Qaqwqwrqw

"Balet, który niszczy". Dwa razy próbowała się zabić. Szkoła umywała ręce

- Dla mnie jej druga próba samobójcza była takim ciosem, że przez tydzień nie mogłam dojść do siebie, nie rozumiałam, co faktycznie zaszło. Miesiąc wcześniej zmarł mój ojciec - wspomina mama 18-letniej Alicji. Przeczytajcie fragment rozmowy, jaką przeprowadziła Monika Sławecka do książki "Balet, który niszczy".
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
"Dopiero niedawno przyznała, że najbardziej głodziła się już po odejściu ze szkoły"
"Dopiero niedawno przyznała, że najbardziej głodziła się już po odejściu ze szkoły" (East News)
Qaqwqwrqw

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Pascal publikujemy fragment książki "Balet, który niszczy. Traumatyczne historie ze szkół baletowych" Moniki Sławeckiej. Przeczytajcie w ramach naszej akcji #PoczytajNaMajówce.

Mama Alicji
Wiek Alicji: 18 lat
Szkoła: w Warszawie
Jak długo Alicja uczęszczała do szkoły baletowej: 4 lata

W jakim wieku była pani córka, gdy rozpoczęła edukację w szkole baletowej?
Miała 10 lat. W sumie do szkoły uczęszczała przez cztery lata i dwa miesiące. Przerwała naukę, gdy znalazła się w szpitalu po połknięciu dwóch opakowań leków przeciwbólowych. Nie akceptowała siebie. Przeniosłam ją do zwykłego gimnazjum i poczułam ulgę, bo myślałam, że stres związany ze szkołą baletową mamy już za sobą. Niestety, po dwóch latach okazało się, że tak się nie stało. Alicja w wieku 16 lat ponownie przedawkowała leki i znalazła się w szpitalu. Teraz ma 18 lat i cztery razy w tygodniu chodzi na terapię.

Qaqwqwrqw

Zobacz: Prolog - Bartosz Szczygielski

Dlaczego zdecydowała się pani na tę rozmowę?
Po drugiej próbie samobójczej córki poczułam wielką potrzebę mówienia o krzywdzie wyrządzanej dzieciom w szkołach baletowych. Po przeczytaniu wywiadu z Natalią Lesz, która mówiła, że dopiero w wieku 37 lat ma odwagę, by skonfrontować się z tym, przez co przeszła jako dziecko, nabrałam jeszcze większej determinacji, by podzielić się naszą historią. Jej wypowiedź dodała mi otuchy i nadziei na to, że dzięki wczesnej diagnozie choroby i prowadzonej terapii moja córka ma szansę na wyleczenie.

Być może będzie jej dane szybciej niż Natalii Lesz uporać się z traumą. Sama nadwrażliwość, problemy wieku dojrzewania czy niezgoda na otaczającą ją rzeczywistość nie doprowadziłyby do prób samobójczych. Wiem, że mój głos zabrany w tej sprawie może uświadomić innym rodzicom, jak złożone są problemy, z którymi mierzy się ich dziecko w szkole baletowej. W trakcie zebrań czy innych spotkań pedagodzy usiłowali wmawiać rodzicom, że kłopoty dzieci najczęściej wynikają z sytuacji rodzinnej.

Qaqwqwrqw

Czyli szkoła przerzucała odpowiedzialność za załamania dzieci na dom rodzinny?
Tak wygląda stosunek tej szkoły do rodziców. Wszelkie trudności wychowawcze – wycofanie, brak koncentracji, zniechęcenie, a nawet kontuzje – według pedagogów mają początek w domu. Pamiętam, jak w trakcie drugiej, może trzeciej rozmowy z nauczycielką tańca padło pytanie o sytuację rodzinną córki. Ta kobieta uznawała też jej słabe oceny z matematyki za przyczynę braku skupienia na lekcjach baletu. Twierdziła, że uczniowie bez zdolności matematycznych gorzej zapamiętują sekwencje kroków i figur, czyli gorzej sobie radzą z tańcem. Teraz oczywiście śmieszy mnie ta nadinterpretacja, ale wtedy, nie mając obecnej wiedzy, byłam przejęta.

PRZECZYTAJ: "Patolodzy". Nikt ich nie zna. Za to oni dokładnie znają nas

Kiedy pojawił się pierwszy sygnał, że pani córce dzieje się krzywda?
Już w drugiej klasie. Chociaż myślę, że i w pierwszej mogło być wiele sygnałów, ale córka je kamuflowała. Uważam, że w szkole podcięto jej skrzydła, wmówiono, że nic nie potrafi. Przestała wierzyć, że można spełniać się w tańcu i czerpać z niego radość – a przecież kochała balet. Była dzieckiem bardzo otwartym, ruchliwym, wyrażającym w tańcu liczne emocje. W drugiej klasie dowiedziała się, że ma za krótkie ręce, że nie potrafi się skoncentrować.

My, rodzice, bez profesjonalnego wsparcia nie wiedzieliśmy, jak rozmawiać, pocieszać po takich uwagach. Alicja zaczęła zamykać się w pokoju, dużo czytała, pisała i rysowała. Niepokoiłam się o nią, ale bliscy uspokajali mnie, że to dobre i cenne, bo ma swój świat. Słyszałam, że potrzebuje swojej przestrzeni i że to normalne u nastolatek. Teraz po latach widzę, że szukała wtedy alternatywnej rzeczywistości, w której mogła się ukryć. Nie potrafiła się wypłakać, zweryfikować swoich marzeń o tańcu, a ja bałam się drążyć.

Qaqwqwrqw
Getty Images
Podziel się

Dlaczego się pani bała?
Córka wciąż utrzymywała, że wszystko jest w porządku. Dawała się poznać jako niezależna dziewczynka. Teraz pamiętam, że podświadomie wiedziałam, że ona i jej koleżanki sobie nie radziły. W tym wieku dziewczynki stwarzają pozory bycia silnymi kobietami. A przecież ciężkie treningi, niedożywienie, ciągłe uwagi, rywalizacja i wieczna presja perfekcyjności w końcu eksplodują w życiu prywatnym.

Czy dzieci otrzymują w szkołach baletowych wsparcie psychologiczne?
Niewystarczające. Ze szkołą powinien współpracować niezależny psycholog z zewnątrz, a nie zatrudniony przez dyrekcję. Dziecko czasem chce przyjść do osoby postronnej i wyżalić się, że nie może dogadać się z rówieśnikami czy rodzicami lub że pani nauczycielka ciągle krzyczy. Uważam, że dzieci powinny mieć zapewnione wsparcie zespołu psychologów na czas koncertów i egzaminów. Z takiej pomocy skorzystaliby też rodzice towarzyszący zestresowanemu dziecku.

Centrum Edukacji Artystycznej powinno dbać, by nie było nadużyć na żadnym etapie nauki. Chodzi mi o takie nadużycia jak prowokowanie zaburzeń żywienia u dzieci, zakorzenianie w nich niskiego poczucia własnej wartości, gnębienie na lekcjach. Zespół psychologów znający specyfikę pracy w szkołach artystycznych powinien na co dzień pomagać uczniom oraz nauczycielom w prowadzeniu ich. Niestety, jest całkiem inaczej.

Qaqwqwrqw

Jak szkoła zareagowała na głośną sprawę śmierci jednej z uczennic?
Działania szkoły po śmierci Mai totalnie mnie zszokowały. Kiedy poszłam zapytać, dlaczego nie można odwołać koncertu podsumowującego rok nauki, by uszanować jej pamięć, usłyszałam, że grupa interwencyjna psychologów nalega na przeprowadzenie koncertu. Przyjęto wytyczne sprawdzone w Stanach Zjednoczonych, by nie epatować śmiercią, by dzieci nie utożsamiały się ze stratą koleżanki. Bano się, że jedno samobójstwo pociągnie za sobą kolejne. Jeżeli jest grono autodestrukcyjnych dzieci i któreś z nich zazdrości tym "po drugiej stronie", trzeba udawać, że nic się nie stało. Wyobraża sobie pani? Zespół psychologów zalecił, by NIE BYŁO kiru, zdjęcia Mai, kwiatów, choćby świeczki… Nie dano dzieciom nawet szansy pożegnać koleżanki minutą ciszy.

A jaka była reakcja szkoły na próbę samobójczą Alicji?
Byłam skołowana. Rozmawiałam z pedagogiem i dyrekcją. Mówiono mi, że w tym wieku różnie bywa. Sugerowano, że córka może być nadwrażliwa. Dopiero z czasem pojęłam, że za dużo wycierpiała w tym miejscu. Obserwowałam, jak stawała się porywcza, momentami wręcz agresywna. Doszłam do wniosku, że w pewnym sensie oddaje to, co dostała w szkole. Niestety, dość późno udało mi się połączyć fakty.

Jeśli dziecko przez dwie godziny dziennie pięć dni w tygodniu jest napięte jak struna, nauczyciel na lekcji rzuca krzesłem, a potem dziecko całe ranki i wieczory narzeka na ból brzucha, w dziwny sposób odbiera uwagi rodziców, traktując je jako złośliwość i krytykę, to znaczy, że jego reakcje są wynikiem oddziaływania środowiska, w którym najczęściej przebywa.

Na zebraniach z rodzicami słyszałam, że nasze dzieci są artystami, przyszłymi tancerzami. Później myślałam, że to nie są przecież zawodowcy, tylko dwunasto-, trzynastolatki. Nie ma żadnego logicznego uzasadnienia, dlaczego mają być odporniejsze na krytykę, która je dotyka dzień w dzień. Wprost przeciwnie, przez wyeksploatowanie ciała, duży stres powinny mieć więcej wsparcia niż rówieśnicy z innych szkół. Tymczasem od pierwszej klasy nasze dzieci, nieprzeciętnie szczupłe, wiecznie słyszały komunikaty: "Musisz schudnąć".

Qaqwqwrqw

Moja córka nie była najszczuplejsza w klasie, ale nie chciałam, by traciła na wadze. Liczyłam na to, że szkoła da mojemu dziecku przykład profesjonalnego podejścia do dbania o ciało i jego rozwój. Zamiast tego egzekwowano od uczniów pełną sprawność i wymagano wręcz ekstremalnej chudości, tłumacząc, że inaczej nie nadają się do tego zawodu, a w konsekwencji nie spełnią swoich marzeń.

Getty Images
Podziel się

Alicja wielokrotnie broniła takiego podejścia, mówiąc: "Mamo, ty się na tym nie znasz. Pani chce dobrze". Aktualnie w szkole niby jest dietetyk, niskokaloryczna i wartościowa dieta, a mimo to dzieci wciąż słyszą, że muszą schudnąć. Jest to połączone z przekonaniem, że dojrzewanie, przeobrażenie się z dziewczynki w kobietę "nie są OK". Takie zaklęcie rzucone na ambitne dziewczynki dążące do spełnienia marzeń może je zablokować i na całe życie pozostawić w poczuciu bycia "nie OK".

Córka się głodziła?
Dopiero niedawno przyznała, że najbardziej głodziła się już po odejściu ze szkoły. Wcześniej zaś czuła się gorsza, że nie może prawdziwie ograniczyć jedzenia. Podziwiała koleżanki, które umiały się odchudzać skuteczniej niż ona. Myślę, że grupa rówieśnicza stworzyła sobie wspólny temat, który łączył wszystkich – ile kto jada. Rodzice byli oczywiście wykluczeni.

PRZECZYTAJ: Melania Trump – słowiańska piękność w Białym Domu

Jak to możliwe, że rodzic, mieszkając z dzieckiem pod jednym dachem, nie widzi, że ono nie je?
To nie jest trudne. Dziecko wychodzi z domu około siódmej. Śniadanie je w domu, do szkoły dostaje lunchbox i dodatkowo na miejscu ma wykupione obiady. W domu zjawia się około osiemnastej. Po całym dniu łatwo jest ambitnej i inteligentnej dziewczynce udawać, że jest przemęczona treningiem i nie ma ochoty na kolację. Być może całe jej jedzenie to skubnięcie tosta lub garść płatków na śniadanie. Okazuje się, że można na tym przeżyć cały dzień. I rodzice właściwie nie mają na to wpływu. Wyrzucenie zawartości pudełka śniadaniowego i oddanie obiadu nie są dużymi wyzwaniami. To skomplikowany temat, bo tak naprawdę przekonanie, że szkoła jest profesjonalna, a dziecko realizuje się w tańcu, jest dobrym pretekstem, by za bardzo nie wnikać.

Gdy udało się uratować córkę i zapytała ją pani "dlaczego?" – jakie były jej pierwsze słowa?
Nie chciała w ogóle rozmawiać o szkole. Mówiła, że było, minęło. Całą sytuację związaną z zaburzeniem odżywiania podsumowała: "Ja za bardzo lubiłam jeść". Cieszyłam się, że Alicja żyje i zmieniła szkołę. Martwiło mnie jednak jedno – córka w dalszym ciągu miała napady wściekłości. Stała się apodyktyczna wobec młodszego rodzeństwa, krzyczała i wyrywała mu przedmioty z rąk.

Nie rozumiałam, dlaczego pomimo braku kontaktu z otoczeniem baletowym wciąż jest tak spięta. Po paru miesiącach uświadomiłam sobie, że Alicja, która dotychczas funkcjonowała w ciągłym napięciu, dalej tego potrzebuje jak narkotyku. Dopiero gdy po drugiej próbie samobójczej dostała stałego terapeutę, zrozumiałam, że jej wysokie wymagania względem samej siebie wykluczały jakikolwiek serdeczny kontakt. Jej przeświadczenie, że musi bardziej się starać i dążyć do doskonałości, oddziaływało na wszystkich w domu.

Co się takiego stało, że córka drugi raz targnęła się na swoje życie?
Jej druga próba samobójcza była totalnym zaskoczeniem. Wydawało mi się, że ma dobre relacje koleżeńskie w nowej szkole. W domu nauczyliśmy się żyć z wywoływanymi przez nią konfliktami i myśleliśmy, że trauma po szkole baletowej już minęła. Zrezygnowała ze wsparcia psychologa. Czasami wspominała, że może po skończeniu gimnazjum zacznie jakąś terapię grupową dla młodzieży. Dużo z nią rozmawiałam i zignorowałam ten komunikat. Okazało się, że przez cały czas grała – udawała, że w domu i nowej szkole jest jej dobrze. Teraz rozumiem, że nie chciała mnie martwić i nie bardzo wiedziała, jak zmienić swoją codzienność i myślenie o sobie.

Ile czasu minęło od momentu zabrania Alicji ze szkoły do jej drugiej próby samobójczej?
Dwa lata. Wydawałoby się, że to szmat czasu, a jednak okazało się, że za mało na wyleczenie ran, szczególnie bez intensywnej fachowej pomocy. Córka zawsze była atrakcyjna, lubiana w grupie. Nie mogłam jej zrozumieć, gdy sygnalizowała, że nie ma o czym rozmawiać z koleżankami. Mówiono mi, że dzieci chętnie spędzają z nią czas. A ona zatapiała się w książkach…

Darian Volkova Instagram.com
Podziel się

Była dojrzalsza niż ja w jej wieku, ale wciąż nadwrażliwa. Stworzenie alternatywnego świata było wynikiem emocjonalnego rozdwojenia. Chowała się tam ze swoim cierpieniem i swoją nadwrażliwością, a jednocześnie potrafiła udawać dojrzałą, elokwentną szesnastolatkę, która dobrze sobie radzi w szkole, pomaga w domu, podróżuje, zwierza się matce z wielu spraw.

Dla mnie jej druga próba samobójcza była takim ciosem, że przez tydzień nie mogłam dojść do siebie, nie rozumiałam, co faktycznie zaszło. Miesiąc wcześniej zmarł mój ojciec i byłam w żałobie. Cień szkoły baletowej czaił się w głowie córki jak bestia, która tylko czyha na moment słabości, by się ujawnić.

Bestia, która ostatecznie zamknęła ją w odosobnieniu na 10 dni pod pretekstem wzmożonej nauki, bo tyle trwała jej izolacja przed kolejnym połknięciem tabletek. Co prawda, córka później przyznała, że to była "tylko" rozpaczliwa próba zmiany czegoś w swoim życiu i funkcjonowaniu. Podobno wiedziała, jakie tabletki ma zażyć i jak, żeby była możliwość jej wybudzenia…

Skąd miała – dwukrotnie – dostęp do takich leków?
Za pierwszym razem zażyła dużą ilość ogólnodostępnych leków przeciwbólowych. Za drugim poprosiła psychiatrę o przepisanie środków nasennych i antydepresantów. Tu chcę uczulić rodziców innych dzieci po próbach samobójczych – nie zawsze szpital psychiatryczny jest dobrym rozwiązaniem. Słusznie obawiałam się, że w takim miejscu rówieśnicy podpowiedzą jej, jak na różne sposoby może zrobić sobie krzywdę.

Tam dziecko spotyka się z różną młodzieżą, z problemami. Hermetyczna grupa jak w więzieniu. Często dzieci wychodzą stamtąd zamknięte w swoim wyobrażeniu świata, do którego nie dopuszczają rodziców. Podczas ostatniego pobytu córki w szpitalu nie pozwoliłam jej podać leków wyciszających bez uprzedniego przedstawienia diagnozy i uzasadnienia. Tym razem miałam odwagę pytać personel medyczny o notatki związane z córką. Zresztą napisano w nich, że dziecko nie dostało lekarstw z powodu uporu matki. Potem dowiedziałam się, że nie ma leków na zaburzenia jedzenia. Jedyną skuteczną metodą leczenia jest terapia.

Jak wyglądał powrót Alicji do domu po wyjściu ze szpitala?
Była na bieżąco z książkami i portalami dla młodzieży epatującymi tematyką samobójstw. Tłumaczyła, że młodzi ludzie czasem rezygnują z życia – taka naturalna selekcja słabszych osobników. Budowała swoją pozycję w grupie tymi przejściami.

Z jednej strony była outsiderką, z drugiej postrzegano ją jako osobę doświadczoną. Aspirowała do jakiejś wyimaginowanej rzeczywistości, miała przekonanie, że mama wciąż się czepia, a świat dorosłych jest schizofreniczny – ludzie mówią jedno, a robią drugie. Świat młodzieży był więc jej sprzymierzeńcem. Podczas mojej pierwszej wizyty w szpitalu w końcu powiedziała mi, że od ośmiu miesięcy objada się i wymiotuje. Inteligentna dziewczyna w dużym mieście łatwo zatai przed rodzicami bulimię.

Gdy zrozumiałam, jakiej traumy doświadczyła w szkole, to oprócz kolejnego uczucia ulgi, że przeżyła, zaczęłam rozpaczliwie szukać profesjonalnej pomocy. Nie wystarczyło, że żyje, liczyło się, jak żyje.

Domyślny opis zdjęcia na stronę główną Shutterstock.com
Podziel się

Kiedy nastąpiła druga próba samobójcza?
Prawie rok temu. Od 10 miesięcy córka jest w trakcie terapii. Myślę, że konfrontacja ze szkołą baletową przy okazji śmierci Mai była dla niej początkiem wyzwalania się z trudnych wspomnień. Kolejnym krokiem było przeczytanie wywiadów z Natalią Wojciechowską, następnie spotkanie z koleżankami z dawnej szkoły i autoryzowanie mojej wypowiedzi o niej do "Tygodnika Powszechnego".

Poczułam, że zaczęła powoli uwalniać się od przeszłości i walczyć o siebie. Ja też już oswoiłam się z jej chorobą. Widzę, że przez lata była osamotniona i niezdolna do wyrażenia swojego cierpienia. Pamiętam, jak z okazji rozpoczęcia i zakończenia roku szkolnego czy Święta Niepodległości chodziłam z córką, jej klasą i całą szkołą baletową na msze do katedry św. Jana na Starówce. Wciąż się wstydzę za hipokryzję dorosłych.

Co mogą myśleć uczniowie o szkole, która swoje przestarzałe metody tresowania dzieci pieczętuje wspólną mszą w katedrze? I co o naiwnych, niczego nieświadomych rodzicach, którzy się na to godzą? Chciałabym kiedyś pójść z moimi dziećmi na mszę za wszystkie dzieci cierpiące przez szkołę baletową, muszę o tym pomyśleć.

"Balet, który niszczy. Traumatycznie historie ze szkół baletowych" do księgarni trafił 24 kwietnia 2019 roku.

Materiały prasowe
Podziel się
Qaqwqwrqw
Qaqwqwrqw
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.

Qaqwqwrqw