ołówkiem, aż pojawi się tekst. A może tutaj chodziło o coś jeszcze bardziej przebiegłego? Dziewczynka zaczęła staranniej przyglądać się pamiętnikowi w poszukiwaniu jakichś wskazówek. Podniosła kilka kartek do okna, by sprawdzić, czy pod światło nie pojawią się znaki wodne lub inne tajemnicze ślady. - Co robisz? - spytał Seth. Została mu już tylko jedna czekoladka. Kendra stwierdziła, że musi schować swoje w miejscu bezpieczniejszym niż szuflada nocnej szafki. Podniosła do światła ostatnią stronę. Niczego nie znalazła. - Ćwiczę przed występem w wariatkowie. - Na pewno wygrasz główną nagrodę - zadrwił chłopiec. - Chyba że zobaczą, jak wyglądasz - zripostowała Kendra. Seth podszedł do klatki Złotogłówki i wziął z wiaderka garść ziaren. - Zniosła następne jajko - oznajmił. Otworzył klatkę, by je wyjąć, i pogłaskał miękkie piórka kury. Kendra usiadła na łóżku i zaczęła kartkować ostatnie strony. Nagle przestała. Na jednej z nich było coś napisane. Nawet nie ukryte, ale wciśnięte w niespodziewane miejsce. Dwa słowa przy samym zszyciu. „Wypij mleko". Dziewczynka zagięła róg i przekartkowała pozostałe strony. Następnie przejrzała cały dziennik od początku, by się upewnić, że nie przeoczyła podobnych wiadomości. Innych enigmatycznych wskazówek nie było. „Wypij mleko". Może po nasączeniu którejś kartki mlekiem ukażą się słowa. Mogłaby spróbować z jedną z misek, które Dale zostawił na dworze. A może chodziło właśnie o to mleko?! Może to wyzwanie: wypić niepasteryzowane krowie mleko. Ale jaki miałoby to cel? Żeby nabawiła się biegunki? Dale mówił wyraźnie, żeby go nie pić. Z drugiej strony, rzeczywiście zachowywał się dziwnie. Może coś ukrywał. „Wypij mleko". Czy sensem całego zamieszania z poszukiwaniem dziurek do kluczy i znalezieniem kluczyków do zamkniętego dziennika naprawdę było odkrycie tej dziwnej wiadomości? Czy Kendrze coś umknęło? A może po prostu potraktowała to zbyt serio? Dziadek mógł zaaranżować zadanie tylko po to, żeby miała się czym zająć. - Myślisz, że rodzice kupiliby nam kurę? - spytał Seth, trzymając w rękach Złotogłówkę. - Tak, ale najpierw bizona. - Dlaczego ty nigdy nie bierzesz jej na ręce? Fajna jest. - Trzymanie żywej kury na pewno jest obleśne. - Lepiej trzymać żywą niż martwą. - Wystarczy mi, jak ją głaszczę. - Dużo tracisz. - Seth przytulił Złotogłówkę do twarzy. - Dobra z ciebie kurka, prawda? Ptak zagdakał cicho. - Wydziobie ci oczy - ostrzegła Kendra. - Nie ma mowy, jest oswojona. Dziewczynka wsunęła do ust jedną z czekoladowych różyczek, odłożyła Dziennik sekretów na szafkę przy łóżku i wróciła do malowania. Skrzywiła się. Cały obrazek - z altankami, stawem i łabędziami - wymagał ponad trzydziestu odcieni bieli, szarości i srebra. Przy pomocy próbek zostawionych przez Lenę dziewczynka przygotowała kolejną farbę. * * * Nazajutrz jasno świeciło słońce. Nic nie wskazywało, że kiedykolwiek padał deszcz lub że kiedyś znów spadnie. Do ogrodu wróciły kolibry, motyle i trzmiele. Za domem pracowała Lena, osłonięta dużym przeciwsłonecznym kapeluszem. Kendra siedziała w cieniu na werandzie. Teraz, gdy nie była już więźniem na strychu, łatwiej cieszyła się piękną pogodą. Zastanawiała się, czy przeróżne motyle fruwające po ogrodzie należą do gatunków, które sprowadził tu dziadek. Jak sprawić, by motyl został na czyimś terenie? Może dzięki mleku? Czas uprzyjemniała jej gra, którą znalazła na strychu - trójkątna plansza z piętnastoma otworami i czternastoma kołkami. Celem gry było bicie kołków jak w warcabach, aż w końcu zostawał tylko jeden. Z początku brzmiało prosto. Kłopot polegał na tym, że gdy już się zaczęło, niektóre z nich zostawały w takich miejscach, że nie mogły bić ani zostać zbite. Od liczby kołków pozostawionych na planszy zależał wynik. Jak dotąd Kendrze udało się zejść do trzech, co instrukcja określała jako typowe. Dwa pozostawione kołki to wynik bardzo dobry. Jeden - oznaka geniuszu. Jeśli na planszy zostało co najmniej pięć kołków, gracz był beznadziejny. Układając planszę do kolejnej próby, dziewczynka wreszcie zobaczyła to, na co czekała. Skrajem ogrodu szedł Dale z foremką do ciasta. Odłożyła grę na stół i popędziła za nim. Mężczyzna robił wrażenie nieco zdenerwowanego jej widokiem. - Lena nie może zobaczyć, że teraz rozmawiamy - wymamrotał po cichu. - Powinienem roznosić mleko ukradkiem. - Myślałam, że nikt nie wie, że pan to robi. - Zgadza się. Widzisz, twój dziadek nie wie, ale Lena owszem. To nasza tajemnica. - Zastanawiałam się, jak smakuje to mleko. Dale wyglądał na zakłopotanego. - Nie słyszałaś, co mówiłem ostatnio? Mogłabyś się nabawić... półpaśca. Świerzbu. Szkorbutu. - Szkorbutu? - W tym mleku roi się od bakterii. To dlatego owady tak bardzo je lubią. - Mam kolegów, którzy pili mleko prosto od krowy. Przeżyli. - Ale to na pewno były zdrowe krowy - odparł Dale. - Te tutaj są... zresztą, nieważne. Chodzi o to, że to nie jakieś tam mleko. Jest wysoce zanieczyszczone. Po kontakcie z nim za każdym razem solidnie szoruję ręce. - Więc pan uważa, że nie powinnam go próbować? - Chyba że masz ochotę na przedwczesny pogrzeb. - To może przynajmniej pokazałby mi pan krowy? - Krowy? To niezgodne z zasadami twojego dziadka. - Wydawało mi się, że chodzi o to, żebym nie zrobiła sobie krzywdy - odparła Kendra. - Przy panu będę bezpieczna. - Zasady to zasady. Twój dziadek nie wprowadził ich bez powodu, a ja nie mam zamiaru ich łamać. Ani naginać. - Nie? Może jak mi pan pokaże krowy, to zachowam tajemnicę o wystawianiu mleka. - To jest szantaż. Nie będę tolerował szantażu. - Ciekawe, co powie dziadek, kiedy poinformuję go o tym przy kolacji. - Pewnie powie, żebyś pilnowała swoich spraw. A teraz, jeśli pozwolisz, mam co robić. Kendra patrzyła, jak Dale odchodzi z foremką z mlekiem. Nie ma co, zachowywał się bardzo dziwnie i nieswojo. Z tym mlekiem na pewno wiązała się jakaś tajemnica. Mimo to opowieści o bakteriach sprawiły, że wolała go nie próbować. Potrzebowała królika doświadczalnego. * * * Seth starał się wskoczyć do basenu z saltem, ale wylądował na plecach. Ta sztuczka nigdy mu do końca nie wychodziła. Wynurzył się i podpłynął do brzegu, by spróbować ponownie. - Niezły fikołek - skomentowała Kendra, stojąc przy basenie. - W sam raz do programu z głupimi wpadkami. Chłopiec wydźwignął się z wody. - Ciekawe, jak tobie by poszło. - Odkryłam sekret. - Jaki? - Nie umiem wyjaśnić. Ale mogę ci pokazać. - Czy to równie dobre jak ten staw? - Aż tak to nie. Pospiesz się. Seth zarzucił ręcznik na ramiona i wsunął sandały. Kendra poprowadziła go aż do kwitnących krzewów na skraju ogrodu. Za nimi stała duża foremka do ciasta pełna mleka, które właśnie piła chmara kolibrów. - One piją mleko? - spytał chłopiec. - Tak, ale nie o to chodzi. Spróbuj trochę. - Po co? - Zobaczysz. - A ty próbowałaś? - Mhm. - I o co chodzi? - Mówiłam ci: spróbuj, to się przekonasz. Kendra patrzyła z ciekawością, jak brat klęka przy foremce. Kolibry się rozproszyły. Chłopiec zanurzył palec w mleku i dotknął nim języka. - Całkiem dobre. Słodkie. - Słodkie? Seth schylił głowę i dotknął ustami powierzchni mleka. - Aha. Słodkie i kremowe. Ale trochę ciepłe. - Nagle oczy wyszły mu z orbit. Zerwał się na równe nogi. - Co to jest?! - wrzasnął, palcem wskazując coś za plecami siostry. Kendra zerknęła za siebie. Widziała tylko motyla i parę kolibrów. Znów spojrzała na Setha. Chłopak biegał w kółko, gorączkowo rozglądał się po ogrodzie i najwyraźniej był zarazem zdumiony i oczarowany. - One są wszędzie - powiedział z zachwytem. - Jakie one? - Rozejrzyj się. Wróżki. Kendra gapiła się na brata. Czy to mleko doszczętnie pomieszało mu w głowie? A może ją podpuszczał? Chyba jednak nie udawał. Stał przy krzewie różanym i zafascynowany przyglądał się motylowi. Nieśmiało wyciągnął ku niemu dłoń, ale owad odleciał. Seth odwrócił się do Kendry. - To dzięki mleku? Ale super, to fajniejsze niż staw! - Jego entuzjazm wydawał się szczery. Kendra spojrzała na foremkę z mlekiem. „Wypij mleko". Jeśli Seth robił jej kawał, to nagle stał się dziesięć razy lepszym aktorem niż do tej pory. Zanurzyła palec w mleku i oblizała go. Jej brat miał rację: było słodkie i ciepłe. Na moment oślepiło ją słońce i musiała zamrugać. Obejrzała się na Setha, który właśnie podkradał się do niewielkiej grupki wróżek unoszących się w powietrzu. Trzy z nich miały skrzydła jak motyle, a jedna jak ważka. Widząc coś tak niesamowitego, Kendra nie zdołała stłumić okrzyku. Znów popatrzyła na mleko. Wróżka ze skrzydłami kolibra piła je ze złożonej dłoni. Jeśli nie liczyć skrzydeł, wyglądała jak szczupła kobieta nie wyższa niż pięć centymetrów. Miała długie ciemne włosy i lśniącą turkusową halkę. Prędko odleciała, gdy tylko Kendra się zbliżyła. To nie mogło być autentyczne, prawda? Musiało istnieć jakieś wyjaśnienie. Jednak wróżki były wszędzie, blisko i daleko, lśniły żywymi kolorami. Przecież Kendra nie mogła zaprzeczyć, że widzi to, co widzi. Wciąż rozglądała się po ogrodzie, a zmieszanie i niedowierzanie ustępowały zachwytowi. Wkoło fruwały najróżniejsze wróżki, skakały z kwiatka na kwiatek, szybowały na wietrze i z akrobatyczną zwinnością unikały Setha. Kendra chodziła ścieżkami ogrodu jak otępiała, wśród wróżek dostrzegła wszystkie możliwe rasy. Niektóre wyglądały jak Azjatki, inne - jak Hinduski, Afrykanki i Europejki. Były też takie, które mniej kojarzyły się z ludzkimi kobietami, miały niebieską skórę i szmaragdowe włosy. Kilka miało też czułki. Ich skrzydła bardzo się różniły, większość przypominała skrzydła motyli, ale były elegantsze w kształcie i olśniewająco ubarwione. Wszystkie wróżki połyskiwały jasno, jaśniej niż kwiaty w ogrodzie, tak jak słońce świeci jaśniej niż księżyc. Gdy ścieżka zakręciła, Kendra stanęła jak wryta. Przed nią, ubrany we flanelową koszulę i robocze buty, pojawił się dziadek z rękami założonymi na piersiach. - Musimy porozmawiać - powiedział. * * * Wysoki zegar stojący wybił godzinę - po odegraniu melodyjki uderzył trzy razy. Kendra, siedząc w gabinecie dziadka w skórzanym fotelu z wysokim oparciem, zastanawiała się, czy takie staromodne zegary mają już tylko dziadkowie. Zerknęła na Setha. Siedział w takim samym fotelu, który wydawał się dla niego za duży. To były fotele dla dorosłych. Dlaczego dziadek wyszedł z pokoju? Czy narobili sobie kłopotów? Przecież sam dał im klucze, które w końcu sprawiły, że ona i jej królik doświadczalny spróbowali mleka. Mimo wszystko wciąż się martwiła, że odkryła coś, co powinno zostać tajemnicą. Nie dość, że wróżki naprawdę istnieją, to dziadek ma ich w ogrodzie setki. - Czy to jest czaszka wróżki? - spytał Seth, wskazując stojącą na biurku szklaną kulę o płaskim dnie z maleńką czaszką w środku. - Pewnie tak - odrzekła Kendra. - Myślisz, że wpadliśmy? - Oby nie. Nie było żadnych zasad związanych z piciem mleka. Drzwi gabinetu rozsunęły się. Do pomieszczenia wszedł dziadek wraz z Leną, która niosła na tacy trzy kubki. Podała po jednym Kendrze, Sethowi i dziadkowi. Była w nich gorąca czekolada. Gdy dziadek zasiadł za biurkiem, Lena wyszła

Podziel się opinią

3
1

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d2068u8
d2068u8
d2068u8
d2068u8