Trwa ładowanie...
d33qtkc
Recenzje

Skutecznie podkolorowane oblicza literatów

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
(Inne)
d33qtkc

Póki nie narodziło się dziennikarstwo tabloidowe, życie prywatne artystów – w tym pisarzy i poetów – dla większości populacji było tajemnicą. Owszem, pojawiło się czasem w prasie zdjęcie jakiegoś „naszego wielkiego pisarza z rodziną”, lecz tak naprawdę dopiero po śmierci pozaliterackie koleje losu danej postaci stawały się znane ogółowi społeczeństwa. Biografowie starali się jednak kłaść nacisk na to, co w życiu zmarłego twórcy było piękne, chwalebne, w najgorszym razie zabawne (jak owa słynna anegdotka o uczniu Mickiewiczu, dla kawału podpowiadającym koledze bezsensowny wierszyk o diable siedzącym na daszku, która to zapewne wielu ludziom zapadła w pamięć bardziej, niż na przykład data ślubu wieszcza czy też kolejność wydania jego dzieł), a przemilczać wyskoki, skandale i niepochlebne opinie współczesnych.

Już w pierwszej połowie naszego wieku Boy nawoływał do „odbrązowienia” sławnych – ukazania ich takimi, jakimi byli jako ludzie, ze wszystkimi ich dziwactwami, ułomnościami, skazami charakteru, nieprzemyślanymi lub zgoła niechlubnymi postępkami. Sukcesywnie też ukazywało się coraz więcej biografii, których autorzy potrafili tego dokonać, nie popadając w drugą skrajność, to jest w węszenie sensacji tam, gdzie jej nie ma, powtarzanie plotek z trzeciej ręki i roztrząsanie każdej przywary portretowanej postaci w aurze niemal równoważnej ze stwierdzeniem: „mniejsza o to, co napisał/zagrał/namalował etc., patrzcie tylko, jakim był paskudnym człowiekiem!”. Kto od czytania tego gatunku nie stroni, potrafi z pewnością przytoczyć kilka czy kilkadziesiąt tego rodzaju tytułów. Trochę więc dziwi stwierdzenie autora wstępu do „Pisanych żyć”**– włoskiego znawcy literatury hiszpańskiej Elide Pittarella, profesora uniwersytetu Ca' Foscari w Wenecji – że „przemilczanym celem konwencjonalnych biografii jest moralizowanie
poprzez dobre chęci”; może sto lat temu, ale dziś? Powiada przy tym Pittarello, że „podręczniki i słowniki historii literatury byłyby bez wątpienia znacznie bardziej interesujące – oraz oczywiście skuteczniejsze – gdyby zawierały biografie takie jak te przedstawione przez Javiera Maríasa w „Pisanych życiach”, gdzie uwalnia z definitywnej, choć prestiżowej mumifikacji pisarzy (…)”. Trudno się nie oprzeć takiej zachęcie do lektury; zobaczmy więc, czy – a jeśli tak, to do jakiego stopnia – dzieło hiszpańskiego pisarza może wyręczyć podręcznik lub słownik w dostarczaniu nam wiedzy o literaturze i jej twórcach.

Czy wiemy, kogo wyrzucono z pracy na poczcie za wynoszenie na śmietnik nieotwartych worków z korespondencją? Czyja żona otrzymywała od małżonka obsceniczne listy, trącące pornografią, ba, nie dość tego, koprofilią? Kto się trzykrotnie kłaniał, ujrzawszy księżyc w nowiu? Kogo pochowano z pierścieniem zdobnym w kamień, który „był zielony, ale nie był szmaragdem”? Czyja babka zabiła sługę, wpierw waląc go polanem w głowę, a następnie kładąc mu na twarzy poduszkę i siadając na niej, a czyj dziadek z głodu spożył litewskiego psa? Kto znienawidził jednego z kolegów po piórze, gdy ów przyjął go w szlafroku, dla drugiego natomiast zapałał uwielbieniem za to, że podejmował go obiadem „w towarzystwie nagiej kobiety w masce”? Czyim zwyczajem było zapisywać „w notesie tytuły oglądanych filmów (dwóch lub trzech tygodniowo) opatrzone jednym przymiotnikiem”? Kto „nigdy nie zmieniał ubrań, w związku z czym okropnie śmierdział” i „w łóżkach, w których zdarzało mu się sypiać, zostawiał kolonie wszy”, a kto „przy swoim
pierwszym wytrysku przyglądał się reprodukcji torsu świętego Sebastiana przeszytego kilkoma strzałami”? Czyja „ręka (…) była miękka jak poduszka, a raczej pulchna jak wyrobiona plastelina i nieco tłustawa, więc człowiek odnosił wrażenie, że się pobrudził, podając mu dłoń”?...

Jeśli pozyskanie tego rodzaju wiedzy ma w nas wzbudzić zainteresowanie literaturą (bo chyba to ma oznaczać użyte przez Pittarella słowo „skuteczniejsze”) to, rzeczywiście, „Pisane życia” nie miną się z celem. Jednakże czy nie jest ona bliższa wiedzy rozpowszechnianej przez tanie i kolorowe czasopisma, donoszące z satysfakcją, że pisarz Narcyz G. zapłacił grzywnę za zanieczyszczanie miejsca publicznego w stanie nietrzeźwym, zaś poeta Edwin Ż. rozstał się z żoną, przeprowadzając się do dziennikarki Hildegardy P. z jedną tylko walizką, do której spakował butelkę Moet et Chandon rocznik 1975 i komplet kieliszków (personalia i zdarzenia oczywiście zmyślone – przyp. rec.)? Gdyby jeszcze rzeczywiście podawane przez Maríasa „demumifikujące” informacje były tylko elementami prawdziwych biografii, można by nie zwątpić w szczytną misję przybliżenia czytelnikowi literackiego Parnasu nieokutego w brąz i nieosnutego zapachem kadzidła. Tylko… zastanówmy się… ileż rzetelnych biografii da się upchnąć w trzystustronicowym
tomie, skoro np. „Shakespeare: Stwarzanie świata” Greenblatta zajmuje stron plus minus 400, a „Adam Mickiewicz. Życie romantyka” Koropeckiego 568, i to znacznie większego formatu? W książce Maríasa tekstów poświęconych indywidualnym postaciom (bo są i dwa inne, jeden zawierający analizę rysów twarzy, min i gestów pisarzy utrwalonych na trzydziestu paru fotografiach, drugi – krótki felieton o przyjaźni na odległość, łączącej Flauberta i Turgieniewa) jest dwadzieścia kilka. Mieszczą się na dwustu kilkunastu stronach; jeśli odliczymy od tego strony tytułowe i całostronicowe ilustracje, na jeden portretowany obiekt wypadnie średnio 7 stroniczek, na których czasami nie ma ani słowa na temat jego twórczości, ani jednego tytułu, cytatu, odwołania. Nie są to więc ani sensu stricto biografie, ani też skrócone biogramy (takie, jakich szukalibyśmy w słowniku historii literatury), raczej szkice czy eseje, których tematem są luźno dobrane zdarzenia z życia bohaterów i/lub opinie innych na ich temat.

No właśnie… tylko czy na pewno są to zdarzenia z ich życia, jeśli sam autor pisze: „choć nie ma w nich w zasadzie nic wymyślonego (to znaczy fikcyjnego od początku do końca), to bywają zdarzenia albo anegdoty ‘podkolorowane’.(…) Dla podejrzliwego czytelnika, który chciałby potwierdzić niektóre dane albo odkryć ‘podkolorowanie’, załączam na koniec bibliografię, acz większość tytułów raczej trudno będzie mu zdobyć”. No, ładnie! Innymi słowy: „pobawię się z tobą, czytelniku, w kotka i myszkę – sam dojdź, czy i gdzie napisałem prawdę”. W jednym miejscu da się odkryć oczywiste zmyślenie bez użycia owej trudnej do zdobycia bibliografii: „zaraz po urodzeniu pielęgniarka włożyła go [mniejsza o to, kogo, nie ma to znaczenia dla jakości informacji – przyp.rec.] na chwilę do szuflady, żeby pójść po pieluchy. Gdy wróciła, okazało się, że dziecka już nie było w szufladzie, lecz kierowało się na czworaka w kierunku drzwi (…)”; nie trzeba się znać na literaturze, wystarczy mieć tylko elementarną wiedzę o fizjologii
człowieka, by wiedzieć, że nawet noworodek zapowiadający się na genialnego twórcę nie zdoła się sam obrócić na bok, a cóż dopiero wydostać się z szuflady, po czym zejść? zeskoczyć? na podłogę i poraczkować w jakąkolwiek stronę… Ale ta reszta? Czy wyssane z palca są wszy w łóżkach, czy dziadek-psożerca?

Cóż, przyznam, że mnie tego rodzaju strategia nie pociąga; biografii czy chociażby szkicu biograficznego potrzebuję, by dociekać, jak to się stało, że dany człowiek został pisarzem, że obracał się wokół takiej, a nie inną tematyki, wybierał taką, a nie inną symbolikę, zrobił wielką karierę lub pozostał niedocenionym. A w tym „podkolorowanie” jakichkolwiek informacji nie pomaga.

Trzeba, owszem, przyznać, że jest to wszystko napisane zgrabnym, pełnym uroku stylem – weźmy taki na przykład opis Wellesley College: „Jest to idylliczne miejsce, zdominowane pięknym jeziorem Waban i wieczną jesienią ogromnych drzew zasiedlonych przez stada wiewiórek” – a nieliczne dziwaczne konstrukcje słowne, w których najwyraźniej czegoś brakuje lub coś jest nie na swoim miejscu („Przez jakiś czas miał obsesję na punkcie El Greca, tak jak miał ją na punkcie Zuloagi oraz przez całe liryki bez względu na to, gdzie się znajdował”; „Zawsze lubiła lubić, ale nie do tego stopnia, żeby milczeć w obliczu idiotów [tu z kontekstu wynika, że zamiast drugiego „lubienia” winno się znaleźć „słuchanie”]”) powstać musiały zapewne na etapie obróbki polskiej wersji tekstu. I że niezmiernie zadowalająca jest strona edytorska książki, począwszy od pełnego swoistego uroku zdjęcia na okładce, a kończąc na eleganckim papierze i przyjaznej dla oka czcionce (jedyne, czego brakuje, to spis treści; chcąc po przeczytaniu wrócić do
jakiegoś tekstu, trzeba albo mieć pamięć fotograficzną, albo kartkować całość od początku).

Ale czy to wystarczy, by przekonać czytelnika do sięgnięcia po twórczość Conrada, Jamesa czy Rilkego?

d33qtkc

Podziel się opinią

Share

d33qtkc

d33qtkc