Trwa ładowanie...
d1poq7a

Warszawskie kobiety przeszły przez piekło. Obok tych historii zwyczajnie nie da się przejść obojętnie

Ostatnie słowa, które Sławka usłyszała od umierającego kolegi? "Pomścijcie mnie". Halina rodziła tuż przed wybuchem Powstania. Z maluchem ukrywała się potem w piwnicach. Walczyły, wychowywały dzieci, pomagały rannym. Przeżyły.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Zdjęcie opublikowano w książce "Dziewczyny z Powstania" Anny Herbich. Na fotografii: Halina Jędrzejewska
Zdjęcie opublikowano w książce "Dziewczyny z Powstania" Anny Herbich. Na fotografii: Halina Jędrzejewska (Archiwum prywatne)
d1poq7a

Cztery lata temu Anna Herbich zebrała i opublikowała historie kobiet, które przeżyły Powstanie Warszawskie. "Dziewczyny z Powstania" to jedna z najbardziej wzruszających, przerażających i uświadamiających książek o losie kobiet w sierpniu 1944 roku. - Niestety, w historii pisanej przez mężczyzn i dla mężczyzn nie poświęcono ich przeżyciom tyle miejsca, na ile zasługiwały – pisze Herbich w prologu.

Jej książka nigdy się nie zestarzeje. Nie ma lepszego momentu, by opowiedzieć o Polkach, do których dotarła Herbich. To prawdziwe bohaterki, którym powinno się postawić pomnik.

Zobacz też: Powstaniec ma jedno, proste marzenie. Możecie pomóc je spełnić

Halina, pseudonim "Sławka"

Granatniki, moździerze, kanonada z broni maszynowej, eksplozje, rozpadające się co chwilę budynki. Jeden wielki huk i chaos. I nagle Halina Jędrzejewska słyszy w tym tumulcie wołanie: "Sanitariuszka!". Od tej sceny wspomina to, co działo się podczas Powstania Warszawskiego. To był dokładnie 10 dzień walk. Przyznaje, że tych wydarzeń nie zapomni do końca życia.

d1poq7a

Sławka biegła razem z powstańcami. Udało jej się doczołgać do rannego kolegi – Tadeusza Araka "Mściwoja". Miał ogromną ranę na plecach. – Widziałam przez tę dziurę pulsujące organy wewnętrzne – opisuje. "Sławce" udało się go przełożyć z kolegami na nosze. Czterech powstańców i ona jedna sanitariuszka nieśli rannego w stronę szpitala. Wtedy kilka kroków od nich uderzył pocisk. Mogła uciekać. Powiedzieć sobie, że ten na noszach – a właściwie na kocu – i tak nie przeżyje. Ale została przy nim. Zawołała trzech mężczyzn, cywilów, żeby jej pomogli. Nieśli rannego powstańca do chwili, gdy usłyszeli strzelających Niemców.

- Pociski rozpryskiwały się niemal przed naszym nosem. I ku mojemu przerażeniu cywile położyli Tadka na ziemi i oświadczyli, że dalej nie idą – opowiada. - Sama nie wiem, co we mnie wtedy wstąpiło, po prostu się wściekłam. Wyszarpnęłam zza paska mały pistolet, który dostałam od zastępcy dowódcy naszego plutonu parę godzin przed natarciem. Odbezpieczyłam broń i wycelowałam w nich. "Albo go niesiecie, albo strzelam w łeb", powiedziałam – wyznaje.

- Czy gdyby wtedy nie posłuchali, to bym strzeliła? Tak, strzeliłabym. Są bowiem w życiu takie sytuacje, w których człowiek jest zdeterminowany i gotowy na wszystko. Wojna jest bez wątpienia jedną z nich. Ten biedny chłopak konał, a ja miałam go ratować. Za wszelką cenę. Taki miałam rozkaz i obowiązek. A to dla żołnierza Armii Krajowej były rzeczy święte – przyznaje.

Ranny dzięki niej trafił do szpitala. Powoli umierał, gdy nad nim stanęła. Powiedział jej tylko: "Pozdrów kolegów… Pomścijcie mnie".

d1poq7a

Przed wojną była harcerką. Mówi, że właśnie tak "wsiąkła w konspirację". Matura na tajnych kompletach, koleżanki maltretowane przez gestapo, antynazistowskie ulotki w domu – tak wyglądało jej życie. Opowiada, że w domu nikt nie używał górnolotnych słów, takich jak: ojczyzna, patriotyzm, honor – bo "to się rozumiało samo przez się". Dlatego nie wahała się ani chwili, by przystąpić do Powstania. I nie zrezygnowała nawet wtedy, gdy ktoś powiedział jej, że jej bliscy zostali zamordowani podczas zbiorowej egzekucji cywilów. Dopiero po pół roku dowiedziała się, że mamie i siostrze udało się uratować przed rozstrzałem.

Halinka

- To był mój pierwszy poród, było więc bardzo ciężko. Nie chodziłam oczywiście wcześniej do żadnej szkoły rodzenia, nie miałam znieczulenia. Wtedy nie było takich udogodnień. Całe szczęście jednak jakoś się udało. Usłyszałam dziecięcy krzyk. Ogarnęło mnie uczucie ulgi i potworne wyczerpanie. Urodziłam syna, Stanisława. Był zdrowy. Nie wybrał sobie jednak najlepszego momentu do przyjścia na świat. Była bowiem pierwsza po południu 1 sierpnia 1944 roku. Cztery godziny do godziny "W" – opowiada Halina Wiśniewska.

Dla kobiet poród to wyjątkowe wydarzenie. Nierzadko bardzo ciężkie. A potem jeszcze połóg… Halina swój pamięta doskonale, bo leżała wtedy w piwnicy – przytulona do zimnej ściany, z dzieckiem na rękach, otoczona sąsiadami, którzy też próbowali ukryć się przed ostrzałem.

d1poq7a

Opowiada w "Dziewczynach z Powstania": - W ciągu dnia Staś był zawinięty w chustę w kratę, trzymałam go przy sobie na rękach. W pewnym momencie obok zawalił się dom i ludzie stamtąd uciekli do naszej piwnicy. Gdy wpadli, myślałam, że nas stratują. Krzyk, ścisk, płacz, tumult, przekleństwa i złorzeczenia. To był jakiś szał. Trzymałam dziecko, ale nikogo to nie obchodziło. Przerażeni ludzie pchali się na mnie i w końcu docisnęli mnie do ściany. Po prostu nas zgnietli! Spojrzałam na Stasia i włosy na głowie stanęły mi dęba. Był bezwładny, miał otwarte usta, nie oddychał. Patrzyłam na to ze zdumieniem, nie wierząc. Całe szczęście obok była Julia, która zareagowała błyskawicznie. Chwyciła Stasia i kilkoma susami znalazła się na podwórku. Wybiegłam za nią. Julia trzęsła nim, zatykała mu nos, szczypała go w policzki, w końcu zaczęła bić go po twarzy. Nagle zachłysnął się powietrzem i otworzył oczy. Do dzisiaj nie wiem, jakim cudem mój synek to wszystko przeżył. Przecież w Powstaniu umarło tyle dzieci.

   Archiwum prywatne

Jak traktowali ją inni ludzie? - Na samym początku dopytywali o dziecko, współczuli, wspierali. Później byli już obojętni. Każdy chciał ratować tylko siebie. Każdy musiał zdobywać jedzenie i jeśli mu się udało, zjadał je gdzieś ukradkiem w kącie. Byle tylko inni nie widzieli. To była walka o życie, w której wielu ludzi zamieniło się w zwierzęta. Osaczone, złe. Solidarność w piwnicach? Przykro to mówić, ale takie zjawisko nie występowało – opowiada.

Bohaterki nie tylko walczyły w Powstaniu. Bohaterki trzymały na rękach dzieci, gdy dookoła spadały bomby. Mąż Haliny uczestniczył aktywnie w Powstaniu - trafił do niewoli i wrócił do żony dopiero rok po Powstaniu. Ona próbowała za wszelką cenę przetrwać razem z synkiem. Spała z nim na gazetach w piwnicy, karmiła tym, co udało się zdobyć: cukrem, rodzynkami, mlekiem. Gdy rozmawiała z nią Anna Herbich, szykowała się właśnie na jego urodziny. Stanisław kończył 70 lat.

d1poq7a

Zosia

- Wszystko najlepsze, co mnie spotkało w życiu, zdarzyło się w Warszawie. Sukcesy, praca, wielka miłość. A w tle wojna, okupacja, Powstanie Warszawskie. Byłam jeszcze młoda, wydawało mi się, że całe życie przede mną. Po wojnie zdałam sobie sprawę, że choć nie skończyłam jeszcze dwudziestu lat, najlepsze mam niestety za sobą – opowiada w książce Zofia Radecka.

Do konspiracji trafiła dzięki nauczycielce gimnastyki, która wybrane uczennice werbowała do tajnego harcerstwa. Zofia przeszła szkolenie z pierwszej pomocy, z łączności. W konspiracji poznała swoją wielką miłość – Kazika.

- Poległ 27 sierpnia przy klasztorze Nazaretanek. Gdy ja byłam zaledwie dwie ulice dalej. O jego śmierci dowiedziałam się dopiero po wojnie. Jak zginął? Słyszałam tyle różnych wersji… Podobno biegł na przedzie oddziału, a przecież jako dowódca wcale nie musiał. Tam miały dosięgnąć go kule wroga. Czasami zastanawiam się, czy jego śmierci nie spowodowała przypadkiem wiadomość ode mnie przekazana przez kolegę. Może próbował się do mnie przebić? Nigdy się tego już nie dowiem. Nie można było nawet zabrać jego ciała. Spłonęło do ostatniej kości – opowiada otwarcie Zofia.

Dlaczego bohaterka? Razem z kilkoma innymi łączniczkami z Powstania trafiła do więzienia. Gestapo próbowało ją przesłuchać, wydobyć jakiekolwiek informacje. A ona tylko powtarzała, że na ulicy zgarnięto ją przypadkiem.

d1poq7a

- W pewnym momencie śledczy, gdy po raz kolejny zapewniłam, że nie byłam członkiem żadnej organizacji, stwierdził: "Takiej, która nigdzie nie należała, w czasie gdy cała młodzież walczyła z hitlerowcami, należy plunąć w twarz". Była to prowokacja. Chciał, żebym się przyznała. Rzeczywiście były takie chwile, gdy chciałam przerwać ten koszmar. Wykrzyczeć im całą prawdę. Że byłam w Armii Krajowej. Że walczyłam w Powstaniu Warszawskim. Że jestem z tego dumna. Niech robią ze mną, co chcą. Byłam brudna, głodna, zawszona, zrezygnowana. Czarna rozpacz. Dowiedziałam się, że moja siostra, która poszła mnie szukać, wpadła w założony w mieszkaniu ubecki kocioł i siedzi w innej celi. Wyobrażałam sobie, co musi przeżywać biedna mama - wspomina.

Teresa

Była sanitariuszką na Starówce. Dokładnie pamięta dziewczynkę w objęciach mamy. Mała nie miała obu rąk i nóg. "Mamusiu, jak to strasznie boli" – powtarzała. Jej mama błagała Teresę, by ta podała dziewczynce morfinę. Pamięta też dokładnie młodą parę – zostali ranni krótko po swoim powstańczym ślubie. - Ona miała kilkanaście lat, on może ze dwadzieścia. Pamiętam, że była bardzo drobna, chudziutka. Kiedy do nich dotarłam, leżeli już na noszach. Koledzy położyli ich obok siebie, żeby mogli trzymać się za ręce. Wiadomo było, że oboje tego nie przeżyją – wspomina Teresa Łatyńska.

Powstanie zmusiło ją do walki, a dopiero miesiąc wcześniej skończyła maturę. Dziś nikt z nas sobie tego nie jest w stanie wyobrazić. Autorka książki pyta Teresę, czy się bała. Odpowiedź kobiety może zaskoczyć: - Oczywiście, że nie. Nikt z nas się nie bał. Czekaliśmy na Powstanie z niecierpliwością. Odczuwaliśmy raczej podekscytowanie niż strach. Szykowano nas przez kilka lat do walki i ta walka teraz miała nastąpić.

   Archiwum prywatne

Pod koniec sierpnia 1944 roku oddział, w którym służyła Teresa, zarządził ewakuację kanałami do Śródmieścia. - Ktoś, kto nie był wtedy na dole, nigdy tego nie zrozumie. To, co teraz opowiem, nie będzie w stanie oddać naszych uczuć, tego, co przeżyliśmy w tych czeluściach. Oddać tego po prostu się nie da. Mogę tylko spróbować się do tego zbliżyć. Dać pewne wyobrażenie. Otóż pierwsze uczucie to było obrzydzenie. Gdy znalazłam się we włazie, wyczułam pod nogami szczebelki metalowej drabinki. W dole szumiała jakaś mętna ciecz. Zeszłam na dół i miałam tę ciecz po kolana. Zapach? Lepiej nie mówić. Przede mną do włazu wszedł jakiś żołnierz, który zabrał ze sobą do Śródmieścia kolegę cywila. Ten człowiek tak bardzo bał się kanału, że dostał ataku histerii – wspomina.

d1poq7a

Kapitulacja była dla niej „wielkim nieszczęściem”.

I opisuje: - Niektórzy ludzie w momencie kapitulacji zachowywali się dziwnie. Niektóre dziewczyny przed wymarszem z Warszawy zaczęły na przykład buszować po piwnicach i wyciągać z nich futra. Nas zebrał Eugeniusz Konopacki "Trzaska". Pytał każdego, czy ma w Warszawie rodzinę. Kiedy podszedł do mnie, powiedziałam mu, że mam tu babkę. „To maszeruj do babki” – rozkazał. A ja tak bardzo chciałam iść ze wszystkimi do niewoli.

Dora

Jej ojcem był Mieczysław Gutowski – major Wojska Polskiego zamordowany strzałem w tył głowy w Katyniu. Gdy Niemcy zajęli Warszawę, Janina Rożecka zapisała się na tajne komplety. Zdała podziemną maturę, w 1941 roku działała już jako "Dora" w szeregach konspiracji. Zaczęła pracować dla szpitala. Odwiedzała getto i przynosiła potrzebującym jedzenie. W końcu i medykom zabroniono tam wstępu. Udawało się tylko Irenie Sendlerowej, jak wspomina. Dora ukończyła jako jedna z niewielu kobiet Szkołę Podchorążych Armii Krajowej, ale w czasie Powstania pracowała jako sanitariuszka w Zgrupowaniu "Żywiciel".

Wspomina w "Dziewczynach z Powstania": - Do moich obowiązków należało asystowanie przy operacjach. Któregoś dnia przyniesiono nam chłopaka, który był ranny w nogę. Pamiętam, że miał pseudonim "Karol". Lekarze naradzili się i postanowili, że trzeba nogę amputować. A chłopak zaledwie dwudziestoletni. Siedział przerażony. Rozpoczęła się operacja i… kazano mi trzymać tę odcinaną nogę. (…) Operacja się skończyła, a ja dalej – jak zdrętwiała – trzymałam w rękach tę nogę. Już odpiłowaną. Byłam chyba w szoku. Wtedy lekarz, który znany był ze swojej niedelikatności i wymyślania dziewczynom od największych idiotek, kopnął mnie i powiedział, żebym się z tą nogą wynosiła.

   Archiwum prywatne

Była w szoku i nogę rzuciła na ziemię. Tak ją zostawiła. Wróciła po nią następnego dnia i pochowała. Potem amputacje były już na porządku dziennym. Janina uratowała dziesiątki rannych. Niektórych wyciągnęła prosto z wagonów, które jechały do obozów koncentracyjnych. Po wojnie nie mogła dostać pracy – za karę, że była sanitariuszką w AK w czasie powstania.

Te najgorsze lata "jakoś przeżyła" – jak mówi. Pracę znalazła w szkole, w której pracuje do dziś. Tam uczyła się jako dziecko, teraz uczy inne dzieci. Janina zaangażowała się także w ekshumacje ofiar Powstania. Mówi, że dopiero wtedy zrozumiała, jak niewiele zabrakło, żeby i ona znalazła się pośród zabitych.

- Podczas samego Powstania zbyt dużo się działo, nie miałam czasu myśleć o śmierci, o niebezpieczeństwie. Dotarło to do mnie dopiero później, podobnie jak to, że podczas tej wojny nic nie zostało mojej rodzinie oszczędzone. Ojciec został zamordowany przez Sowietów, my przeszłyśmy przez piekło Powstania. Czy było warto? Mimo tego wszystkiego, co się stało, odpowiadam bez wahania – tak. Było warto. Dlaczego? Aby to zrozumieć, wystarczy rozejrzeć się wokół siebie – mówi.

   Materiały prasowe
d1poq7a

Podziel się opinią

Share

d1poq7a

d1poq7a