Trwa ładowanie...
felieton
26-04-2010 13:38

Alterbiografia Philipa Rotha

Roth wspomina tu swoje dzieciństwo przeżyte pod prezydenturą antysemity Charlesa Lindbergha, w Stanach Zjednoczonych przystępujących do sojuszu z Hitlerem.

Alterbiografia Philipa RothaŹródło: Inne
d21yfmx
d21yfmx

Dzieciństwo pełni szczególną funkcję w kulturze amerykańskiej. Trudno mi sobie przypomnieć amerykańską biografię, która nie byłaby ufundowana na jakimś szczególnym, często traumatycznym zdarzeniu z dzieciństwa; owo zdarzenie powraca echem przez całe życie, ba – jedynie ono je tłumaczy. Prostactwo podobnego zabiegu najwyraźniej widać w filmach: klucz do niezwykłego życiorysu leży zawsze w jego początkach i podany on musi zostać na tacy. Trend ciągnie się od Obywatela Kane do ostatnich biografii Howarda Hughesa czy Raya Charlesa. Zresztą widzimy to prawie w każdym filmie: gdy przychodzi do obowiązkowej sceny zwierzeń, postaci nieodmiennie zaczynają opowieść o swoich rozterkach od wspomnienia z dzieciństwa: ojciec się upił i zapomniał zabrać je na mecz baseballa, szkolny łobuz spuścił im manto na oczach dziewcząt, dziadek zabrał na ryby, gdzie zdradził Mądrość Życiową itp. – to wyjaśnia wszystko.
Poraża determinizm psychologiczny leżący u podstaw takiej wizji człowieka. Nie dziwota, że psychoanalityk stał się ikoną amerykańskiej popkultury. Tę specyfikę widać zwłaszcza w kontraście z literaturą słowiańską, rosyjską. Dla Rosjan człowiek to Tajemnica, w której maczał palce Bóg. Bohater Dostojewskiego może całe życie strwonić na wódce, dziwkach i łotrostwach, by wtem walnąć łbem o krzyż i skazać się na najcięższą pokutę. Dlaczego? Sam nie wie i miota się w tej niewiedzy przed czytelnikiem; i w tym jest najbardziej wiarygodny, najbardziej ludzki. Dla Amerykanów człowiek to nakręcany robot, mechanizm wykonujący wpisany weń algorytm – a kiedy najgłębiej się człowieka programuje? Na początku, w dzieciństwie.
Spisek przeciwko Ameryce Philipa Rotha jest więc czymś więcej niż prostą zabawą historią alternatywną: Roth wspomina tu swoje dzieciństwo przeżyte pod prezydenturą antysemity Charlesa Lindbergha, w Stanach Zjednoczonych przystępujących do sojuszu z Hitlerem.
Lindbergha kojarzymy jako pioniera awioniki, także ze słynnej sprawy porwania dziecka; Lindbergh jednak wymieniany był przez krótki okres jako republikański kontrkandydat dla startującego do trzeciej kadencji Roosevelta. Istotnie wygłaszał antysemickie przemówienia (jedno Roth przytacza w całości); hitlerowcy istotnie uhonorowali go wysokim odznaczeniem. W retoryce politycznej uciekał się do prostych haseł izolacjonistycznych: „Żydzi chcą posłać na wojnę naszych synów” itp. W dzieciństwie Rotha wygrał on wybory dzięki hasłu: „Wybierz Lindbergha lub wojnę”.
Dla rodziny, przyjaciół i całego żydowskiego sąsiedztwa Rothów jest to jak przebudzenie w koszmarze. Co strachliwsi planują z miejsca emigrację do Kanady. Ale żaden prezydent USA nie może w zgodzie z prawem realizować doktryny antysemityzmu. Następuje wszakże tzw. „zmiana nastrojów społecznych”. Stopniowo coraz bardziej uciążliwie, kosztownie i niebezpiecznie jest być Żydem w Ameryce. Powiązani z rządem pracodawcy wysyłają ich na wieś, między Dobrych Chrześcijan. Nachodzą ich agenci FBI. Hotele wycofują im rezerwacje. A Philip Roth ogląda to wszystko oczyma dziecka.
Niesamowite wrażenie robi zakorzenienie szczerej „autobiografii” Rotha w realiach alternatywnej historii. To jest w Spisku najlepsze: obserwacje psychologiczne, wyznania osobiste, zapamiętane szczegóły z życia rodzinnego („zbyt prawdziwe, by mogły być zmyślonymi”) i w ogóle: z życia żydowskiego dziecka w owym czasie w New Jersey – gdy prezydentem był Charles Lindbergh. Im bliższy jest codzienności zwykłych ludzi pod butem Historii, tym jest Roth lepszy; im wyżej idzie w politykę, tym bardziej nieporadnie i komiksowo wygląda opowieść.
Nie posiadając doświadczenia w prowadzeniu fabuły w światach fikcyjnych, wpada autor np. w pułapkę niekoniecznych objaśnień. Komukolwiek się ów alternatywny Philip Roth spowiada, zna on przecież doskonale podstawowe fakty o prezydenturze Lindbergha – podobnie jak my wiemy, iż 13 grudnia 1981 roku Jaruzelski zaprowadził w Polsce stan wojenny.
Zastanawiałem się bowiem, jak przetłumaczyć tę amerykańską do szpiku kości alterbiografię na emocjonalny kod Polaków. Szukałem klucza do życiorysów dzisiejszych 30-40-latków i oczywiście pomyślałem o stanie wojennym. A czy w ogóle powstała polska powieść o dzieciństwie pod znakiem WRON-y? Nie wspomnę już o bardziej ambitnych projektach literackich, tj. np. powieści o dzieciństwie w latach 80-tych, w których NIE wprowadzono stanu wojennego. Ale współczesna polska literatura składa się głównie z białych plam.
Z finału Lindberghowej awantury oraz z dygresji na temat zdarzeń późniejszych poznajemy, iż według Rotha wykolejona Historia bardzo szybko wskakuje z powrotem na tory i realizuje się dalej w „naszej” wersji, jak gdyby nic się nie stało – aż do takich szczegółów jak zabójstwo Roberta Kennedy’ego, by nie wspomnieć o samym przebiegu II wojny światowej. Jest to absurd od dawna powielany przez autorów historii alternatywnych, i to z lenistwa: łatwiej przepisać znaną chronologię i skopiować realia zza okna, niż przeprowadzić konsekwentną ekstrapolację zmian we wszystkich dziedzinach.
A przecież nawet jeśli odmówimy Historii jako takiej podobieństwa do procesów nieliniowych, chaotycznych, to nikt nie zaprzeczy, iż procesy nieliniowe są Historii kluczowymi składnikami: pogoda, gospodarka, wreszcie perturbacje ludzkiej psychiki (w tym psychiki decydentów, polityków). Wyobrażenie, iż wszystkie one potem się cofną i samowymażą, ma tyleż sensu, co model huraganu przynoszącego z powrotem do dłoni rozwiane po polu nasiona. Bez uzasadnienia sięgającego w metafizykę (Asimov zaproponował ongi teorię Historii-gumy) nie da się takich książek obronić.
To jednak jest ułomność „techniczna”. Tymczasem na ostatnich sześćdziesięciu stronach coś dziwnego dzieje się z powieścią, rozpada się ona Rothowi na poziomie struktury narracyjnej, fabuły, również konstrukcji alternatywnej historii. Zamiast przemyślanego finału, dostajemy składankę przemieszanych elementów pochodzących z najróżniejszych konwencji. Cały faszystowski zamach stanu pokazuje Roth w urywkach z kronik filmowych, na wciśniętym fast forward.
Wygląda to omal tak, jakby doprowadziwszy opowieść do momentu, w którym już musi na dobre zaprowadzić nazizm i rozpętać antysemityzm w USA, Roth uderzył w ścianę: żaden logiczny, wiarygodny scenariusz takiego rozwoju zdarzeń nie przychodził mu do głowy. A nie mógł się cofnąć w pół zrealizowanego konceptu, cały pomysł zasadza się na zamierzonym szoku: że Stany Zjednoczone mogły podążyć drogą Trzeciej Rzeszy, GDYBY.
Ale czy rzeczywiście mogły? Historie alternatywne są z definicji nieweryfikowalne, jednak pewne wersje dziejów łatwiej uwiarygodnić niż inne; to też o czymś świadczy. A lektura powieści Rotha pozostawia wrażenie, iż antysemityzm to coś w rodzaju plagi pozaziemskiej, tajemniczego wirusa, który uderza wtem to tu, to tam, by, jak w kiczowatych horrorach, obrócić w kilka dni populacje całych miasteczek, hrabstw i metropolii w stada odmóżdżonych zombies, napędzanych jedynie bezrozumnym pragnieniem mordowania Żydów. Bohater buduje sobie nawet takie wyobrażenie: antysemityzm przepływający rurami, wylewający się z nich brudną mazią i zarażający mieszkańców New Jersey i Nowego Jorku. Ale bohater to kilkuletnie dziecko – a Roth przedstawia zdarzenia prowadzące do zamachu stanu i potem klęskę zamachowców według schematu niewiele bardziej skomplikowanego; dość powiedzieć, że wojsko i FBI wypowiadają posłuszeństwo legalnej władzy po radiowym przemówieniu Pierwszej Damy.
Pstryk, antysemityzm wybucha w głowach chrześcijan, pstryk, antysemityzm z chrześcijan wychodzi. To już Szczypiorski w Mszy za miasto Arras większą przenikliwością się wykazał.
Lecz może nie jest to skutkiem niedostaku umiejętności pisarskich Rotha. Być może zbudowanie wiarygodnego scenariusza antysemityzmu napotyka tu trudności fundamentalne, obnaża sprzeczność aksjomatów stanowiących podświadomą podstawę wielu argumentacji i stereotypów funkcjonujących także w polskim dyskursie kulturowym i politycznym. Intelektualiści tak wykarykaturzyli i odczłowieczyli figurę antysemity, że niemożliwa stała się dla nich jakakolwiek z nim empatia, próba wejścia w jego skórę, „współczucia” choćby w sensie literackim. Toż łatwiej zrozumieć i „wyjaśnić” świat widziany oczyma seryjnego mordercy, pedofila, nawet islamskiego terrorysty. Poczucie obcości tych intelektualistów wobec antysemitów przyrównać można właśnie tylko do poczucia obcości wobec jakichś potworów z kosmosu: są to nie-ludzie, ergo człowiek ich nie zrozumie. I lepiej, żeby nie próbował – jeszcze się od nich ZARAZI.
Długo nie potrafiłem rozpoznać, dlaczego podczas lektury powraca poczucie sztuczności, wtórności stylu, świetnego przecież. Nareszcie pomogło – znowu – skojarzenie filmowe. Gdy w hollywoodzkich filmach słyszymy cytaty z książek, zazwyczaj jest to narracja z offu w kryminale (w 99% stanowiąca zamierzoną lub niezamierzoną parodię Chandlera) lub cytat z pisanej przez bohatera Wielkiej Amerykańskiej Powieści. Owo popkulturowe wyobrażenie stylu wysokiej literatury jest bardzo charakterystyczne: długie, wielokrotnie złożone zdania z licznymi przymiotnikami opisującymi wrażenia zmysłowe; rozbudowane porównania; wtręty pierwszoosobowych refleksji; a także frazy-klucze: „I wtedy zrozumiałem”, „Owego dnia poczułem” itp. Otóż fragmentami Roth zbliża się w Spisku do tego wzorca filmowej hiperliterackości. Zapewne kryje się za tym jakaś autoironia – w końcu większość krytyków za Atlantykiem istotnie rozpoznaje Wielką Amerykańską Powieść w ostatnich dziełach Rotha: Amerykańskiej sielance, Wyszłam za komunistę,
Ludzkiej skazie.
Co więc chciał on przekazać, publikując po nich taką alterbiografię? (A siebie samego jako bohatera fikcji wykorzystywał już chociażby w Operation Shylock). Jaką prawdę dorosłego Philipa Rotha opowiada, zwierzając się z dzieciństwa przeżytego w faszystowskich USA? Amerykańscy recenzenci oczywiście dopisują do Spisku przesłanie antybushowskie, ale myślę, że uwarunkowanie jest głębsze. Być może po prostu dla Rotha fakt, iż Stany Zjednoczone nigdy nie prowadziły oficjalnej polityki prześladowania Żydów ma mniejsze znaczenie od jego szczerej pamięci, iż tak właśnie się w dzieciństwie czuł. Historia nieziszczona bliższa jest tu prawdzie zaprogramowanej wówczas w pisarzu.
My, całe dorosłe życie spędzający między McDonald’sami i hipermarketami, z paszportami w kieszeniach – czy jeszcze pamiętamy dzieciństwo stanu wojennego? czy szara beznadzieja jaruzelszczyzny wydaje nam się w ogóle realną? Z innej historii pochodzimy.
Czas pisać autobiografie prawdziwsze od prawdziwych.

d21yfmx
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d21yfmx