Trwa ładowanie...

Państwo, które nie istnieje, czeka na wojnę

„Wszyscy, na całym świecie zadajemy sobie pytania, dlaczego Afryka płonie. Ale, gdy jest jedno miejsce, w którym da się rozwiązać problem dyplomatycznie, nie robimy nic, by uniknąć rozlewu krwi. Wpychamy Saharę Zachodnią w wojnę” – mówi Bartek Sabela, polski reporter, autor książki „Wszystkie ziarna piasku” opowiadającej skomplikowaną historię Sahary Zachodniej.

Share
Państwo, które nie istnieje, czeka na wojnę
Źródło: @Bartek Sabela
d2604dm
„Wszyscy, na całym świecie zadajemy sobie pytania, dlaczego Afryka płonie. Ale, gdy jest jedno miejsce, w którym da się rozwiązać problem dyplomatycznie, nie robimy nic, by uniknąć rozlewu krwi. Wpychamy Saharę Zachodnią w wojnę” – mówi Bartek Sabela, polski reporter, autor książki „Wszystkie ziarna piasku” opowiadającej skomplikowaną historię Sahary Zachodniej.
Saharyjska Arabska Republika Demokratyczna to państwo, które nie istnieje, mimo iż można je znaleźć na niemal każdej mapie (jako Sahara Zachodnia, pomiędzy Marokiem, Algierią i Mauretanią). W 1975 roku kolonię opuszczaną przez hiszpańskich kolonizatorów najechały armie Mauretanii i Maroka. Teoretycznie w trosce o swoje „odwieczne” tereny, w praktyce zabezpieczając bogate łowiska, olbrzymie pokłady fosforytów i własne interesy.
Broniący niepodległości Sahary Zachodniej Front POLISARIO walczył przez 16 lat, pokonując Mauretańczyków, Marokańczykom zadając zaś dotkliwe straty. Wspierana przez Amerykanów, Francuzów i Hiszpanów armia Maroka nie radziła sobie z bitnymi i zmotywowanymi oddziałami Frontu (wspomaganymi przez Algierię). By ograniczyć mobilność bojowników poruszających się po pustyni samochodami terenowymi, Saharę podzielono sześcioma murami.
W końcu, w 1991 roku uzgodniono warunki rozejmu, a do Sahary Zachodniej przybyła misja ONZ (MINSURO). Jej pracownicy mieli nadzorować referendum niepodległościowe. Jednak od 24 lat do żadnego referendum nie doszło, a naród saharyjski żyje w rozdarciu – dosłownie, bo mury dzielące Saharę podzieliły także zamieszkujący ją naród. Na tych, którzy żyją pod okupacją marokańską i tych, którym w latach 70. udało się spod niej uciec, by żyć w założonych na terytorium Algierii obozach dla uchodźców.
d2604dm

Dziś Saharyjczycy coraz częściej mówią, że skoro pokój nic im nie dał, to czas wrócić do wojny.

W rozmowie uczestniczy także Hamza Lakhal - saharyjski poeta i opozycjonista, mieszkający w okupowanym przez Maroko El Aaiún. Bartek Sabela gościł u niego w trakcie zbierania materiałów do książki, teraz zaś zaprosił Hamzę do Polski.

Tomasz Pstrągowski: Spór o niepodległość Sahary Zachodniej to temat, o którym w ogóle się u nas nie mówi. Dlaczego zdecydowałeś się o nim pisać?

Bartek Sabela:Chyba właśnie dlatego. Po co pisać o tematach, które są znane i zostały przewałkowane? Bardzo wiele zostało napisane o Ukrainie, Palestynie czy Tybecie, mamy nawet w Warszawie rondo poświęcone Tybetańczykom, natomiast o Saharyjczykach jakoś nie pamiętamy. Ważny był też dla mnie kontekst: choć o Saharze Zachodniej nic nie wiemy, to kraj, który jest odpowiedzialny za całą tę historię – Maroko – znamy doskonale i bardzo kochamy. Jest jednym z najczęściej odwiedzanych krajów przez Polaków, nie zdających sobie sprawy, że ma on bardzo czarną kartę w swojej historii.

(img|611561|center)

Czytając twoją książkę, zwłaszcza jej część o znajdujących się w Algierii obozach dla uchodźców z Sahary Zachodniej, można odnieść wrażenie, że opisujesz utopijne obozy dla uchodźców.

Bartek Sabela:Bo trochę tak jest. To jest naród, który przeszedł rewolucję. Jej bardzo ważną częścią była rewolucja społeczna. Ale inaczej niż nam się to kojarzy – bo przecież nam rewolucja kojarzy się z krwią i tragedią – tamta rewolucja się powiodła. Jej skutkiem było to, że Saharyjczycy w ciągu kilku lat zbudowali własną tożsamość narodową i naród. Pewnie dlatego te obozy są tak niezwykłe. Saharyjczykom udało się zakopać podziały plemienne i stworzyć na uchodźstwie, na ziemi, którą dostali od Algierii, całe obozowe państwo. Dobrze funkcjonujące! Z administracją działającą zarówno na poziomie sąsiedzkim, jak i państwowym, z opieką zdrowotną, ze szkolnictwem, z organizacjami pomocowymi. To wszystko oczywiście w realiach obozów uchodźców, biedy i syfu, a jednak w jakiś sposób zorganizowane. Zgadzam się, że to w pewien sposób utopijne, ale w tym społeczeństwie panuje bardzo duży egalitaryzm, równość społeczna. Użyłbym słowa „socjalistyczne”, ale nam kojarzy się to jak najgorzej, bo u nas te idee
popłynęły w bardzo złą stronę. A tam się udało, bardzo pozytywnie.

d2604dm

To wygląda trochę, jak spełniony sen lewicowych rewolucjonistów z lat 60. i 70., który wszędzie na świecie zakończył się źle. A na Saharze się udało.

Bartek Sabela:Właśnie! Czołowy rewolucjonista Saharyjczyków, El Wali Sajed, który w 1973 roku stworzył Front POLISARIO, a w 1975 roku poprowadził ich na wojnie przeciwko Maroko i Mauretanii, jest tam kimś porównywalnym do Ernesto Che Guevary. To był młody gość, który zginął w wieku 27 lat. I jemu udało się osiągnąć coś, czego nie udało się osiągnąć nikomu innemu. Nie dość, że zjednoczył naród rozrzucony po zakątkach pustyni, to jeszcze zaszczepił w tych pustynnych plemionach, które wcześniej nie zawsze myślały o sobie jako o wspólnocie, myślenie w kategoriach narodu.

To niezwykły eksperyment społeczny i polityczny, który im się po prostu udał. I to udał im się naturalnie. Będąc w obozach nie widziałem, że to sztuczny twór. Saharyjczycy naprawdę czują się narodem.

W niemal wszystkich obozach uchodźców na świecie olbrzymim problemem jest przemoc. Tymczasem ty piszesz, że w obozach Saharyjczyków jej nie ma. Jak to możliwe?

Bartek Sabela:Zawsze gdy myślimy o obozach uchodźców, widzimy kompletny chaos. Setki tysięcy ciemnoskórych obywateli i garstka białych próbujących ogarnąć sytuację. W Algierii wygląda to zupełnie inaczej. Przede wszystkim Saharyjczycy sami administrują swoimi obozami. Udało im się zorganizować i narzucić dyscyplinę. Oczywiście nie udało się zupełnie wykluczyć przemocy – pamiętajmy, że to normalni ludzie – ale margines tych, którzy zwracają się w kierunku przestępczości, przemytowi czy jakiemuś fundamentalizmowi, jest bardzo niewielki. Szczególnie mocno ogranicza się ten ostatni, który dla nas w Europie brzmi chyba najgroźniej. Saharyjczycy uważają, że fundamentalizm islamski jest zagrożeniem dla ich tożsamości narodowej. Nie wpuszczają do obozów radykalnych imamów, nie pozwalają, by do młodzieży przenikały takie idee.

Na zdjęciu:musztra żołnierzy Frontu POLISARIO

d2604dm

(img|611785|center)

Hamza Lakhal:Nasz sekret polega na tym, że kiedy Saharyjczycy znaleźli się w trudnej sytuacji – gdy Maroko i Mauretania zagrabiły nasze ziemie, a jedynym państwem, które się na nas otworzyło była Algieria – potraktowaliśmy to jako wyzwanie. By przetrwać i kiedyś wrócić. Życie na algierskiej pustyni jest bardzo trudne. To martwa ziemia, na której nikt wcześniej nie mieszkał. Pogoda jest fatalna. Temperatura przekracza 50 stopni Celsjusza.

Ale my zbudowaliśmy tam obozy. W tych obozach zbudowaliśmy administrację. Ministerstwa. Państwo. I dlatego to wygląda na utopię. Tacy już są Saharyjczycy. Gdy znajdujemy się w trudnej sytuacji nie załamujemy się, ale podejmujemy wyzwanie. A siłę czerpiemy z wiary w zwycięstwo. Jesteśmy cierpliwi i zdeterminowani, że w końcu się uda.

Bartek Sabela:Mnie zawsze wzruszają drobne przykłady świadczące o tym, jak wielka jest wiara Saharyjczyków we własne państwo. Wyobraź sobie, że w ramach obozów stworzono oddzielną walutę. Dinar saharyjski oczywiście nie istnieje fizycznie – Saharyjczycy nie mają jak go wydrukować. Ale funkcjonuje w przestrzeni myślowej. Wszystkie ceny w sklepach wyrażone są w dinarach saharyjskich. Do płacenia używa się oczywiście banknotów i monet algierskich, które cały czas przeliczane są według ustalonego kursu na dinar saharyjski.

d2604dm

Saharyjczycy mają własne paszporty – choć praktycznie nigdzie się nie da na nich wjechać, bo większość krajów nie uznaje ich republiki. Mają też własne tablice rejestracyjne.

Maroko usiłuje przedstawić Front POLISARIO – saharyjską armię - jako organizację terrorystyczną. Tymczasem Saharyjczycy twierdzą, iż nie mają z organizacjami terrorystycznymi nic wspólnego.

Bartek Sabela:Jeszcze w czasach hiszpańskich, gdy sytuacja się gotowała i wiadomo było, że Hiszpanie zaraz z Sahary wyjdą, a Marokańczycy zaraz na Saharę wkroczą, strona marokańska uciekała się do zamachów terrorystycznych w saharyjskich miastach. Front POLISARIO nie odpowiedział tym samym. Nawet w czasie wojny nie atakowali ludności cywilnej Maroka, choć przecież byłoby to bardzo efektowne.

Oczywiście sojusz z rosnącymi w siłę organizacjami terrorystycznymi jest kuszący, ale Saharyjczykom bardzo zależy, by byli postrzegani jako państwo. Nawet jeżeli ma to być państwo na wygnaniu. Rząd saharyjski prowadzi świadomą politykę, zdając sobie sprawę, że sturlanie się w kierunku radykalizmu przekreśliłoby ich starania. Potwierdziłoby nieprawdziwe argumenty strony marokańskiej. Co więcej, od 24 lat Saharyjczycy nie sięgają po broń – mimo iż od 24 lat są oszukiwani przez Maroko i organizacje międzynarodowe.

Ale z drugiej strony wszyscy Saharyjczycy zdają sobie sprawę z nadchodzącej nieubłaganie wojny. Piszesz nawet, że wielu jej oczekuje.

Bartek Sabela:Proces pokojowy od 24 lat do niczego nie doprowadził. Saharyjczycy zgodzili się na zawieszenie broni i rozmowy, choć odnosili olbrzymie sukcesy na froncie. I od ćwierć wieku te rozmowy do niczego nie prowadzą – korzysta na nich jedynie Maroko, które przejmuje prawo do Sahary Zachodniej niejako przez zasiedzenie.

d2604dm

To prowadzi do tego, że po obu stronach saharyjskiego muru – zarówno w obozach uchodźców, jak i na okupowanych saharyjskich ziemiach - narasta przeświadczenie, że czas coś zmienić. Obrać nową strategię. Saharyjscy przywódcy, którzy ostatnie ćwierć wieku spędzili na pokojowej walce, mówią, że nie mają już siły przekonywać młodych do tej strategii. Jak długo można walić głową w mur?

Zarząd Frontu POLISARIO nie daje się popychać w stronę wojny, ale nie da się ukryć, że te nastroje buzują.

(img|611560|center)

Hamza Lakhal:Powiedzmy sobie jedno. Nie ma wśród Saharyjczyków ani jednej osoby, która by pragnęła wojny. Próbowaliśmy już tej drogi, walczyliśmy z Marokiem przez 16 lat i w 1991 roku zgodziliśmy się usiąść do stołu rozmów i zawiesić działania wojenne. Liczyliśmy na to, że pokój zapewni nam niepodległość. Od tego czasu minęły 24 lata. Saharyjczycy żyją pod uciskiem – są nie tylko torturowani i mordowani (mówię oczywiście o ludziach żyjących pod okupacją), ale prześladowani w zwykłym codziennym życiu: utrudnia się im dostęp do pracy i usług publicznych.

d2604dm

Czujemy się oszukani. Świat nas okłamał. Negocjacje nie dążą do rozwiązania problemu. Nie otrzymamy dzięki nim prawa do referendum.

Nie obawiacie się, że jeżeli chwycicie za broń świat nazwie was terrorystami?

Hamza Lakhal:Nie ma ku temu podstaw. Od 24 lat czekamy na rozwiązanie, które nam obiecano. Wypełniliśmy wszystkie rezolucje ONZ, postępujemy zgodnie z prawem międzynarodowym. Zaufaliśmy mocarstwom i organizacjom międzynarodowym, a one nas zdradziły. Jest więc naszym prawem, by się bronić. Od 24 lat przyglądamy się bezsilnie, jak Marokańczycy prześladują naszych rodaków. Wtrącają ich do więzień, torturują. Jeżeli wybuchnie wojna, nikt nie będzie miał prawa nazwać nas terrorystami. My tylko walczymy o nasze prawa.

Nie boicie się, że ewentualną wojnę przegracie? Front POLISARIO z powodzeniem walczył z Maroko w latach 70. i 80. Ale czasy się zmieniły. Maroko ma bardzo potężnych sprzymierzeńców – USA, Unię Europejską, Francję.

Hamza Lakhal: W tym konflikcie Maroko zawsze było stroną silniejszą, przeważającą. Front POLISARIO stworzyła garstka nomadów z kilkoma karabinami. I ci ludzie, dzięki swojej determinacji i woli walki, zadawali armii marokańskiej straty przez 16 lat! Dziś nasza armia jest silniejsza i lepiej wyszkolona niż wtedy. I wątpię, by ktokolwiek przy zdrowych zmysłach sądził, że wojna będzie dla Maroka łatwa.

Ale raz jeszcze chciałbym podkreślić, że Saharyjczycy nie uważają, iż wojna przyniesie rozwiązanie. Wydaje mi się jednak, że dochodzimy do punktu, w którym wojna będzie jedynym sposobem, by zmusić świat do działania.

Czego oczekujecie? Saharyjczyków zadowoli jedynie niepodległość, czy jesteście gotowi na kompromis?

Hamza Lakhal:Oczekujemy, że na terytorium Sahary Zachodniej zostanie zorganizowane referendum, w którym będziemy się mogli opowiedzieć za jedną z trzech opcji: niepodległością, autonomią, albo przynależnością do Maroka. Chcemy mieć wybór. To wszystko.

Co więcej, to nie jest nasz wymysł. To wyjście zaproponowane Organizacji Narodów Zjednoczonych przez marokańskiego króla Hassana II w 1991 roku. To on zgodził się w końcu, by przeprowadzić proponowane od lat 60. referendum. Ale szybko okazało się, że chciał jedynie zyskać na czasie i nie zamierzał wywiązywać się ze zobowiązań. Pragnął tylko przerwać wojnę, którą przegrywał. Zgodziliśmy się i od tamtej pory bezsensownie czekamy. Jakbyśmy czekali na Godota.

Nie mówimy więc, że jedynym wyjściem jest referendum. Mówimy jedynie: „dajcie Saharyjczykom prawo wypowiedzieć się”. Zaakceptujemy wyniki referendum.

Ale Marokańczycy wiedzą, jakie będą wyniki referendum. Wiedzą, że nie zagłosujemy za reżimem. Dlatego od 24 lat nas oszukują.

(img|611792|center)

Bartek Sabela:Wszyscy, na całym świecie zadajemy sobie pytania, dlaczego Afryka płonie. Skąd biorą się te wszystkie wojny i konflikty? Jak można im zaradzić? Ale, gdy jest jedno miejsce, w którym da się rozwiązać problem ścieżką dyplomatyczną, nie robimy nic, by uniknąć rozlewu krwi. Tak naprawdę wpychamy Saharę Zachodnią w wojnę. Organizacje powołane i utrzymywane by dążyć do pokoju, działają w dokładnie przeciwną stronę. Nie służą rozwiązywaniu konfliktów, ale zabezpieczeniu interesów wielkich mocarstw. To jest przerażające!

To też straszna nauka dla wszystkich tych ciemiężonych narodów, które czekają na międzynarodową pomoc. Przykład Sahary Zachodniej pokazuje im, że nie warto czekać, lepiej od razu wsiadać w czołgi i jechać na wojnę.

Maroko utrzymuje, że Sahara Zachodnia to odwieczne tereny marokańskie.

Bartek Sabela:Marokańczycy podpierają się mitem Wielkiego Maroka. Rzeczywiście, historycznie takie państwo istniało. W głębokim średniowieczu. Warto jednak pamiętać o dwóch rzeczach. Po pierwsze: to państwo istniało dość krótko. Po drugie, ważniejsze: nie było to państwo marokańskie. To było państwo założone w XI wieku przez dynastię Almorawidów – Maurów, przodków dzisiejszych Mauretańczyków i Senegalczyków. Ich imperium sięgało nawet za Cieśninę Gibraltarską.

Ale tereny Sahary Zachodniej to nigdy nie były tereny marokańskie. Na potwierdzenie tego są badania. W połowie 1975 roku, tuż przed rozpoczęciem konfliktu, Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości przygotował ekspertyzę historyczną - zresztą na prośbę króla Maroka Hassana II. Ta ekspertyza była jednoznaczna i druzgocząca dla Marokańczyków. Wynikało z niej, że ludy żyjące na terenie Sahary Zachodniej nie są związane etnicznie z Marokiem i nigdy nie żyły pod jego zwierzchnictwem.

Rzekome związki Sahary Zachodniej z Marokiem są nieprawdziwe. To propagandowy mit, jeden z tych, które preparuje się na użytek wojny.

Maroko twierdzi też, że ludy Sahary Zachodniej nigdy nie tworzyły jednorodnego narodu.

Bartek Sabela:To twierdzenie jest bliższe prawdy niż mit Wielkiego Maroka. Rzeczywiście stosunki pomiędzy plemionami poruszającymi się po Saharze były bardzo skomplikowane. One ze sobą walczyły i się jednoczyły. Kłóciły się i godziły. Nawet na początku lat 70. niektóre plemiona saharyjskie stanęły po stronie Marokańczyków. Warto jednak pamiętać, że kultura i zwyczaje Saharyjczyków są zupełnie odmienne od kultury i zwyczajów Marokańczyków.

To samo pytanie można by też zadać Maroku. Marokańczycy nigdy nie stanowili jednolitego narodu. To twór złożony z wielu mniejszości, które często bardzo jasno dają do zrozumienia, że wcale się z Marokiem nie identyfikują. To przypadek chociażby Berberów i górali z Rifu i Atlasu. Wiele państw afrykańskich ograniczają granice wytyczone podczas konferencji berlińskiej w latach 1884-85. Te granice są sztuczne, trudno więc mówić o jednorodnych narodach je zamieszkujących.

Na zdjęciu:obóz dla uchodźców w Algierii

(img|611564|center)

Jak wyglądało zdobywanie Sahary Zachodniej? Propaganda marokańska przedstawia Zielony Marsz jako pokojowy i spontaniczny marsz tysięcy ludzi, którzy wyruszyli, by odzyskać swoje ziemie.

Bartek Sabela:Zielony Marsz mniej więcej tak wyglądał. Trzeba uczciwie oddać Hassanowi II, że był genialnym politykiem - bardzo sprytnym, mądrym i przebiegłym; świetnie radzącym sobie na szczeblu lokalnym i międzynarodowym.

Pomysł pokojowego marszu był doskonały. Król zorganizował pochód 300-350 tysięcy Marokańczyków, którzy poszli „odzyskać swoją Saharę” - co ciekawe zdecydowana większość z nich nigdy na Saharze nie była. Tym ludziom, często prostym i niepiśmiennym, obiecano złote góry. Mówiono im, że na południe od Maroka znajdują się olbrzymie bogactwa. Nic więc dziwnego, że Zielony Marsz się udał. Gdy dzisiaj ogląda się ówczesne nagrania trudno się oprzeć wrażeniu, że to jakieś pospolite ruszenie, radosny festyn ludzi niosących flagi, symbole religijne i portrety Hassana II.

I dokładnie tak został ten marsz odebrany za granicą. Światowe media nie informowały jednak, że marsz się zatrzymał, ledwie przekroczył granicę i został zawrócony. Gdy odpowiedni przekaz został już zarejestrowany i puszczony w świat, w miejsce radosnych cywili wkroczyło wojsko. I rozpoczęła się klasyczna inwazja.

Marsz do dziś jest wykorzystywany propagandowo. To marokański symbol jedności narodowej. Jest na banknotach, tabliczkach z nazwami ulic, na oficjalnych obchodach. Natomiast nigdzie nie ma czołgów, samolotów i bombardowanych obozów. Tych wszystkich rzeczy, przez które Saharyjczycy nazywają go Czarnym Marszem.

Dlaczego najważniejsi politycy na świecie – przywódcy Stanów Zjednoczonych, Francji i tak naprawdę także ONZ – tak otwarcie popierają Maroko?

Bartek Sabela:Z wielu względów. Dla Stanów Maroko jest jednym z najważniejszych sojuszników w Afryce - absolutnie kluczowym przyczółkiem; państwem, które stanęło po stronie świata zachodniego jeszcze w czasach zimnej wojny. Maroko i USA wiążą też względy przyjaźni. Sułtanat był pierwszym państwem na świecie, które uznało Stany Zjednoczone w XVIII wieku.

Dla Francji najważniejsza jest perspektywa postkolonialna. Mimo, iż czasy kolonializmu się skończyły, a Maroko uzyskało niepodległość, interesy Francji wcale się nie zmieniły. Widać to również na poziomie personalnym - najwyższych rangą polityków francuskich i marokańskich łączy bardzo głęboka przyjaźń. W filmie dokumentalnym „Synowie chmur” (2012, reżyseria: Álvaro Longoria, narracja: Javier Bardem, przyp. T.P.) stosunek Francji do Maroka porównywany jest do relacji z kochankiem - nawet jeżeli nie zawsze podoba ci się, to co robi, to musisz go akceptować.

Na zdjęciu: defilada Fortu POLISARIO z okazji proklamowania Saharyjskiej Arabskiej Republiki Demokratycznej

(img|611786|center)

A Hiszpania?

Hamza Lakhal:Hiszpanie nas zdradzili. Postrzegamy ich jako główny problem! Kiedy w latach 70. Hiszpania, pod naciskiem Organizacji Narodów Zjednoczonych, przygotowywała się do wycofania się z Sahary Zachodniej, politycy hiszpańscy zaczęli poszukiwać sojuszników, którym mogliby przekazać swoje interesy. I, by zabezpieczyć sobie dostęp do łowisk i fosforytów, zgodzili się podzielić nasze ziemie pomiędzy Maroko i Mauretanię.

Podarowali im nasze ziemie! Nieco paradoksalną pochodną układu pomiędzy Hiszpanią a Maroko jest hiszpańska okupacja dwóch miast na terenie Maroka - Ceuty i Melilly. Hiszpania milczy w sprawie Sahary Zachodniej, a w zamian Maroko milczy w sprawie Ceuty i Melilly.

Powtórzę raz jeszcze: Hiszpanie nas zdradzili, to przez nich znaleźliśmy się w takiej sytuacji.

Co robi w tej sprawie Unia Europejska?

Bartek Sabela:Dla Unii Europejskiej Maroko jest największym pozaunijnym beneficjentem środków unijnych. To tutaj trafia najwięcej pieniędzy z funduszy rozwojowych. Politykom unijnym bardzo zależy na stabilności Maroka, gdyż obawiają się, że jeżeli w tym kraju wydarzy się to, co wydarzyło się w Egipcie czy w Libii, to po prostu utoniemy. Cieśnina Gibraltarska jest bardzo wąska i wszyscy widzą te miliony uchodźców, które mogą w każdej chwili ruszyć w naszą stronę.

Stabilizacja Maroka ma strategiczne znaczenie, a po wydarzeniach ostatnich lat wszyscy zdają sobie sprawę, że jakiekolwiek próby oderwania Sahary Zachodniej mogłyby się skończyć strasznym chaosem. Tym bardziej, że, jak już mówiłem, samo Maroko nie jest tak jednorodne, jak to próbuje się przedstawiać - górale z Atlasu czy z Rifu nigdy nie lubili monarchii i zawsze mieli własne pomysły na państwo.

Patrząc na to cynicznie, z punktu widzenia światowej geopolityki, popieranie obecnego statusu quo jest więc uzasadnione.

Bartek Sabela:To jest realpolitik. Pytanie tylko, co jest dla nas ważniejsze. Czy nasze interesy, czy prawa człowieka i hasła, którymi posługujemy się od czasów Rewolucji Francuskiej - wolności, równości i braterstwa. Sytuacja Sahary Zachodniej pokazuje, że wycieramy sobie nimi gęby, ale stosujemy już dość wybiórczo, chętnie poświęcając ideały w imię interesów politycznych i gospodarczych.

Samo Maroko nie jest potężnym krajem. Jest silne potęgą swoich sojuszników. I świat zachodni ma sposoby, by na tym kraju wywrzeć skuteczny nacisk. To tylko kwestia chęci.

To, co się rzuca w oczy w twojej książce, to jej jednostronność. To książka bardzo prosaharyjska, ani razu nie oddajesz głosu stronie marokańskiej.

Bartek Sabela:Tak jest, nie ukrywam swojej sympatii do Saharyjczyków. Mało jest przypadków, gdy jakiś konflikt jest czarno-biały. Zazwyczaj świat jest dużo bardziej skomplikowany, szaro-szary. Natomiast w tym przypadku niesprawiedliwość jest dla mnie rażąca. Posunę się do bardzo radykalnego przykładu: zastanów się, czy pisząc książkę o okupowanej Polsce pisalibyśmy o Niemcach, jako „drugiej stronie sporu”, której racje są równorzędne.

Na zdjęciu: ulice El Aaiún

(img|611559|center)

Rozmawiałem z Marokańczykami. Zarówno w Maroku, jak i tutaj w Polsce. Ich nastawienie jest podobne, trudno jest znaleźć kogoś, kto przyzna, że tereny Sahary Zachodniej nie należały „od zawsze” do Maroka i zostały przyłączone siłą. Większość Marokańczyków bardzo jasno wyraża poparcie dla swojego króla, nawet jeżeli nie do końca w to poparcie wierzą.

Dlatego starałem się pisać tę książkę, jako książkę o Saharze Zachodniej, a nie o Maroku i zależy mi, żeby Sahara Zachodnia była postrzegana jako coś osobnego. A nie część Maroka.

Jednocześnie jednak piszesz, że gdyby przeprowadzić referendum na ziemiach okupowanych, to nawet gdyby mieszkający tam Marokańczycy mieli prawo głosu, wynik referendum wcale nie byłby przesądzony. Bo część Marokańczyków zagłosowałaby za niepodległością lub autonomią. Dlaczego?

Bartek Sabela:W obozach uchodźców usłyszałem ładne zdanie: „król Maroka namawia nas do powrotu, ale dlaczego mamy wracać do kraju, w którym nawet Marokańczycy nie chcą mieszkać, tylko uciekają do Europy?” Wśród osadników, którzy przybyli do Maroka, i którym żyje się tam całkiem nieźle (by ich zachęcić do przeprowadzki, stworzono bardzo preferencyjne warunki jeżeli chodzi o pracę czy podatki)
, jest część mająca poczucie, że gdyby Sahara oddzieliła się do królestwa, to mogłoby im być jeszcze lepiej.

Hamza Lakhal:Próbując uniknąć referendum, Maroko podnosiło argument, że Marokańczycy mieszkający na terenie Sahary Zachodniej też powinni mieć prawo głosu. By zamknąć tę furtkę, Front POLISARIO zgodził się, aby w referendum wzięli udział Marokańczycy urodzeni na terenach Sahary Zachodniej i uważający się za Saharyjczyków. Okazało się jednak, że wielu Marokańczyków wychowanych na naszych ziemiach wyznaje nasze wartości i także pragnie niepodległości. Dzieje się tak dlatego, że ci ludzie żyją wśród nas, poznają nas i mają okazję nas polubić. Podoba im się nasz sposób życia, doceniają fakt, że odróżniamy zwykłych Marokańczyków od rządzącego nimi reżimu.

Saharyjczycy to nomadyczny, pustynny lud. Mamy w sercach umiłowanie wolności. Nie chcemy żyć pod butem dyktatora. I wydaje mi się, że wielu Marokańczyków to przekonuje. Przybywają na nasze ziemie z kraju rządzonego przez króla i jego rodzinę, z kraju pozbawionego opozycji, z kraju, w którym władca decyduje o wszystkim i dysponuje wszystkimi bogactwami, jest w zasadzie właścicielem państwa, a nie jego przywódcą. U nas odkrywają, że możliwe jest inne życie.

I nagle okazuje się, że nawet jeżeli w referendum mogliby zagłosować Marokańczycy urodzeni w Saharze Zachodniej, Maroko mogłoby to referendum przegrać.

Jak wygląda życie pod marokańską okupacją?

Hamza Lakhal:Jeżeli jesteś turystą i przybywasz do Sahary Zachodniej, nie zobaczysz prawdziwej sytuacji. Zostaną ci pokazane tylko piękne ulice i nowe budynki. Jeżeli jednak zanurzysz się w miasto, odkryjesz, że Sahara Zachodnia to jedno wielkie więzienie. Saharyjskie miasta tylko udają miasta. Pozbawiono je instytucji, które czyniłyby je prawdziwymi miastami. Nie ma uniwersytetów, gdyż Marokańczycy nie chcą byśmy się kształcili (a jeżeli już mamy się kształcić, to na uniwersytetach marokańskich, gdzie będziemy karmieni propagandą). Nie ma instytucji kultury, bo Marokańczycy nie chcą, byśmy kultywowali własną tradycję.

Na zdjęciu: mieszkanie Hamzy (siedzi przy komputerze)

(img|611562|center)

Życie pod okupacją jest bardzo ciężkie. Saharyjczycy nie mają szans na zdobycie pracy. Nasze ziemie są bardzo bogate w złoża naturalne, ale Saharyjczycy nie korzystają z tego bogactwa. W tym samym czasie Marokańczycy przybywają z Maroka i od razu dostają dobrze płatną pracę. My możemy ją dostać tylko wtedy, gdy przysięgniemy wierność Maroku.

Ludzie, którzy podważają zwierzchnictwo Maroka, znikają. Są wtrącani do więzień, bywają torturowani. To nasza codzienność.

A jednak udało ci się wydostać z tego „wielkiego więzienia” i rozmawiamy w Polsce. Jak do tego doszło?

Hamza Lakhal:Kosztowało nas to wiele wysiłku. Jeszcze niedawno nie mogłem opuszczać terenu Sahary Zachodniej - tak jak wszyscy tamtejsi aktywiści. Starałem się o paszport od 2002roku. To nie jest żaden wielki przywilej, to prawo każdego z nas. Władze marokańskie odmawiały mi prawa do paszportu przez ponad 6 lat. Zdawali sobie sprawę, że jeżeli wyjadę, będę mógł mówić na temat Sahary Zachodniej i sytuacji Saharyjczyków.

Teraz udało mi się wydostać dzięki sztuczce. Zostałem zaproszony na ślub. Nie mogłem powiedzieć, że chcę pojechać do Polski pomóc Bartkowi promować jego książkę. I podejrzewam, że po powrocie do kraju będę miał kolejne problemy. Już raz tak było - gdy wróciłem z obozów dla uchodźców w Algierii, gdzie spotkałem się ze swoim bratem, od razu zostałem aresztowany. Jeszcze na lotnisku. Przywiozłem ze sobą wtedy wydane za granicą zbiory moich wierszy. Wszystkie zostały zarekwirowane. Nie mogę posiadać zbiorów moich własnych wierszy.

Bartku, ty się z kolei dostałeś do El Aaiún, jednego z okupowanych miast. Jak ci się to udało?

Bartek Sabela:Kluczowe były kontakty aktywistów, których poznałem w obozach uchodźców. To dzięki nim skontaktowałem się z Hamzą. Miałem świadomość, że muszę mieszkać u któregoś z miejscowych. Gdybym wylądował w hotelu, w zasadzie skończyłoby to moją zabawę w Saharze Zachodniej - byłbym pod stałą obserwacją, nic nie udałoby mi się zrobić.

Większość dziennikarzy w ogóle nie przedostaje się do miast. Jeżeli jesteś turystą, podróżującym w kamperze - nie natrafiasz na większe problemy. Ale każda próba wjazdu do miasta jest kontrolowana. Nie jest to niebezpieczne, bo Marokańczycy nie mogą sobie pozwolić na przemoc wobec Europejczyków, ale cały czas różni dziennikarze i reporterzy są z terenów Sahary Zachodniej deportowani.

Miałem szczęście. Udało mi się bardzo skutecznie nakłamać na rogatkach. Udawałem turystę, mówiłem że jestem architektem - bo naprawdę nim jestem. I jakoś mnie wpuścili. A jak tylko przejął mnie Hamza, zacząłem się ukrywać. To wcale nie jest proste, bo Saharyjczyków jest w El Aaiún zaledwie jedna czwarta. A wszelkiego rodzaju służb mundurowych, które mają ich kontrolować, jest po prostu niewiarygodna, przytłaczająca ilość.

Mnie się udało spędzić w mieście 3 tygodnie. Najpierw w ogóle nie wychodziłem z domu Hamzy. A gdy w końcu odważyliśmy się wyjść, dosyć szybko trafiłem na komisariat.

Na zdjęciu: w obozach dla uchodźcow funckjonuje system edukacji

(img|611565|center)

Jak wyglądała ta wizyta?

Bartek Sabela:To była farsa. Namierzyli nas, gdy pojechaliśmy na spotkanie z jednym z głównych opozycjonistów. W nocy stanęli pod domem Hamzy, wylegitymowali nas i zapowiedzieli, że rano wrócą. Spakowałem się i byłem gotowy na deportację. Następnego dnia trafiłem na komisariat, który w ogóle nie wygląda jak komisariat - zwykły, nieoznaczony budynek, w którym nikt nie nosił mundurów. Nie za bardzo wiedziałem, z kim mam do czynienia. Rozdzielili nas i przesłuchiwali równolegle.

Moje przesłuchanie prowadziło dwóch policjantów - jeden stał i wszystko obserwował w milczeniu, a drugi od razu zaczął dość ostro mnie atakować. Radykalnie stwierdził, że złamałem prawo. Że skłamałem na kontroli i współpracuję z separatystami. Po pewnym czasie ton opadł, ale cały czas przekonywano mnie, że łamię prawo i zostaną wyciągnięte konsekwencje.

Ja oczywiście w żywe oczy kłamałem. Przyjąłem, że najlepiej jest strugać głupa. Nie jestem żadnym dziennikarzem. Jestem architektem. Przyjechałem tutaj w celach turystycznych. Z Hamzą realizujemy wspólny projekt artystyczny.

Najbardziej zszokowało mnie, gdy śledczy z pełnym przekonaniem mówił, że w tym, co on robi, nie ma nic wyjątkowego - on był we Francji, Szwecji i w każdym kraju służby pracują tak samo. Zacząłem mu tłumaczyć, że może przyjechać do Polski i spotykać się z kim chce, ale mi nie wierzył - był szczerze przekonany, że kłamię.

Dlaczego cię w końcu wypuścili?

Bartek Sabela:Hamza twierdzi, że to dlatego, że jest poetą. To zapewnia mu pewien status. Na demonstracjach nie biją go tak mocno. Nie aresztują go tak często. Każdy z jego braci był w więzieniu i był torturowany - a on nie. Chyba policjanci uwierzyli, że wydalenie mnie będzie głośnym skandalem, bo realizujemy wspólny projekt artystyczny. No i znów – miałem szczęście.

Jak wygląda życie w okupowanym mieście z twojej perspektywy?

Bartek Sabela:To realia jak z naszego stanu wojennego. Każdy obcokrajowiec w El Aaiún traktowany jest jak potencjalny dziennikarz lub aktywista, więc władze bardzo dbają o to, by mieć ich na oku. Jeśli chcesz się wyrwać i wykonywać pracę reportera, musisz się ukrywać, kłamać. Najprostsze czynności wymagają wysiłku, kombinowania, bo ciągle jesteś obserwowany, nic nie możesz robić swobodnie. Kupno karty SIM czy kabla do komputera było wyzwaniem, w które musieliśmy zaangażować trzy osoby! Gdy jechałem do El Aaiún, zastanawiałem się, jak mam się po prostu spotkać z Saharyjczykami. Oni przez 40 lat okupacji nauczyli się w niej żyć. Dla obcokrajowca to kompletna egzotyka, czasami wydawało mi się, że to wszystko teatr. Ale potem przychodził moment, kiedy lądujesz na komisariacie i wiesz, że to jednak rzeczywistość. I od tej pory jesteś śledzony, i obserwowany przez całą dobę. Obstawa nawet nie stara się ukryć, chodzą tuż za tobą.

Najgorsze było to okno w domu Hamzy, do którego nie mogłem się zbliżać przez te dni, gdy jeszcze się ukrywałem.

Na zdjęciu: weteran Frontu POLISARIO

(img|611787|center)

Jak brutalna jest ta okupacja?

Bartek Sabela:Któregoś razu zostałem zabrany na demonstrację. Oczywiście sam nie protestowałem - obwożono mnie po okolicznych uliczkach, bym obserwował, co się dzieje. Ilość służb mundurowych była przerażająca. Zagony dobrze wyszkolonych funkcjonariuszy w kaskach, z pałami i tarczami szturmowymi. Dziesiątki wielkich wozów pancernych z armatkami wodnymi. A po drugiej stronie kilkudziesięciu demonstrantów - często nawet bez transparentów, bo te trudno jest przemycić, ale z kartkami z hasłami w stylu „chcemy wolności” wydrukowanymi na domowych drukarkach.

Dysproporcja sił jest miażdżąca. Ale możesz ją obserwować tylko przez chwilę. Bo sama demonstracja trwa kilka minut i zaraz te siły wjeżdżają w nią z całą potęgą. Nie oglądając się na nic. Kompletny hardcore.

Na terytorium Sahary Zachodniej przebywają ludzie ONZ - wysłani tam w ramach Misji Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Referendum na Saharze Zachodniej (w skrócie MINURSO). Co oni robią?

Bartek Sabela:Pytałem się o to wielokrotnie najróżniejszych ludzi. Nikt nie potrafił mi na to pytanie odpowiedzieć. Kiedyś usłyszałem: „oglądają filmy na youtube” i to jest chyba najlepsza odpowiedź.

Funkcjonariusze MINURSO stacjonują w dużych miastach i mniejszych osadach. Jedynym zadaniem, które wykonują, jest pilnowanie przestrzegania warunków zawieszenia broni. Poza tym, że na terenach, na których stacjonują, nie toczy się wojna (i to wcale nie dzięki nim, ale dzięki podpisanemu 24 lata temu rozejmowi), nie widać innych efektów ich działania. Misja miała przygotować referendum, ma to nawet w nazwie. Została sformowana w 1991 roku i do tej pory głosowania nie udało się przeprowadzić.

Oczywiście nie jest tak, że nigdy nic nie zrobili. Przez kilka lat utrzymywano iluzję, że referendum się odbędzie i wtedy rzeczywiście pracownicy ONZ mieli jakąś robotę - sporządzali listy, weryfikowali osoby uprawnione do głosowania, etc. Ale wraz z upadkiem planu Bakera w 2004 roku idea referendum przestała kogokolwiek interesować. Od tamtej pory ci ludzie po prostu są.

Zresztą nawet pilnowanie zawieszenia broni wychodzi im kiepsko, bo Maroko wiele razy naruszało jego warunki i nie spotkało się to z żadnymi konsekwencjami. MINSURO nie ma też mandatu do monitorowania praw człowieka…

Misja ONZ nie ma mandatu do monitorowania praw człowieka? Jak to możliwe?

Bartek Sabela:Nie wiem, naprawdę. To jest konstrukcja prawna i mentalna, której nie rozumiem. Ale MINSURO, jako jedyna misja ONZ na świecie, nigdy nie miała tego mandatu. W efekcie brutalnie rozpędzane demonstracje, o których mówiłem, rozgrywają się często pod oknami kwatery ONZ w El Aaiún i nikt nie reaguje. W 1991 roku, gdy Saharyjczycy pokładali jeszcze jakąś wiarę w ONZ, doszło nawet do symbolicznej sceny - młody chłopak przebił się przez ochronę i wbiegł do budynku z listą „zaginionych”, czyli zamordowanych, porwanych lub przetrzymywanych w więzieniach. Został zatrzymany przez żołnierzy ONZ i przekazany marokańskiej policji. Choć wszyscy zdawali sobie sprawę, czym to dla niego grozi.

Wiele mówi też fakt, że jest to jedyna misja ONZ na świecie, nad której budynkami powiewają nie tylko jej flagi, ale i znacznie większa flaga Maroka – strony w konflikcie!

Na zdjęciu: obóz dla uchodźców w Algierii

(img|611558|center)

Udało ci się porozmawiać z którymś z funkcjonariuszy ONZ?

Bartek Sabela:Tak. Rozmawiałem z pracownikiem MINURSO w obozach uchodźców w Algierii. Pierwsze zdanie, które usłyszałem, brzmiało: „żadnego nagrywania”. Zresztą gdybym rejestrował, to nie miałbym dobrego materiału, bo rozmowa była o niczym. Szeregowi pracownicy ONZ są w tragicznej sytuacji. Nawet gdyby chcieli coś zrobić, mieli jakieś poczucie misji i niesprawiedliwości, to nie mają jak. Rada Bezpieczeństwa całkowicie związała im ręce.

To smutne, bo ONZ to jesteśmy my. Wszyscy się jakoś tam zrzucamy na tę organizację.

Hamza Lakhal: Pracownicy MINURSO są bezużyteczni. Przybyli tylko w jednym celu - by zorganizować referendum. I nie udało im się tego osiągnąć przez 24 lata. Wielu pracowników ONZ uważa, że służba w MINURSO to łatwy sposób na zarobek, bo nic nie trzeba robić. Wypłata przychodzi regularnie, a wokół piękna Sahara. Nie ma wojny, nie ma zbyt dużo pracy. Ba, władze Maroka co jakiś czas organizują bale dla pracowników MINURSO, na które ci chętnie przychodzą. Pracownicy ONZ nie udają nawet bezstronności, utrzymują stosunki towarzyskie z przedstawicielami Maroka.

Czujemy się oszukani. Cierpimy na ich oczach, ba, czasami nawet z ich ręki. Tak jak mówił Bartek, potrafią przekazać Marokańczykom ludzi, którzy proszą o ochronę lub próbują ujawnić zbrodnie.

Miałeś kiedykolwiek okazję porozmawiać z pracownikiem ONZ?

Hamza Lakhal:Nigdy żadnego nie spotkałem. Nie możesz ich spotkać. Siedziba MINURSO jest otoczona przez marokańską policję. A jeżeli nawet uda ci się przekraść, nikt nie chce cię słuchać, zostajesz oddany w ręce funkcjonariuszy.

Piszesz w swojej książce, że codziennością Saharyjczyków jest dziś ciągłe czekanie. Na co czekają?

Hamza Lakhal:Czekamy na niepodległość - to jasne. Ale wiemy, że nie odzyskamy niepodległości nie mając poparcia ludzi na całym świecie. Dlatego czekamy aż świat zainteresuje się naszą tragedią i zacznie wywierać nacisk na Maroko.

Bartek Sabela: Ostatnio ktoś zadał mi pytanie, jak można pomóc Saharyjczykom. Saharyjczycy nie potrzebują pieniędzy ani darów. Mają swoją ziemię, z której mogą żyć. Potrzebują tylko do niej wrócić. To brzmi absurdalnie, ale Saharyjczycy czekają, aż społeczność międzynarodowa ich wysłucha, da im głos. I pozwoli wrócić na ich własne ziemie.

Na zdjęciu: Bartek i Hamza

(img|611795|center)

d2604dm

Podziel się opinią

Share
d2604dm
d2604dm