Trwa ładowanie...

Piractwo rodem z PRL. Jak Polska Ludowa oszczędzała dzięki szpiegom

Zdobywanie dokumentów to podstawa pracy szpiega. W PRL kontrwywiad pozyskiwał dokumenty, dzięki którym można było taniej kupić licencje na zachodnie produkty. W grę wchodziła nawet produkcja odkurzacza…
Share
Radziecki kombajn używany przez funkcjonariuszy Wydziału IX do szybkiego kopiowania dokumentów. Po lewej i po prawej widoczne są lampy
Radziecki kombajn używany przez funkcjonariuszy Wydziału IX do szybkiego kopiowania dokumentów. Po lewej i po prawej widoczne są lampy
d3ak54l

"Jesteśmy całkowicie bezstronni, obserwujemy wszystkich" – mówił jeden z ministrów spraw wewnętrznych Wielkiej Brytanii. Taka jest rzeczywistość: czy to demokracja, czy kraj autorytarny – służby obserwują każdego. Tak też oczywiście było w PRL, kraju, który miał bardzo rozbudowany aparat bezpieczeństwa. Po to głównie, by – niestety – inwigilować własnych obywateli, ale również, by walczyć z innymi wywiadami.

Czasem nie chodziło jednak o politykę ani tajemnice wojskowe. W latach 70. XX wieku, w czasach Edwarda Gierka, Polska za pożyczone z zagranicy pieniądze kupowała licencje na produkcję wielu urządzeń. Także AGD. Oczywiście najlepiej byłoby te licencje nabywać jak najtaniej. I tu właśnie na scenę wkraczali funkcjonariusze Wydziału IX Departamentu II MSW.

d3ak54l

Zmiękczające kolacje

"Poza osobami podejrzanymi o szpiegostwo, najbardziej interesowali nas ludzie przyjeżdżający do Polski na jakieś negocjacje handlowe" – opowiada w książce Tomasza Awłasewicza "Niewidzialni" jeden z jej bohaterów o pseudonimie "Inżynier", który pracował w specjalnej grupie przeszukującej pokoje hotelowe. Gdy Gierek szastał pożyczonymi pieniędzmi, do Warszawy zjeżdżali się przedstawiciele firm gotowych robić interesy nad Wisłą.

Odwiedzający Polskę biznesmeni lokowani byli w hotelach, które były przystosowane do obserwacji gości. Cały czas przebywali tam funkcjonariusze SB z tak zwanej "betki", ale były też zamontowane różne urządzenia. Gdy Szwedzi budowali hotel Forum (dzisiejszy Novotel), zapytali nawet, "czy nie chcemy, żeby zostawili w niektórych pokojach miejsce na założenie jakichś bajerów. Wiadomo – podsłuchy, kamery" – opowiada bohater książki Awłasewicza. Strona polska ponoć odmówiła.

Hotel Forum, dzisiejszy Novotel
Hotel Forum, dzisiejszy Novotel

Zadaniem ludzi z Wydziału IX było dowiedzieć się, na jakich warunkach zachodnie firmy gotowe są sprzedać Polakom licencje. "Inżynier" opowiada:

d3ak54l

- To była bezcenna wiedza, od razu mieliśmy zagwarantowaną najkorzystniejszą ofertę. Na kartce facet miał napisane, że może zejść do stu dolarów za kilogram jakiegoś tam produktu. No i teraz człowiek reprezentujący polską stronę w negocjacjach mógł spokojnie odejść od stołu, gdy żądano od niego stu dwudziestu dolarów. Wiedział, że nie zdąży nawet dojść do drzwi, nim usłyszy, że jakoś się dogadają.

Inny członek tej grupy, "Łowca" dodaje: "Jak przyjeżdżał taki facet na negocjacje handlowe, to wiedział, że przeszukania w hotelach to standard. Zazwyczaj starał się więc pilnować, tyle że przez dzień albo dwa mu się chciało i targał te walizy ze sobą, a potem jak się zmęczył, atmosferka się rozluźniła i zachciało mu się gdzieś wyskoczyć poza protokołem w nocy, to wszystko zostawiał w pokoju".

Bywało, że zagranicznego gościa zapraszano na "zmiękczającą" kolację z przedstawicielami strony polskiej na przykład dzień przed oficjalnymi rozmowami. Peerelowscy urzędnicy doskonale wiedzieli, że w ich interesie jest jak najdłużej zabawiać swego gościa, aby szpiedzy mieli czas, by dokładnie przeszukać jego pokój.

d3ak54l

Czytaj też: "Oczy mu się świeciły na myśl o złocie" – jak funkcjonariusze bezpieki rozkradali niemieckie skarby

Czapka na klamce

Po wejściu do hotelowego pokoju pracownicy Wydziału IX robili najpierw zdjęcia aparatem polaroid, dzięki czemu wiedzieli, co gdzie leżało przed przeszukaniem i mogli zostawić pomieszczenie w takim samym stanie, w jakim je zastali.

d3ak54l

Oczywiście przybysze za Zachodu wiedzieli, że mogą być inwigilowani. Papiery zostawiali w zamykanych na szyfr walizkach, ale to nie stanowiło problemu dla fachowców. Przeszkodą nie były nawet zamki w słynnych walizkach Samsonite. Otwierano je w kilkanaście sekund, bez pozostawiania śladów. "Myk był taki, że otwieraliśmy je ultracienką blaszką. Wycinaliśmy sobie takie samodzielnie, z żyletek. Niewiele nam było potrzeba do szczęścia" – opowiada "Łowca".

Bywały jednak też sposoby bardziej prymitywne, ale skuteczne. Jeden z gości, wychodząc z pokoju, na wierzchu walizki położył zwinięty krawat, a w środku stos monet ułożonych w konkretnej kolejności. Bywał w wielu krajach, więc miał najróżniejszą walutę. "Jeśli podniósłbym ten krawat bez zwrócenia uwagi, że w środku jest niespodzianka, to monety by się rozsypały i już po ptakach – facet wiedziałby, że ktoś mu się do walizki dobierał. Nikt tego nie odtworzy" – mówi "Inżynier".

Sejf USA w bunkrze w Poznaniu. Amerykanie przechowywali tam najważniejsze dokumenty placówki. Pojawiały się w nim m.in. tajne materiały CIA
Sejf USA w bunkrze w Poznaniu. Amerykanie przechowywali tam najważniejsze dokumenty placówki. Pojawiały się w nim m.in. tajne materiały CIA

Równie banalny był sposób z czapką zawieszoną na klamce… albo tylko zostawioną na podłodze pod drzwiami. Ten, kto włamywał się do pokoju, miał wtedy problem – czy czapka spadła, czy celowo została położona na ziemi? Co teraz zrobić? Zostawić czy powiesić? Najczęściej jednak czapkę zostawiano na ziemi wychodząc z założenia, że gość nie będzie do końca pewien, czy na przykład to nie pokojówka ją zrzuciła albo jakiś inny turysta nacisnął na klamkę, bo pomylił pokoje.

d3ak54l

Tak naprawdę nie było sposobu, by się zabezpieczyć przed inwigilacją. Jedynym wyjściem, jak wspomniano, było noszenie wszystkiego ze sobą, ale według rozmówców Tomasza Awłasewicza większości z gości po paru dniach rzeczywiście odechciewało się zachowywania wszystkich środków ostrożności.

Zdarzali się oczywiście profesjonaliści. "Oni to nawet jednej karteczki nie zostawiali, bo się znali na takiej robocie. Jak widzieliśmy, że ktoś ma w pokoju tylko majtki i koszulki, to wiadomo było, co to za gość" – opowiada "Łowca".

Jeden z funkcjonariuszy Wydziału IX przeszukał raz pokój słynnego terrorysty "Szakala", który odwiedził Polskę. Ten akurat zostawił w pokoju kilka swoich paszportów z fotografiami. Najwyraźniej czuł się bardzo pewnie albo – co bardziej prawdopodobne – był po prostu nieostrożny.

d3ak54l

Czytaj też:Jak SB podsłuchiwała Polaków?

Skaner made in CCCP

Gdy już polscy szpiedzy mieli w rękach dokumenty, należało je starannie skopiować. Służył temu "kombajn" – specjalne urządzenie z dwiema lampami, pulpitem, na którym kładziono kartki papieru oraz z wysięgnikiem z przymocowanym doń aparatem. "I proszę sobie wyobrazić, że to wszystko się składało i mieściło do takiej poręcznej walizeczki. To był radziecki sprzęt, prosty, niezawodny" – mówi "Turysta", kolejny bohater książki "Niewidzialni".

Polacy woleli ten kombajn od zachodnich maszyn, które były może bardziej wyrafinowane, ale miały swoje wady. "Kombajn" można było podłączyć do prądu, a tamte miały swoje baterie, które sporo ważyły. Niemiecka firma "Robot" wypuściła maszynę, która miała lampy błyskowe. To po pierwsze groziło zwróceniem uwagi, bo błyskające światło mogło być widoczne na hotelowym korytarzu przez szparę pod drzwiami, po drugie – po wykonaniu kilkuset zdjęć z lampą funkcjonariusz najprawdopodobniej straciłby wzrok.

Ważnym zadaniem było ustalenie, co tak właściwie się kopiuje. Funkcjonariusze kontrwywiadu znali języki – angielski, niemiecki, francuski. Gorzej, gdy pojawiał się ktoś z bardziej odległych stron, na przykład z Japonii. Raz więc sfotografowano całą stertę papierów, a okazało się, że były to instrukcje obsługi radioodbiorników, które można było kupić w polskich sklepach. Innym razem jeden z funkcjonariuszy był pewien, że skopiował arcyważny dokument. Po przetłumaczeniu okazało się, że to była konstytucja PRL.

"Szpieg wpada przez przypadek"

Czytaj też: Najbardziej zaskakujące i najdziwniejsze gadżety, których używali PRAWDZIWI szpiedzy

Podstawa podstaw

"Dla wielu funkcjonariuszy roboty hotelowe były dobrym wprowadzeniem do pracy w wydziale, bo to podstawa podstaw – to akurat robią służby na całym świecie" – mówi jeden z bohaterów książki "Niewidzialni". Inną formą wykradania tajemnic było przeglądanie poczty dyplomatycznej. Niby nikt tego nie robi… ale na Okęciu było specjalne pomieszczenie, w którym otwierano przesyłki, zanim zostały odebrane przez przedstawicieli ambasad. Funkcjonariusze Wydziału IX zostali nawet odznaczeni, gdy skopiowali dokumenty, które pozwoliły Gierkowi przygotować się do negocjacji jednej z pożyczek. "Idąc na rozmowy, znał już wszystkie pytania".

Sytuacja był w pewien sposób komiczna. Zachód pożyczał Polsce pieniądze, za które ta kupowała od niego licencje, ale jednocześnie wykradała dokumenty, które pozwalały kupować te licencje taniej. Czyli Polska nie dość, że pożyczała, to jeszcze okradła swych wierzycieli. W latach 70. w PRL pojawiło się dzięki temu wiele produktów dawniej dla Polaków niedostępnych – coca-cola, fiat 126p – to tylko te najsłynniejsze.

Co ciekawe, akcje w hotelach i na Okęciu były tak naprawdę rozgrzewką, przed prawdziwą "przygodą", jaką było włamywanie się do ambasad i konsulatów zachodnich państw. To była już wyższa szkoła jazdy – wymagała przygotowań, precyzji i zimnej krwi. O tych akcjach, zwłaszcza o otwieraniu zamków przy pomocy promieniowania gamma, także opowiadają rozmówcy Tomasza Awłasewicza – dzięki czemu jego książka daje wyjątkowy wgląd w tajniki pracy służb specjalnych.

Łatwo dziś potępiać te działania. W końcu były to komunistyczne służby – ich funkcjonariusze z pewnością mogą nie budzić sympatii. Pamiętać jednak trzeba, że Departament II, czyli kontrwywiad, w ostatnich dekadach PRL z represjami wobec opozycji miał stosunkowo mało wspólnego, a jego funkcjonariusze w dużym stopniu przeszli weryfikację po 1989 roku i zapewne służyli jeszcze demokratycznej Polsce.

Takich ludzi potrzebuje każde państwo. Świadczy o tym choćby lektura wspomnień wysokiego funkcjonariusza MI5 Petera Wrighta, który opisywał włamania do biur legalnych instytucji działających w Wielkiej Brytanii. Technika inwigilacji była w gruncie rzeczy bardzo podobna.

Mało tego, ujawnione niedawno dokumenty brytyjskich służb specjalnych dowodzą, że zakładano także teczki obywatelom Imperium Brytyjskiego, wobec których nie było żadnych oficjalnych podejrzeń – robiono to "na zaś". Inwigilowano organizacje na rzecz wyzwolenia kolonii, z którymi współpracowali posłowie z Partii Pracy. Brytyjczykom zresztą także często chodziło o pieniądze – czyli o wynegocjowanie z nowo powstałymi państwami najlepszych kontraktów na ropę, kauczuk i inne surowce.

Kto więc dziś może właściwie ocenić działania Wydziału IX? "Krocie przecież się wydawało na licencje i dobrze, że chociaż trochę mniej płaciliśmy dzięki tym naszym akcjom. Już i tak przecież wystarczająco długów się nazbierało" – opowiada "Inżynier".

Bibliografia:

1. T. Awłasewicz, Niewidzialni. Największa tajemnica służb specjalnych PRL, Warszawa 2021.
2. P. Wright, "Łowca szpiegów", Warszawa 1991.
3. C. Walton, "Imperium tajemnic. Brytyjski wywiad, zimna wojna i upadek imperium", Wołowiec 2015.

O AUTORZE

Andrzej Brzeziecki- Historyk i dziennikarz. Absolwent Wydziału Historycznego UJ. W latach 2008-2019 redaktor naczelny "Nowej Europy Wschodniej". Publikuje także w "Gazecie Wyborczej", "Polityce" oraz "Newsweeku". Autor książek historycznych i reporterskich. Ostatnio wydał: "Czerniawski. Polak, który oszukał Hitlera" (Wołowiec 2018)

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

d3ak54l

Podziel się opinią

Share
d3ak54l
d3ak54l