Recenzje
13-03-2017 (13:38)

Samozjadająca się doskonałość

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Samozjadająca się doskonałość
(Inne)

„Helisa” austriackiego pisarza Marca Elsberga to powieść totalna, która chce wywrócić nasze postrzeganie świata, kompletnie powywracać znaczenie tego, co „dobre”, „złe”, „naturalne” i „nieetyczne” nie tyle na drugą stronę, ale we wszystkie strony, aż do zupełnej utraty orientacji.

Afrykę czeka w następnych latach gigantyczny boom gospodarczy, a manipulacje genetyczne są dobre, wręcz konieczne. Szczególnie te na ludziach. Nie? A dlaczego? Bo Afryka jest kontynentem skrajnego ubóstwa, GMO to zło, którego się boimy, a człowiek nie ma prawa bawić się w Boga i majstrować przy tworzeniu innych ludzi? Przecież odkąd istnieje ludzkość, ciągle się doskonalimy, a dla człowieka ze średniowiecza nasz świat i my sami musiałby wyglądać na nieprawdopodobną fantazję. A przecież dla naszych dzieci chcielibyśmy jak najlepiej, więc czemu stawiać jakiekolwiek granice środkom, które mogłyby to doprowadzić. To nieetyczne? Nieetyczne byłoby pozbawić nasze dzieci możliwości, które zapewniłyby im szczęście… A ewentualnych zagrożeń płynących z GMO nie dostrzegamy, póki masowe uprawy z Afryki Subsaharyjskiej żywią garstkę wybranych krajów.

Autor "Helisy" przyciska czytelnika do ściany serią inteligentnych wywodów i udowadnia nam, że myślimy narzuconymi, przestarzałymi, a także egoistycznymi szablonami. Podczas gdy my próbujemy desperacko bronić się frazami o moralności, jesteśmy wyśmiewani i nazywani wprost hipokrytami. „Helisa” to jednocześnie świetna rozrywka, więc chcąc nie chcąc jedziemy dalej tym rozpędzonym rollercoasterem idei.

Elsberg, który w „Blackout” stworzył wizję masowego odcięcia prądu, a w „Zero” – potwornego świata internetowej inwigilacji, w „Helisie” wgryzł się w temat manipulacji genetycznych. Dla wielu jest to abstrakcja, ale Elsberg udowadnia, tak jak w poprzednich powieściach, że zagadnienie jest wszechobecne, dotyczy całokształtu ludzkiego świata i nie da się przed nim uciec w postawę niewinnego obywatela, który nic nie wie. Ten obywatel jest zanurzony w procederach manipulacji genetycznych po uszy, choć nie zdaje sobie z tego sprawy. Tak jak małżeńska para Helen i Greg, którzy przecież tylko chcą mieć upragnione dziecko, słodkiego różowego bobaska, a natura – bądź Bóg – do tej pory odmawiała im swojej łaski. Gdy sympatyczny pan doktor proponuje im dodatkową usługę, mającą na celu stworzenie dziecka ładniejszego, mądrzejszego i silniejszego fizycznie niż dziecko „klasyczne”, które Helen i Greg mogliby spłodzić samodzielnie, u obojga pojawiają się wątpliwości. Czy tak można? Czy wolno szperać w konstrukcji genomu?
Czy takie dziecko nadal byłoby ich dzieckiem, czy tworem wielorakiego pochodzenia? Czy mieści się to w granicach dopuszczonych przez naturę? Ale oboje nie zwrócili uwagi na to, że już tę granicę przekroczyli – decydując się na in vitro. I w ogóle próbując wpłynąć na płodność, której natura prawdopodobnie im odmówiła.

A leczenie chorób, a masowe spożywanie genetycznie modyfikowanej żywności, a pestycydy? Ingerencje człowieka w to, co naturalne jest lub naturalne się wydaje można by wyliczać w nieskończoność, lub dotrzeć do samych prapoczątków, do wynalezienia koła i sposobu krzesania ognia. No dobrze. To wszystko już zostało zrobione, stworzone, odkryte i stało się niezauważalnym elementem współczesności. Pytanie, co wolno nam teraz zrobić? I dlaczego czegoś właściwie nie powinniśmy robić? A gdy potem nasze dziecko przyjdzie i zapyta: czemu ograbiłeś mnie z talentów i szansy bycia szczęśliwym? Nie chciałeś bawić się w Boga? Ale przecież mnie stworzyłeś, hipokryto… Dlaczego więc zatrzymałeś się w połowie drogi jak tchórz, a ja teraz cierpię?

Raz złapani w sieć takich dylematów Helen i Greg są coraz głębiej wciągani nie tylko w nią, ale i w splot wydarzeń międzynarodowej wagi. Nie ma bowiem neutralnych, osobistych wyborów w świecie Elsberga, a starania o dziecko kończą się akcją służb specjalnych na międzynarodowym lotnisku w Sao Paolo i zastrzelonymi dziećmi. Brutalne? Tak, ale przez to dobitnie pokazujące uwikłania współczesnego człowieka, któremu błędnie może się wydawać, że znajduje się poza strefą interesów polityków i wielkich, zachłannych korporacji, a tak naprawdę każdym swoim wyborem za tymi czy innymi interesami się opowiada.

Fałsz romantycznych wyobrażeń o dzieciach, rolnictwie jak w sielankowej poezji, bezinteresownej rodzicielskiej miłości, wartości zdolności, urody i inteligencji obnażają w „Helisie” właśnie dzieci. Choć tutaj akurat są to hodowlane istoty o nadzwyczajnych talentach i przedziwnym, świdrującym spojrzeniu, które dociera w głąb serca obserwowanego i nie znajduje tam nic. Skoro każdy rodzic chce dla swoich dzieci jak najlepiej, to co może powstrzymywać go od tego, aby te dzieci na starcie wyposażyć w nadzwyczajne cechy? Może jest to poczucie społecznej sprawiedliwości, a może obawa przed tym, że takiemu hiperinteligentnemu dziecku jego rodzice będą się wydawać szympansami na dużo niższym poziomie rozwoju, które najlepiej będzie zamknąć w jakimś rezerwacie? Czyli to egoistyczny strach byłby powodem, dla którego rodzice nie zdecydowaliby się na takie udogodnienia dla swoich dzieci?

Głowa może rozboleć od tego zastanawiania się, ale skoro już raz się zaczęło, nie można przestać. A może takie „nowoczesne” dzieci staną się kolejnym aspektem niesprawiedliwej przewagi bogatych ludzi gospodarczej Północy nad ubogimi i wykluczonymi gospodarczego Południa? A co o takiej sytuacji mogłyby myśleć owe przepiękne, wyjątkowo sprawne fizycznie i w wieku dziesięciu lat studiujące genetykę na prestiżowej uczelni dzieci? To właśnie one nadają bieg opowieści, w brutalny sposób próbując wydrzeć nieodpowiedzialnym dorosłym swoją podmiotowość. Helen i Greg, pracownica Białego Domu Jessica, lekarze, genetycy, dyrektorzy wielkiej korporacji produkującej żywność – wszyscy zostają zaskoczeni nieoczekiwanym oskarżeniem tych istot, które miały mieć niesamowitą inteligencję, ale przecież nie taką, by własną doskonałość doprowadzić do absurdu i wzniecić bunt przeciw swoim twórcom!

A jednak – jak to zwykle bywa w tego typu opowieściach, dzieło nie zamierza pozostać pod kontrolą swego stwórcy, skoro nieskończenie je przerasta. Zaczyna się niewinnie – na trzech kontynentach pojawiają się odmiany roślin i zwierząt odporne na choroby i niekorzystne warunki klimatyczne, co sugeruje działalność jakichś Robin Hoodów genetyki, chcących zniwelować ubóstwo i nierówności społeczne. Nagła śmierć sekretarza stanu USA i przerażający wygląd jego serca, wydobytego podczas sekcji zwłok, nie wydaje się mieć początkowo z tym nic wspólnego. Wartka już od samego początku akcja jeszcze znacząco przyspiesza, gdy rozmaite osoby zaczynają stopniowo łączyć ze sobą te i inne fakty. Ponad 600-stronicową powieść czyta się jednym tchem, mimo że jest ona nafaszerowana pojęciami z zakresu biotechnologii, informatyki i genetyki.

Jest tak dzięki talentowi Elsberga to przekazywania dużej porcji naukowych faktów – dobrze ugruntowanych i udokumentowanych – w oprawie sensacji, więc lektura nie nuży. Bestsellerowe „Blackout” i „Zero” zostały wyróżnione nagrodą „Najlepsza książka naukowa” w kategorii „Rozrywka – najbardziej fascynująca książka” przez niemieckich dziennikarzy naukowych i czytelników pisma „Bild der Wissenschaft”. Tym samym Elsberg stał się pierwszym autorem, który ową nagrodę otrzymał dwukrotnie. Jest to tym bardziej godne uwagi, że jest on samoukiem – studia ukończył na kierunku wzornictwo przemysłowe. Nie byłoby dziwne, gdyby także „Helisa” została odznaczona takim wyróżnieniem – mimo że czasami intencja autora nauczenia nas czegoś, a wręcz może pouczenia nas, staje się aż nazbyt widoczna, można mu to wybaczyć, bo od książki nie można się po prostu oderwać.

Polub WP Książki
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.